.

.

wtorek, 30 kwietnia 2013

Nieplanowany zakup genialnej książki

Przy okazji dzisiejszych załatwień na mieście w witrynie jednej z księgarń zauważyłam coś, na co polowałam od dawna. Kto oglądał programy kulinarne Jamiego Olivera i lubi jego styl gotowania, wie o czym piszę. Odkąd mam program KUCHNIA+ zaczęłam oglądać coraz więcej takich programów i przyznam, że Jamiego najbardziej przypadły mi do gustu. Podoba mi się, że najczęściej używa składników dostępnych dla statystycznego średniozamożnego człowieka, promuje zdrową żywność, regionalne produkty, proste i smaczne gotowanie podsumowując. Dlatego chciałam mieć jego książkę. Niestety ceny mnie odstraszały, ale dzisiaj udało mi się kupić Kulinarne wyprawy Jamiego za połowę ceny. Nie mogłam przejść obojętnie obok takiej przeceny wyczekiwanego tytułu. Skończyło się na tym, że wyszłam z reklamówką pełną TRZECH egzemplarzy, bo kupiłam na prezent, a jeden zostanie dla mnie. Były ciężkie, bo to porządne wydania w twardych okładkach, ale moja radość jest bezcenna.

środa, 3 kwietnia 2013

Trufle czekoladowe

Czytałam wiele dobrego na temat trufli własnej roboty na różnych blogach kulinarnych, widziałam w różnych programach telewizyjnych o gotowaniu, więc i ja wreszcie postanowiłam przetestować recepturę na własnej skórze i żołądkach własnym i rodzinki. Zrobiłam trufle przy okazji świątecznego pichcenia. Długo poszukiwałam przepisu, który wykonam, wreszcie zdecydowałam się na wersję Jamiego Oliwera, którego programy kulinarne bardzo cenię i lubię sposób w jaki gotuje.
 

 
Podaję proporcje:
 
300 g gorzkiej czekolady,
300 ml śmietany 36 lub 30%,
łyżka masła,
szczypta soli,
ewentualnie 1-2 kieliszki alkoholu,
 
do posypki: orzechy włoskie, laskowe czy pistacjowe, wiórka kokosowe, kakao lub np. drobno pokruszone biszkopty czy herbatniki.
 
 
Wykonanie:
czekoladę połamać na małe kawałki i wrzucić do miski. Śmietanę podgrzać, ale nie zagotować. Jak tylko zaczną pojawiać się bąbelki powietrza, wrzucić masło, zmniejszyć gaz. Gdy masło się rozpuści, zalać śmietaną czekoladę. Dokładnie wymieszać aż każdy kawałek czekolady się rozpuści. W razie konieczności można wymieszać w kąpieli wodnej, uważając by nie dopuścić do wrzenia. Gdy powstanie gładka masa dodać szczyptę soli i alkohol. Wymieszać i odstawić na 2 godziny do lodówki. Następnie mokrymi palcami nabierać masę i formować kulki i obtaczać w wybranej posypce. Przechowywać w chłodnym miejscu.
 
Moja wersja:
zmodyfikowałam trochę przepis, bo do części masy dodałam skórkę pomarańczową autorstwa mamy i trochę ekstraktu pomarańczowego ze strony moje wypieki. Ekstrakt zrobiłam jeszcze w listopadzie i do tej pory go nie używałam. Do reszty masy dodałam trochę zmielonych płatków migdałowych, które akurat miałam pod ręką. Acha i zamiast dodać w całości czekoladę gorzką, w jednej trzeciej dodałam mleczną :)
 
Efekt:
zachwyt całej rodziny i mój własny, bo trufle wyszły aksamitne w konsystencji i zachwycające w smaku, o niebo lepsze od kupnych czekoladek z bombonierek. I te pomarańczowe wyszły lepsze, takie intrygujące w smaku.
 

poniedziałek, 25 marca 2013

Przed i po


Technika decoupage wciągnęła mnie kilka miesięcy temu. Dzięki uprzejmości koleżanki przeszłam przyspieszony praktyczny kurs decoupagowania. Od tego momentu powolutku dekoruję coraz więcej przedmiotów. Testowałam tę metodę na szkle, drewnie i metalu. Podoba mi się jej prostota, efektowność i oryginalność, bo dowolny przedmiot mogę spersonalizować wedle własnego gustu. Najświeższy zakup to sosnowe tace śniadaniowe dla mnie i męża. Gotowe do decoupagowania, nielakierowane, idealne, by dalej coś z nimi podziałać. Czekają na swoją kolej po świętach. Ostatnie dzieło to donica na zioła. Dłuższy czas szukałam idealnych pojemników do posadzenia ziół na balkonie. Wybór padł na blaszane wiadereczka. Zdecydowałam że zmodyfikuję im wygląd ładnymi, niewykorzystanymi do tej pory wzorami. Pierwsze wiaderko prawie gotowe, zostało nałożyć kilka warst lakieru i można sadzić roślinki.
 
 
 
Już je widzę stojące na balkonie, pełne np. bazylii wystawiającej listki w stronę słońca. Do tej pory kupowałam gotowe sadzonki. W tym roku kupiłam nasiona i postanowiłam sama wyhodować zioła, począwszy od posiania ich w ziemi. Wkrótce okaże się, jakie i czy są efekty tej operacji. Mam cichą nadzieję, że się uda. Nie wiedziałam kompletnie czy mam posypać nasiona ziemią czy nie, bo tylko na opakowaniu majeranku było napisane, by nie przysypywać go ziemią.

piątek, 22 marca 2013

Olga Rudnicka, Drugi przekręt Natalii

Kto nie zna twórczości tej pisarki powinien zacząć lekturę od pierwszego tomu o Nataliach. Nie będzie zawiedziony. Tom drugi okazał sie tak samo dobry. Ciekawa i bardzo dobrze poprowadzona intryga, kryminał na wysokim poziomie i gwarantowane niekontrolowane wybuchy śmiechu to właśnie tajemnica popularności Natalii. Sporo było momentów, gdy musiałam się powstrzymywać, by nie zacząć głośno rechotać w autobusie, bo to jednak nie wypada. Gdybym czytała będąc w domu, to w porządku, ale w miejscu publicznym niekoniecznie. Dlatego nie radzę czytać Drugiego przekrętu Natalii poza własnym gniazdkiem, bo może się okazać, że nie uda Wam się zachować powagi. Mnie było trudno... Uważam, że to świetny tytuł na tę porę roku, kiedy mamy dość śniegu, gdy niecierpliwie czekamy na wiosnę, gdy brakuje nam słońca i gdy mamy doła. Poprawa nastroju gwarantowana.
 
