.

.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rudnicka Olga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rudnicka Olga. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 kwietnia 2016

Olga Rudnicka, Diabli nadali

Kolejna bardzo dobra książka Olgi Rudnickiej. Ponownie kryminał z wątkami humorystycznymi. Jak zawsze w przypadku tej pisarki zdecydowanie polecam. Lektura dla miłośników kryminałów i osób, które chcą się pośmiać.
 
Tęskniłam za trylogią o pięciu Nataliach, ale do nich Olga Rudnicka już raczej nie wróci. Jako czytelnik chętnie przeczytałabym kolejny tom, ale będę zadowolona z kolejnych takich książek jak Diabli nadali. Olga Rudnicka jest jedyną polską pisarką, której wszystkie książki stoją w mojej domowej biblioteczce.

niedziela, 22 czerwca 2014

Czerwcowe migawki i lektury

Nie wszyscy żyją mundialem, ale moja druga połowa owszem. Osobiście meczami się nie interesuję. Zdjęcie powstało podczas jednego z wczorajszych meczy, gdy mąż kibicował, a ja czytałam :)
 
 
Moją lekturą była najnowsza książka Olgi Rudnickiej Fartowny pech. To wydawnicza świeżynka, bo jest w sprzedaży od czerwca. O tytule dowiedziałam się przypadkiem  i zażyczyłam sobie książkę na imieniny. Przeczytałam ją w zawrotnym tempie i uważam, że głównym minusem książki jest grubość, jak dla mnie powinna mieć dwa razy większą objętość. Poza tym Olga Rudnicka jak zwykle zafundowała mi dobrą rozrywkę. Połączenie kryminału z wątkami humorystycznymi jest znakiem rozpoznawczym pisarki i jest w tym naprawdę dobra. Tym razem bohaterami zostali Gianni czyli Klemens Dziany, jego brat Kryś /Kris czyli Krystian Dziany oraz Joker czyli Filip Nadziany. Gangster, detektyw ( były policjant) i policjant, porachunki mafijne i spora dawka humoru. Fanów Olgi nie muszę zachęcać. Innym powiem tyle, że kto lubi polskie kryminały, będzie zadowolony.

 
Sezon na robienie przetworów uważam za rozpoczęty. Zrobiłam kilka słoiczków dżemu rabarbarowo-truskawkowego. Planowałam zrobić go z żelfiksem, ale zmieniłam zdanie. Rabarbaru dałam dwa razy więcej. Smażenie dżemu rozłożyłam na dwa dni, bo za późno wzięłam się za pichcenie, a szkoda było mi zarwać nocki, gdyż rano do pracy. Cukru nie dałam dużo, do smaku, tak żeby dżem był kwaśny, ale smaczny. Po zapakowaniu gorącej masy w wyparzone słoiki, pasteryzowałam je w piekarniku 20 minut w prawie 100 stopniach Celsjusza. Wyszedł ciekawy, testowałam go na tostach francuskich i uważam go za udany. Podoba mi się jego ciekawy kolor i nitki rabarbaru pomiędzy kropkami z truskawek. Słoiki wyglądają fajnie.
 
 
Ostatnio piekłam proste rzeczy typu ciasteczka owsiane, dlatego chodziło już za mną poważniejsze pieczenie. Poszukiwałam przepisu zgodnego z moją dietą. Znalazłam sporo receptur do przetestowania. Na pierwszy ogień poszło ciasto czekoladowe z mąki gryczanej. Przepis prosty w wykonaniu, ale naprawdę ciekawy. Obawiałam się go trochę, bo ciasto robi się z namoczonych w mleku ( dałam sojowe) daktyli, zmiksowanych potem na pastę i wymieszanych z konfiturą śliwkową, do tego mąka gryczaną, ziemniaczana i orzechowa z kakao i sodą ( użyłam także mąki kukurydzianej i ryżowej, bo gryczana mi się skończyła). Zapach przy mieszaniu składników cudownie pyszny. Ciasto bez jajek, bez tłuszczu i grama mąki pszennej  oraz bez cukru ( tak jest w przepisie, ja się złamałam i dałam dwie łyżeczki). Przyznam, że miałam małego stresa zanim nie przekroiłam i nie spróbowałam. Pierwszy kęs był z mlekiem, mniam. Smak całkiem inny niż ciasto z mąki pszennej, ale mi odpowiada. Zdrowe i smaczne ciacho. Ja z dodatkowych 900 ml mleka z przepisu użyłam tylko jedną szklankę. Z racji małej uroczystości rodzinnej ciasto przeszło małą transformację, przekroiłam je w poprzek, jedną połowę przełożyłam niecienką warstwą nutelli, a drugą moim dżemem z czarnej porzeczki. Wierzch polałam rozpuszczoną na parze mleczną i gorzką czekoladą z odrobiną masła, dałam go za mało, bo polewa wyszła mi za twarda :( Przez to było ciężko kroić ciasto, ale na smak nie miało to negatywnego wpływu. Ciacho genialne, zdecydowanie polecam. Rodzina zadowolona smakiem, ja też.
 