A propos poprzedniego wpisu o rumianych cytrynach do herbaty: wyszły perfekcyjne. Rum i goździki nadały owocom wyjątkowy smak. Taka aromatyczna cytryna z odrobiną soku, dodana do herbaty, podbiła moje i męża serce. Przepis wszedł na stałe do naszego menu. 

piątek, 22 lutego 2013

Rumiane cytryny do herbaty idealne na zimowe dni

Jako wielbicielka herbaty lubię poznawać nowe smaki, testować nieznane dotąd aromaty. Niedawno znalazłam na blogu Green Canoe kuszący i intrygujący przepis na jakże sympatycznie brzmiące rumiane cytryny :) Odkąd ujrzałam fotografię i sposób przygotowania, wiedziałam, że to jest to. Dzisiaj udało mi się wreszcie przygotować recepturę. Przepis wygląda dziecinnie prosto i w zawrotnym tempie się go wykonuje. Wyparzyć słoik. Dwie nieobrane cytryny umyć, następnie sparzyć wrzątkiem. Pokroić w plastry. Poukładać naprzemian z cukrem lub miodem. Doprawić goździkami. Zalać rumem. Pełny aromat cytryny mają osiągnąć po 2 dniach. Szczelnie zamknęłam słoik i niecierpliwie czekam, kiedy będę mogła zakosztować herbaty uszlachetnionej tym smakiem.
Już się nie mogę doczekać :)

wtorek, 12 lutego 2013

Mała chi i małe zrób to sam

Moja mała chi (czytaj "czi" czyli zdrobnienie od chihuahua :) Aż się wierzyć nie chce, że ma już 1,5 roku. Sunia mała gabarytowo, wielka sercem, kocha swych właścicieli wprost bałwochwalczo, bardzo bojowa, co jest męczące podczas spotkań ze znajomymi, przed którymi próbuje nas bronić swym potężnym szczekaniem. Gardło ma bardzo sprawne. Kochany urwis.
 
To czym się bawi to moje dzieło. Takie DIY czyli zrób to sam. Potrzebne będą:
- stara skarpetka
- plastikowe zakrętki z napojów/wody
- i tyle.
 
W skarpetkę powrzucałam kilka zakrętek, zrobiłam supeł, kolejna porcja plastików i supełek. Rezultat - powstała ulubiona zabawka mojego psa. Radość pupila gwarantowana, a za darmo powstał przedmiot do bezkarnego gryzienia. Przecież każdy ma w domu skarpetki i zakrętki :)
 
 
 

piątek, 8 lutego 2013

Sprawiłam sobie prezent :)

Wszyscy mają Natalie, mam i ja :) Czekałam cierpliwie na kolejny tom opisujący losy ciekawych bohaterek w nadziei na dobry kryminał i sporą dozę humoru. Jestem pewna, że się nie zawiodę. Kupiłam książkę kilka dni temu i teraz cieszę się jej widokiem na półce. Wkróce zabieram się za lekturę, recenzja pojawi sie na pewno. Pozdrawiam cieplutko z zasypanego śniegiem Lublina.
 

poniedziałek, 4 lutego 2013

Nadal biało wokół

Lubię zimę, podobnie jak pozostałe pory roku. Każda ma swoje plusy, wyjątkowe w roku momenty, urok. Zimą mamy więcej czasu na różne domowe zajęcia, realizowanie swoich zainteresowań, robótki ręczne, czytanie, wylegiwanie pod ciepłym kocykiem i popijanie hektolitrami gorących herbatek z rozmaitymi rozgrzewającymi i poprawiającymi samopoczucie dodatkami. W tym roku odkryłam imbir, z czego jestem bardzo zadowolona. Słyszałam od kilku osób, że oprócz doraźnego rozgrzania, skutecznie poprawia krążenie. Podsumowując wszystkie zmarzluchy wiecznie skarżące się na chłodne i skłonne do wychłodzeń dłonie i stopy ( czyli m. in. ja) wreszcie na dłuższy okres się rozgrzeją. Testuję i za jakiś czas sprawdzę :)
 
Zima ma niesamowite niebo nocą. Dzięki temu, że jest śnieg, to i niebo nie jest tak ciemne jak np. latem. Jest jasniej, przyjemniej i od razu czuję się bezpieczniej. Śnieg cudnie ozdabia wszystko wokół, ale ciapy nie lubię. Podoba mi się, gdy jest lekki mróz, a śnieg trzeszczy pod moimi stopami okutanymi w ciepłe skarpety i kozaki. Zimą są ważne i rodzinne święta czyli Boże Narodzenie, które celebrowane w kościele i w domu mają wyjątkowy urok. W moim mieście wreszcie trochę chłodniej. Dzieki czemu mogłam odstawić kalosze, w których ostatnio tuptałam, a założyć kozaki. Ciapę zastąpił lekki mrozik i piękny, gęsty śnieg. Biało, biało, biało. U mnie chwilowo zrobiło się wiosennie, bo kupiłam hiacynty, by poczuć przedsmak za jakiś czas nadchodzącej wiosny. Stąd dzisiejsza fotografia. Nadzieja na ciepełko zagościła w mym sercu, w sumie przede wszystkim tego brakuje grudniowo-styczniowo-lutową porą. Mieszkam w domku, więc ogrzewania z ciepłowni brak, a piec nie bucha bez przerwy, ale co tam. Od czego są ciepłe sweterki. Ubieranie na cebulkę mi niestraszne.
 
A tymczasem wracam do zachwytów nad obecną aurą. Kocham fotografować, a zima jest bardzo wdzięcznym okresem do wyszukiwania wyjatkowych kadrów. Podoba mi się spokojny nastrój poniższego zdjęcia. Tylko zimą drzewa tak wyglądają.
 
 

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Błogosławionych świąt Bożego Narodzenia

Życzę wszystkim zdrowych, pogodnych, spędzonych w ciepłej, rodzinnej atmosferze i białych świąt Bożego Narodzenia :)
Powolutku szykuję potrawy świąteczne i wigilijne oraz ogarniam dom tak by osiagnąć wisienkę na torcie. W tle słychać szum odkurzacza, za chwilę odpalam piekarnik, by upiec pierwszego w życiu kurczaka. Na korytarzu czekają pierniki, także upieczone i udekorowane po raz pierwszy, sprawiły mi wiele radości i satysfakcji.

Fotografia pochodzi z sieci.

czwartek, 6 grudnia 2012

Grudniowo... wreszcie

Jeszcze niedawno mieliśmy typową jesień. Teraz mimo że kalendarzowo trwa nadal, mimo iż jeszcze niedawno było tak
i zanim nastały deszczowe listopadowe dnie, mogliśmy się rozkoszować wszechobecną żółcią, czerwienią i brązami dookoła. W tym roku udało mi się nacieszyć złotą polską jesienią. Miło wspominam spacery po kolorowym lesie, zapach i szelest liści pod stopami oraz możliwość poimprowizowania z aparatem w dłoni. Nastał grudzień, jeden z magicznych miesięcy, moment adwentowego oczekiwania, porządkowania domu, przygotowań do tych ważnych religijnie i rodzinnie świąt. W tym roku po raz pierwszy zamierzam piec pierniczki oraz piernik staropolski z tego przepisu. Ciasto zagniotłam ostatniego dnia listopada, przełożyłam do starego emaliowanego naczynia, nakryłam ściereczką, a teraz czeka na wielkie pieczenie 21 grudnia :) Z części ciasta upiekę i udekoruję pierniczki, pozostała część to będzie wielki piernik przełożony dżemem. Już się nie mogę doczekać. Raduję się białym puchem za oknem, prawdziwą zimową temperaturą, która zmroziła nieprzyjemną ciapę za oknem.
Pozostając w temacie bożonarodzeniowych przygotowań nadmienię, że zainspirowana fotografiami i przepisami z moich wypieków zrobiłam swój pierwszy ekstrakt pomarańczowy i waniliowy. Jestem ciekawa efektów ich użycia podczas pieczenia świątecznych pyszności. Na razie stoją w kuchni na chlebaku, a ja po prostu cieszę oczy tym widokiem i nie potrafię ich jeszcze schować do szafki.

Kilka miesięcy temu nauczyłam się zdobienia za pomocą techniki decoupagu. Planuję ozdobić przy jej pomocy choć kilka bombek, okaże się jakie będą efekty. Ostatnie, niedokończone jeszcze dzieło to słoik - na jeszcze nie wiem co - do kuchni. Gdy zobaczyłam po raz pierwszy te serwetki z muffinkami, wiedziałam, że muszę je mieć i zrobię z nich jakiś uroczy drobiazg.



środa, 7 listopada 2012

Herbaciane nawyki

Każdy ma swoje ulubione nawyki towarzyszące czytaniu. Dla mnie ważne jest, by wtedy było mi ciepło czyli albo odpowiednie ubrania albo kocyk w razie potrzeby. Lubię do tego popijać gorącą herbatę, czasem kawę, ale dzisiaj chcę skoncentrować się tej pierwszej. Szczególnie o tej porze roku, gdy za oknem  panuje (wprost panoszy się) jesień, już nie  złota, ale ta wietrzna i deszczowa, kubek bądź filiżanka tego rozgrzewającego napoju działa wprost zbawiennie i stanowi mój podstawowy niezbędnik, gdy przygotowuję się do lektury. Istotna jest oczywiście kwestia naczynia. Owszem lubię filiżanki, ale jak dla mnie ich wielkim minusem jest niedostateczna wielkość, dlatego rzadziej pijam w nich herbatę, częściej kawę. Przyznam, bez bicia, że herbatę spożywam w większych ilościach, dlatego preferuję szklanki i kubki, oczywiście przy doborze istotna jest kwesia estetyczna. Jeden z moich ulubionych kubków to ten bladoróżowy ze zdjęcia. Odpowiada mi w nim i rozmiar i odcień. Co by nie było monotonnie pijam brązowy napój w różnych postaciach. Lubię i sypaną i w torebkach, ale jedynie czarną, najlepiej niezrównaną Earl Grey, absolutnie nie czerwoną, zieloną czy owocową. Oczywiście nie wystarczy mi sama herbata, woda i cukier. Moje ukochane kombinacje to:
- herbata z cytryną i cukrem/miodem ( szczególnie miód polecam jesienią i zimą, mój ulubiony od lat to gryczany, wspaniale rozgrzewa, gdy za oknem chłodny deszcz czy śnieg),
- herbata z sokiem malinowym ( najlepsza jest z sokiem własnej roboty, co przyznam nie jest trudne, bo udało i mi się zrobić własny), zapach jest kuszący i kojarzy mi się z latem, a już samo wąchanie tej kombinacji rozgrzewa mnie w zimniejszych miesiącach roku,
- poznana tego lata na Mazurach herbata żeglarska czyli z sokiem malinowym, goździkami i słusznej wielkości plastrem pomarańczy, ten owoc nadaje jej niesamowitej świeżości, pijam ją od niedawna, ale receptura na stałe trafiła do mojego menu,
- najnowszy przepis to herbata zimowa, parzona z odrobiną startego na tarce świeżego imbiru, miodem i plastrem pomarańczy; dodatek imbiru porządnie ogrzewa.
 