 
Nie lubię promować konkretnych produktów, ale uważam, że z dostępnych na rynku maseł czekoladowych najsmaczniejsza jest nutella. Użyłam jej wcześniej do pewnego deseru na zimno. Na dno pucharka dałam pokruszone i wymieszane z nutellą biszkopciki. Na to poszły truskawki zalane galaretką zmiksowaną ze śmietaną. Pycha.
 
 
Podczas delektowania się deserem czytałam Zaklętą Michaliny Olszańskiej. O ile podczas lektury Dziecka gwiazd Atlantydy byłam zachwycona mimo że nie przepadam za fantastyką, to Zaklęta mnie trochę zawiodła. Mniej więcej do połowy mi się podobało, potem było już gorzej. Główna bohaterka Roszpunka to dziecko wychowywane przez starszą kobietę żyjącą w głębi lasu, do której ludzie przychodzili po pomoc i zioła.. Roszpunka nie wie że oprócz niej i Baby istnieją jakieś ludzkie istoty. Jest wychowywana w głuszy, żyje w starej wieży przy chacie starszej kobiety. Wszystko zaczęło się komplikować, gdy przypadkiem poznaje młodego mężczyznę. Średnia książka, choć pierwsza połowa bardzo dobra, wyjątkowo uchwycony kontakt Roszpunki z przyrodą. Tutaj muszę zganić wydawnictwo za okładkę, która jest tragiczna i nijak ma się do treści książki. Gdybym nie znała autorki, w życiu nie sięgnęłabym po ten tytuł. Okładka zniechęca.
 
Na koniec mała niespodzianka, którą sprawił mi mój nowy, mały hibiskus, który dostałam od chrzestnej.

piątek, 22 marca 2013

Olga Rudnicka, Drugi przekręt Natalii

Kto nie zna twórczości tej pisarki powinien zacząć lekturę od pierwszego tomu o Nataliach. Nie będzie zawiedziony. Tom drugi okazał sie tak samo dobry. Ciekawa i bardzo dobrze poprowadzona intryga, kryminał na wysokim poziomie i gwarantowane niekontrolowane wybuchy śmiechu to właśnie tajemnica popularności Natalii. Sporo było momentów, gdy musiałam się powstrzymywać, by nie zacząć głośno rechotać w autobusie, bo to jednak nie wypada. Gdybym czytała będąc w domu, to w porządku, ale w miejscu publicznym niekoniecznie. Dlatego nie radzę czytać Drugiego przekrętu Natalii poza własnym gniazdkiem, bo może się okazać, że nie uda Wam się zachować powagi. Mnie było trudno... Uważam, że to świetny tytuł na tę porę roku, kiedy mamy dość śniegu, gdy niecierpliwie czekamy na wiosnę, gdy brakuje nam słońca i gdy mamy doła. Poprawa nastroju gwarantowana.
 