 
Kto nie próbował tych rodzajów napoju, polecam, szczególnie tą porą roku. Piszę ten post rozkoszując się herbatą z miodem i cytryną. Mniamu mniam... Sfotografowane dzisiaj książki i jeszcze "Twierdza szyfrów" oraz "Pensjonat Sosnówka" (ddane już do biblioteki) to mój wyrzut sumienia, bo wszystkie są przeczytane, a żadnej nie zrecenzowałam. Rumienię się ze wstydu... Wracając do tematu głównego, jestem ciekawa Waszych ulubionych rodzajów herbat, a może znacie jakąś inną recepturę, to chętnie przetestuję.
 

środa, 17 października 2012

Nigellowo

Patrząc po blogu niewiele ostatnio czytam. A to nieprawda. Pochłaniam mnóstwo książek. Ogrom po prostu. Tym bardziej biorąc pod uwagę fakt, że nie mam za wiele czasu. W pracy ostatnio same popołudniowe zmiany, które mnie kompletnie rozstrajają i wybijają z rytmu, ale na książki udaje mi się wygospodarować chwilę. Niemało udaje mi się czytać jadąc MPKiem do i z pracy. Tylko z recenzjami jakoś mi nie po drodze.
Nie wiem jak Wy, ale ja bardzo lubię książki kucharskie. Idealne tytuły tego typu powinny mieć zdjęcia do każdego przepisu, do tego powinny to być dobre jakościowo i przyciągające wzrok fotografie. Moje ostatnie nabytki to Kuchnia i Nigella ekspresowo Nigelli Lawson. Z czystym sumieniem mogę je polecić. Oba tytuły są świetnie wydane. Kartki są nie tylko sklejone, ale i zszyte, co cenię, bo zwiększa to trwałość wydania. Każdy przepis jest okraszony całostronicową  fotografią, ale i kilkoma słowami od autorki nt. danego dania, ciekawostkami związanymi z jego wykonaniem bądź powstaniem. Testowałam już parę dań i byłam zadowolona. Od książki odstrasza cena, ale warto wydać więcej, jeśli ktoś lubi książki kucharskie. Te można czytać do poduszki, przynajmniej ja tak czynię :) Ale z pustym żołądkiem nie polecam.
Lubicie kupować czy przeglądać książki kucharskie? Co Waszym zdaniej jest niezbędne w tego typu książkach?
Na rynku mamy ogromny wybór wśród tego typu tomów, wydawnictwa nas nimi zasypują, ale warto przesiewać je przez porządne sito, bo można kupić niewypał. Po co np. książka z niebywale drogimi bądź trudno dostępnymi składnikami, niestarannie wydana lub z nieprzetestowanymi przepisami.

piątek, 24 sierpnia 2012

Zapach lata zamknęłam na zimowe dni

Po raz pierwszy w życiu udało mi się od początku do końca samodzielnie zrobić dżem :)  Często pomagałam mamie w robieniu przetworów, ale tym razem konfitura jest mojego autorstwa. Wybrałam dżem śliwkowo-kakaowy. Poszperałam w sieci i skompilowałam kilka receptur w jedną następującą:

4,5 kg śliwek węgierek
niecały kilogram cukru
2 cukry waniliowe
150 g kakao.

Dżem wyszedł naprawdę warty zachodu. Aromat i smak powstały z połączenia śliwek z kakao jest niezwykły i wyjątkowy. Spałaszowałam dzisiaj kanapkę z tym dżemem i białym serem. Byłam zachwycona. Chyba polubię robienie przetworów :)
Roznoszący sie po kuchni zapach pyrkających na ogniu śliwek jest kuszący, a sama procedura wyrobu dżemu ma w sobie pewną magię, która mnie uwiodła.

czwartek, 26 lipca 2012

Moja nowa pasja

Zawsze zachwycałam się tymi dziełami na fotografiach w sieci, ale myślałam, że robienie ich nie dla mnie, bo to trudne, czasochłonne, wymaga cierpliwości i nakładów finansowych. Niedawno podczas wizyty u przyjaciół miałam przyspieszony kurs decoupagu. Co istotne bez używania drogich farb i lakierów specjalnie do tego przeznaczonych, ale tańszym, domowym i równie skutecznym sposobem. Od tego czasu powolutku się rozkręcam i ozdabiam słoiki oraz butelki po winie. Odstresowuje mnie to i sprawia przyjemność, dodatkowo mam zgrabny przedmiot w domu. Same plusiki. Zdecydowanie polecam :)
Czyż nie są urocze? Kocham takie kobiece bibeloty. Dzięki pięknym przedmiotom dom staje się przytulny i ciepły.

czwartek, 28 czerwca 2012

Wracam z koszykiem rozmaitości, bo niemało czytałam, choć czasu niewiele miałam :)

Niewiele mnie widać i słychać ostatnio na blogach, w tym na własnym. Zbyt wiele pracy, zbyt wiele zmęczenia, za mało czasu, ale mimo tego ksiażek przeczytałam niemało. Po prostu nie udało mi się ich zrecenzować. Teraz nadrabiam zaległości. Wyjątkowo w jednym poście pojawią się recenzje aż sześciu (!!!) książek :) Kolejność recenzji będzie zgodna z chronologią czytania.
Pierwszym tytułem jest bardzo udana powieść Ewy Stec Polowanie na Perpetuę.  To po Klubie matek swatek moja druga lektura z dorobku pani Stec. Pierwszą wspominam bardzo pozytywnie, druga okazała się tak samo dobra, zabawna i sympatyczna. Autorka potrafi niezmiennie poprawiać humor wykreowaną przez siebie akcją i stworzonymi bohaterami. Polowanie na Perpetuę to niebywale zabawna komedia omyłek. Przez głupi zbieg okoliczności żona myślała, że mąż ją zdradza, a brak rozmów tylko rozdmuchał tę sytuację do granic niemożliwości, ale na koniec prawda na szczęście wyszła na jaw. Świetnie i szybko się czyta, dobrze wspominam.
 

Kolejną lekturą był Puszczyk Jana Grzegorczyka. Początkowo zaintrygowała mnie okładka, świetna czcionka i ciekawe zamglone zdjęcie, które przyciąga wzrok. Dlatego kupiłam tę książkę. To świetny kryminał. Naprawdę dobrze napisany, intryga wciąga. Oryginalny jest też bohater, który przeprowadza się na wieś. W większości książek to kobieta wyjeżdża na wieś, a tu niespodzianka, bo czyni to mężczyzna. Podobał mi się wątek religijny. Główny bohater czyli Stanisław Madej co niedziela czyta w kościele fragmenty Pisma Świętego i co niedzielę chodzi do kościoła, o czym nieraz wspomina. Doceniam ten brak skrępowania w pisaniu o własnej religiności, tym bardziej, że dzisiaj ten temat nie jest modny, a wręcz przeciwnie. Planuję poznać inne książki pana Grzegorczyka, gdyż literatura w jego wydaniu jest dobrze napisana i przyjemnie się ją czyta.
Królową słodyczy Sarah Addison Allen wypatrzyłam na przecenie w pewnej księgarni. To akurat nie był zbyt celny wybór. Spodziewałam się czegoś bardziej ciekawego. Główna bohaterka Josey, zakompleksiona, bogata dziedziczka, nie potrafiła wzbudzić mojej sympatii. Najbardziej słabym i irytująco nierealnym pomysłem był fakt, że w jej szafie zamieszkała znajoma, bez zgody Josey nadmieniam, a główna bohaterka nie potrafiła sie jej pozbyć... Bez komentarza. Dla odmiany spodobał mi się motyw z pojawiającymi się znikąd książkami, które tematycznie zawsze odpowiadają sytuacji życiowej Chloe i starają się swymi tytułami i treścią do czegoś ją skłonić, przekonać. Poza tym nie lubię jednak amerykańskich książek, tym bardziej że w tym wydaniu rzeczywiście było widać minusy amerykańskich wydań...
Na kolejną książkę Olgi Rudnickiej czekałam rok, licząc od wydania fenomenalnych Natalii 5. Ta młodziutka autorka swoim talentem pisarskim podbiła moje czytelnicze serce. Cichy wielbiciel potwierdził moje zdanie o umiejętnościach Rudnickiej. Tym razem tematyka jest zdecydowanie nowatorska, gdyż traktuje o zjawisku nękania. Pisarka niezwykle sprawnie ukazała kolejne etapy prześladowania ofiary i jej coraz gorszy stan psychiczny. Mechanizmy stalkingu zostały perfekcyjnie opisane. Brawurowa, świetnie poprowadzona akcja. Pisałam już o tym przy recenzji Natalii 5, teraz powtórzę raz jeszcze, Olga Rudnicka jest bardzo zdolną młodą pisarką i ciągle się rozwija, co nie każdy autor potrafi. Już nie mogę się doczekać kolejnego dzieła tej wyjątkowo utalentowanej osoby. Z utęsknieniem czekam na kontynuację Natalii 5. Kto jeszcze nie poznał Olgi, proponuję wybranie się do księgarni lub biblioteki.


Zakup Tysiąca dni w Wenecji Marleny de Blasi planowałam od dawna. Wiązałam z tą książką wielkie nadzieje, miałam chyba zbyt duże oczekiwania, które rozwiewały się wraz z rosnącą liczbą przeczytanych stron. Zbyt wiele pozytywnych recenzji się naczytałam, a gdy ma się wygórowane oczekiwania, to ciężko je spełnić. Jednak uważam, że nawet jakbym nie słyszała wcześniej nic o tym tytule, to i tak by mnie zawiódł. Po pierwsze w ogóle nie odpowiada mi wątek miłosny. Lubię książki wyidealizowane, ale nie w ten sposób jak ta. Nie wierzę w takie rzeczy, że dojrzała kobieta zakochuje się w mężczyźnie, spędza z nim bodajże kilka dni w Wenecji, potem on przyjeżdża do niej do Stanów Zjednoczonych na parę dni, po czym decydują się na ślub i wspólne życie w Wenecji. Marlena rzuca wszystko, sprzedaje restaurację, dom, opuszcza dotychczasowe życie i jedzie za Fernandem do Wenecji, po czym prawie na każdym kroku pozwala sobą mu rządzić. Ten związek jest specyficzny, bo niemłoda, niby dojrzała życiowo i psychicznie, kobieta, daje kreować swym życiem mężczyźnie i jeszcze tłumaczy go, bo przecież Fernando całe życie nie mógł podejmować własnych decyzji. Tego już nie rozumiem, prawie ani śladu tu wspólnych decyzji... Wenecja opisana piórem Marleny de Blasi też mnie nie zachwyciła. Warstwa kulinarna była już ciekawsza, ale nie zauroczyła mnie. Książka taka do jednorazowej lektury, bez fajerwerków.

Natomiast Herbaciarnia Madeline Darien Gee zauroczyła mnie. To pełna ciepła i mądra książka. Trzy główne bohaterki czyli Julia, Hannah i Madeline zostają przyjaciółkami. Urocze miasteczko Avalon staje się miejscem, które zaczyna dominować chleb przyjaźni amiszów. Ten przepis można dowolnie modyfikować i tworzyć z niego coraz nowsze receptury. A po upieczeniu 2 torebki zakwasu przekazuje się wraz z instrukcją innym osobom. Tak tworzy się łańcuch, który nie omija nikogo. Magia wspólnego pieczenia łączy ludzi, pokonuje troski, zapach pysznego ciasta poprawia nastrój i zbliża ludzi. Na koniec dzieje się rzecz fenomenalna, bo w potrzebie (gdy pobliskie miasto znacznie ucierpiało w powodzi) cały Avalon skrzykuje się i wspólnie piecze tysiące bochenków chleba, ciast, muffinek itd. oraz zbiera dary dla potrzebujących. Lubię książki pokazujące silną wiarę w dobro ludzi. Herbaciarnię Madeline polecam szczególnie na poprawę humoru. W książce jest oczywiście przepis na zakwas na chleb przyjaźni amiszów, instrukcje obchodzenia się z zakwasem, który m.in. należy codziennie zgniatać, a rozdzielonym dzielić się z innymi, a także kilka przepisów. Mam ochotę spróbować zrobić ten zakwas i poeksperymentować w kuchni. Nieraz zachciało mi się jeść i piec podczas tej lektury.

czwartek, 31 maja 2012

Zapytanie techniczno-informatyczne

Mam ważne pytanie. Mianowicie czy ktoś wie jak wstawić post przy którym nie będzie wyświetlała się data ani dzień tygodnia??? Bo ja w tych kwestiach niestety jestem zieloniutka jak ta wiosenna świeża trawa :) A odpowiedź jest dla mnie bardzo bardzo ważna.

niedziela, 13 maja 2012

Reading is cool

Zaproszona przez Agnesto i ja postanowiłam się wypowiedzieć w popularnej ostatnio zabawie :)



O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?
Zdecydowanie w dzień. Preferuję czytanie, gdy jest jasno, bo wtedy wzrok się nie męczy i jakoś tak przyjemniej, bo i umysł jaśniejszy. Poza tym czytam o przeróżnych porach, po prostu gdy mam na to czas.


Jaki rodzaj książek najchętniej czytasz?
Gustuję w powieściach obyczajowych, kryminałach, literaturze kobiecej, czytuję lekkie ale i cięższe książki :) Podoba mi się i klasyka i literatura współczesna. Zależnie od nastroju. Na pewno nie lubię romansów, gdzie króluje jedynie romans, choć dobre książki o miłości lubię. Nie czytuję raczej horrorów, bo potem boję się ciemności i nie tylko. Z fantastyką także jakoś mi nie po drodze, z maleńkimi wyjątkami.


Jaką książkę ostatnio kupiłaś/dostałaś? 
Najnowszy nabytek to ostatnia powieść Olgi Rudnickiej Cichy wielbiciel. Książka grzecznie stoi na półce i cieszy mój wzrok.


 Co czytałaś ostatnio?

Polowanie na Perpetuę Ewy Stec. Wkrótce recenzja :)


Co czytasz obecnie?
Królową słodyczy Sarah Addison Allen.


 Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi?
Oczywiście korzystam z zakładek. Przykładam dużą wagę do estetyki czytania. Kolekcjonuję wyjątkowe zakładki. Lubię dobierać zakładki do danej książki. Czasami w drodze do pracy czy w podróży korzystam z biletów, wejściówek, kartek.


 E-book czy audiobook?
Ani jedno ani drugie. Jestem tradycjonalistką i czytam jedynie papierowe książki. Czytanie to rytuał. Ważny jest dotyk książki, wygląd okładki, zapach papieru, szelest kartek i ten wyjątkowy dreszczyk, gdy zakupi się nowy tytuł. To kwintesencja książki. 


Jaka jest Twoja ulubiona książka z dzieciństwa?
Trudno wybrać jedną. Mogę wymienić niezrównaną Anię z Zielonego Wzgórza Lucy Maud Montgomerry oraz Małą księżniczkę i Tajemniczy ogród Frances Hodgson Burnett.


Którą z postaci literackich cenisz najbardziej?
Anię Shirley za wyobraźnię i urok, Scarlett z Przeminęło z wiatrem za siłę i odwagę, Robinsona Cruzoe za umiejętność przeżycia na bezludnej wyspie, Judytę z Nigdy w życiu za to że niezmiennie mnie rozśmiesza, Herkulesa Poirota za wybitną inteligencję i umiejętność dedukcji, pannę Marple za to że jest taka zwykła a potrafi rozwikływać niezwykłe zagadki.

czwartek, 26 kwietnia 2012

Michalina Olszańska, Dziecko gwiazd Atlantyda

Widzicie ten uroczy przedmiot w motyle? To pokrowiec na książki autorstwa Sabinki. Dzięki niemu mogę już swobodnie, bez wyrzutów sumienia i zaginania okładek nosić książki w torebce, zabierać w podróż, na wakacje, dokądkolwiek mi się zamarzy. A tom nie będzie zniszczony, bo chroni go gruba warstwa materiału. Sabinka miała genialnie praktyczny i urzekający piękny pomysł na gadżet, który jest niezbędnikiem każdego nałogowego czytelnika. Używam go od niedawna, ale już nie wyobrażam sobie bez niego życia. Zdecydowanie polecam wszystkim. 
Pierwszą książką noszoną w moim pokrowcu było Dziecko gwiazd Atlantyda.Któż nie słyszał o legendarnej, a nieistniejącej obecnie, Atlantydzie? Michalina Olszańska ubrała tę historię w słowa i przedstawiła własną, arcydokładną i ciekawą wizję Atlantydy na chwilę przed jej zniknięciem z powierzchni ziemi. Jestem pod ogromnym wrażeniem wybitnego talentu pisarki. Cały czas wprost nie mogę uwierzyć, że tak monumentalne i wybitne dzieło stworzyła ledwie piętnastoletnia dziewczyna. Olszańska ma fenomenalną i unikatową wprost umiejętność władania słowem. Mistrzowsko buduje zdania, opisy, dialogi. Perfekcyjnie prowadzi akcję i dozuje napięcie. Pisarka ma niesamowitą wyobraźnię. Olszańska nie pisze, że na przykład pada deszcz, ale:
" Nagle Mihna poczuła na czole zimną kroplę deszczu, która spłynęła wolno po jej twarzy jak łza, by zatrzymać się na ramieniu i tam pozostać... Następna spadła na dłoń księżniczki, mieniąc się na niej jak najpiękniejszy kryształ. Do czasu, gdy trzecia kropla rozbiła ją i rozproszyła na wszystkie strony. Z czasem kropel zrobiło się więcej, jedna po drugiej obmywały to policzek Mihny, to jej szyję, spadając coraz częściej i częściej, aż w końcu wielka ołowiana chmura nie wytrzymała pod ciężarem deszczu i pękła, wylewając na świat imponującą ścianę wody, która niczym inwazja niebiańskich łez dotarła na ziemię, zamieniając ją w jedną wielką, płynącą rzekę."
Michalina Olszańska posiada zdolności literackie, jaki mógłby jej pozazdrościć niejeden starszy od niej pisarz. Takich talentów wiele się nie rodzi. Takie książki warto kupować, warto czytać. Takie dzieło pozwala delektować się pięknym językiem. Taka książka pozostanie w Was długi, szybko o niej nie zapomnicie. 
Główna bohaterka, księżniczka Mihna, otrzymuje od losu ważną misję ratowania swego państwa. Poznajemy ją jako szczęśliwą córkę króla miło spędzającą czas i zachwycającą się Atlantydą, potem okazuje się, że nieszczęśliwie ginie król i następca tronu, a nowym władcą zostaje kompletnie do tego nieprzygotowany nastolatek. Od tego momentu państwo nieuchronnie zaczyna zbliżać się do przepaści, już nic nie jest takie jak dawniej. Co istotne to książka promuje wartości takie jak patriotyzm, miłość, wierność, uczciwość. Zdecydowanie powinna być bardziej popularna niż modne ostatnio książki o wampirach i innych tworach. Tutaj także jest niemało fantastyki, ale niebanalnej, oryginalnej, wartej poznania. Jestem książką ZACHWYCONA i URZECZONA stylem autorki.
 

wtorek, 17 kwietnia 2012

Wiosenne porządki rozpoczynam

Z racji wiosennych porządków chętnie wymienię kilka tomów na inne książki. Ewentualnie tanio sprzedam ( cena do uzgodnienia).  Zainteresowane osoby proszę o kontakt @ na adres aneta.olch@gmail.com

Do zaoferowania mam poniższe tytuły:
1) Joanne Harris, Dżentelmeni i gracze
2) Fannie Flagg, Smażone zielone pomidory
3) Małgorzata Kalicińska, Dom nad rozlewiskiem
4) Mark Mills, Amagansett
5) Natalia Rogińska, Alicja
6) Izabela Szolc, Strzeż się psa
7) Jeffery Deaver i inni, Miedziana bransoleta
8) Eric Emmanuel-Schmitt, Tektonika uczuć zarezerwowana
9) Michael Marschall Smith, Za drzwiami
10) Nicholas Sparks, Pamiętnik zarezerwowana

Książki są w bardzo dobrym stanie, raz przeczytane.


czwartek, 12 kwietnia 2012

30 dni z książkami w jednym dniu

Zapoczątkowana przez Prowicjonalną nauczycielkę zabawa przypadła mi do gustu, ale śladem Książkowca wybieram skumulowanie jej w jednym poście. Trzy cztery start :)
 

Dzień 1 - Twoja ulubiona książka - jest ich niemało, ale napiszę te do których lubię wracać czyli Miasto śniących książek Waltera Moersa, Tajemnicza wyspa Juliusza Verne'a, Przypadki Robinsona Cruzoe Daniela Defoe, Ania z Zielonego wzgórza Lucy Maud Montgomerry.
Dzień 2 - Książka, którą lubisz najmniej - Ferdydurke Witolda Gombrowicza i Szewcy Witkacego, osoby lubiące tych pisarzy będą pewnie zbulwersowane, ale nienawidzę tych książek. Odczuwałam ból wprost fizyczny podczas lektury, przeczytałam je jedynie dlatego iż była omawiana na lekcjach języka polskiego.
Dzień 3 - Książka, która Cię kompletnie zaskoczyła - Gra w klasy Cortazara zaskoczyła mnie fabyłą i formą, negatywnie zaskoczyła do tego stopnia, że po kilkunastu stronach nie byłam w stanie jej czytać, a myślałam, że będę zadowolona z lektury. Ponadto Pachnidło Patricka Suskinda niekwestionowanym mistrzostwem operowania słowem przy opisywaniu zapachów i tworzeniu opisów.
Dzień 4 - Książka, która przypomina Ci o domu - wiele książek mi o tym przypomina.
Dzień 5 - Książka non-ficiton, której czytanie sprawiło Ci niekłamaną przyjemność - preferuję powieści, więc nie mam zbyt wielu tytułów poznanych wśród tej grupy utworów.
Dzień 6 - Książka, przy której płaczesz - nierzadko zdarza mi się wzruszyć podczas lektury, ale jednego tytułu nie jestem w stanie wskazać, bo przy wielu tak mam i już.
Dzień 7 - Książka, przez którą trudno przebrnąć - Ferdydurke i Szewcy.
Dzień 8 - Mało znana książka, która nie jest bestsellerem, a powinna nim być - Babska misja Małgorzaty Kursy i Natalii 5  Olgi Rudnickiej.
Dzień 9 - Książka wielokrotnie przez Ciebie czytana - Ania z Zielonego wzgórza Lucy Maud Montgomerry, Miasto śniących książek Waltera Moersa, Książka poniekąd kucharska Joanny Chmielewskiej, seria o Judycie Katarzyny Grocholi.
Dzień 10 - Pierwsza książka przeczytana przez Ciebie - nie pamiętam, ale pierwsze moje własnej, a nie szkolne odkrycia literackie to Lucy Maud Montgomerry. Pamietam z jakimi emocjami zaczytywałam się w jej dziełach wypożyczonych ze szkolnej biblioteki.
Dzień 11 - Książka, dzięki której zaraziłeś się czytaniem - rodzice czytali mi m.in. Biblię w obrazkach dla najmłodszych, od dziecka dostawałam wyjatkowe książki.
Dzień 12 - Książka, która tak wycieńczyła Cię emocjonalnie, że musiałaś przerwać jej czytanie lub odłożyć na jakiś czas - bardzo trudno czytało mi się książki o tematyce łagrowo-obozowej, to były trudne lektury, ale uważam iż każdy Polak powinien je znać.
Dzień 13 - Najukochańsza książka z dzieciństwa - Ania z Zielonego wzgórza Lucy Maud Mongomerry, Tajemniczy ogród, Mała księżniczka, Mały lord Frances Hodgson Burnett oraz  Bajki z całego świata wybane przez Vierę Janusovą.
Dzień 14 - Książka, która powinna się znaleźć na obowiązkowej liście lektur w szkole średniejMiasto śniących książek Waltera Moersa, bo uczy miłości do książek.
Dzień 15 - Ulubiona książka traktująca o obcych kulturach - chyba nie mam takich, żaden tytuł nie pretenduje do ulubionego.
Dzień 16 - Ulubiona książka, którą sfilmowano - Nigdy w życiu Katarzyny Grocholi, książka niezmiennie mnie rozśmiesza i poprawia mi humor, a ekranizacja z Danutą Stenką w roli głównej jest sympatyczna i dobrze się ogląda. Moim zdaniem to jedna z nalepszych ekranizacji literackich.
Dzień 17 - Książka, którą sfilmowano i zrobiono to źle - zacznę od tego, że ogromna większość ekranizacji jest słaba i gorsza od książki, ale prym wiedzie Stara baśń Józefa Ignacego Kraszewskiego, która książkowo jest bardzo dobra, ale filmowo prezentuje słabiutki poziom.
Dzień 18 - Twoja ukochana książka, która już nie można kupić - chyba nie ma takiej książki z tych, które znam, ale poluję obecnie na Malwinę czyli domyślność serca Marii Wirtemberskiej, która od dawna nie miała wznowień, a szkoda bo to bardzo dobra lektura. Była bestsellerem w oświeceniu, potem niestety zapomniana.
Dzień 19 - Książka, dzięki której zmieniłaś zdanie na jakiś temat - Zmierzch że warto jednak wyrobić
sobie własne zdanie i przeczytać książkę odradzaną przez innych, bo mimo że widzę negatywy i czytałam ją krytycznie, to książka wciągnęła mnie całkowicie swój świat, ale przyznam, że mojej córce odradzałabym lekturę dopoki nie skończy osiemnastu lat. Arcydzieło to nie jest, ale Stephanie Meyer potrafi pisać interesująco. Nadmieniam iż fanką książek o wampirach nie jestem i nie będę.
 Dzień 20 - Książka, którą byś poleciła osobie o wąskich horyzontach myślowych - Rok 1984 George'a Orwella.
Dzień 21 - Książka, która przyniosła ci wielką przyjemność, ale wstydzisz się przyznać, że ją czytałaś - nie wstydzę się przyznawać do przeczytanych lektur. Każdy przecież ma swój gust i to co innym może się nei podobać, mi się dobrze czyta.
Dzień 22 - Ulubiona seria wydawnicza - nie mam takiej.
Dzień 23 - Ulubiony romans - Wichrowe wzgórza Emily Bronte, polecam każdemu, kto jeszcze nie zna.
Dzień 24 - Książka, która okazała się jednym wielkim oszustwem - nic nie przychodzi mi do głowy w tym momencie.
Dzień 25 - Ulubiona autobiografia/biografia - nie mam ulubionej, ale cenię Autobiografię Agathy Christie, ten gruby tom jest pełen ciekawych zapisków wybitnej autorki kryminałów.
Dzień 26 - Książka, którą chciałabyś przeczytać, a jeszcze nie jest napisana - chciałabym przeczytać inne książki Larssona, ale nie przeczytam, bo autor genialnej trylogii nie żyje. Czekam na kontynuację Natalii 5 Olgi Rudnickiej.
Dzień 27 - Książka, którą byś napisała, gdybyś umiała - może kiedyś coś napiszę, więc na razie tutaj zostaje luka :)
Dzień 28 - Książka, której przeczytania bardzo żałujesz - niewarto ich wspominać, bo i tytuły szybko umykają z pamięci.
Dzień 29 - Autor, którego omijasz - Paulo Coelho który jest zdecydowanie przereklamowany, a jego książek nie warto czytać, Eduardo Mendoza nawet nie czytam recenzji jego powieści, bo jako osobę wrażliwą na estetykę okładek nie mogę patrzeć na wydania jego książek, które mnie odstręczają, Jodi Picoult której nie lubię z uwagi na relatywizm jej książek.
Dzień 30 - Autor, którego wszystkie książki czytasz - kiedyś to była Lucy Maud Montgomerry, teraz Walter Moers, Artur Conan Doyle, Agatha Christie, Kate Morton ( tej australijki została mi tylko jedna książka do kupienia i przeczytania). Z polskich autorów to młodziutka i utalentowana Olga Rudnicka.