A propos poprzedniego wpisu o rumianych cytrynach do herbaty: wyszły perfekcyjne. Rum i goździki nadały owocom wyjątkowy smak. Taka aromatyczna cytryna z odrobiną soku, dodana do herbaty, podbiła moje i męża serce. Przepis wszedł na stałe do naszego menu. 

czwartek, 28 czerwca 2012

Wracam z koszykiem rozmaitości, bo niemało czytałam, choć czasu niewiele miałam :)

Niewiele mnie widać i słychać ostatnio na blogach, w tym na własnym. Zbyt wiele pracy, zbyt wiele zmęczenia, za mało czasu, ale mimo tego ksiażek przeczytałam niemało. Po prostu nie udało mi się ich zrecenzować. Teraz nadrabiam zaległości. Wyjątkowo w jednym poście pojawią się recenzje aż sześciu (!!!) książek :) Kolejność recenzji będzie zgodna z chronologią czytania.
Pierwszym tytułem jest bardzo udana powieść Ewy Stec Polowanie na Perpetuę.  To po Klubie matek swatek moja druga lektura z dorobku pani Stec. Pierwszą wspominam bardzo pozytywnie, druga okazała się tak samo dobra, zabawna i sympatyczna. Autorka potrafi niezmiennie poprawiać humor wykreowaną przez siebie akcją i stworzonymi bohaterami. Polowanie na Perpetuę to niebywale zabawna komedia omyłek. Przez głupi zbieg okoliczności żona myślała, że mąż ją zdradza, a brak rozmów tylko rozdmuchał tę sytuację do granic niemożliwości, ale na koniec prawda na szczęście wyszła na jaw. Świetnie i szybko się czyta, dobrze wspominam.
 

Kolejną lekturą był Puszczyk Jana Grzegorczyka. Początkowo zaintrygowała mnie okładka, świetna czcionka i ciekawe zamglone zdjęcie, które przyciąga wzrok. Dlatego kupiłam tę książkę. To świetny kryminał. Naprawdę dobrze napisany, intryga wciąga. Oryginalny jest też bohater, który przeprowadza się na wieś. W większości książek to kobieta wyjeżdża na wieś, a tu niespodzianka, bo czyni to mężczyzna. Podobał mi się wątek religijny. Główny bohater czyli Stanisław Madej co niedziela czyta w kościele fragmenty Pisma Świętego i co niedzielę chodzi do kościoła, o czym nieraz wspomina. Doceniam ten brak skrępowania w pisaniu o własnej religiności, tym bardziej, że dzisiaj ten temat nie jest modny, a wręcz przeciwnie. Planuję poznać inne książki pana Grzegorczyka, gdyż literatura w jego wydaniu jest dobrze napisana i przyjemnie się ją czyta.
Królową słodyczy Sarah Addison Allen wypatrzyłam na przecenie w pewnej księgarni. To akurat nie był zbyt celny wybór. Spodziewałam się czegoś bardziej ciekawego. Główna bohaterka Josey, zakompleksiona, bogata dziedziczka, nie potrafiła wzbudzić mojej sympatii. Najbardziej słabym i irytująco nierealnym pomysłem był fakt, że w jej szafie zamieszkała znajoma, bez zgody Josey nadmieniam, a główna bohaterka nie potrafiła sie jej pozbyć... Bez komentarza. Dla odmiany spodobał mi się motyw z pojawiającymi się znikąd książkami, które tematycznie zawsze odpowiadają sytuacji życiowej Chloe i starają się swymi tytułami i treścią do czegoś ją skłonić, przekonać. Poza tym nie lubię jednak amerykańskich książek, tym bardziej że w tym wydaniu rzeczywiście było widać minusy amerykańskich wydań...
Na kolejną książkę Olgi Rudnickiej czekałam rok, licząc od wydania fenomenalnych Natalii 5. Ta młodziutka autorka swoim talentem pisarskim podbiła moje czytelnicze serce. Cichy wielbiciel potwierdził moje zdanie o umiejętnościach Rudnickiej. Tym razem tematyka jest zdecydowanie nowatorska, gdyż traktuje o zjawisku nękania. Pisarka niezwykle sprawnie ukazała kolejne etapy prześladowania ofiary i jej coraz gorszy stan psychiczny. Mechanizmy stalkingu zostały perfekcyjnie opisane. Brawurowa, świetnie poprowadzona akcja. Pisałam już o tym przy recenzji Natalii 5, teraz powtórzę raz jeszcze, Olga Rudnicka jest bardzo zdolną młodą pisarką i ciągle się rozwija, co nie każdy autor potrafi. Już nie mogę się doczekać kolejnego dzieła tej wyjątkowo utalentowanej osoby. Z utęsknieniem czekam na kontynuację Natalii 5. Kto jeszcze nie poznał Olgi, proponuję wybranie się do księgarni lub biblioteki.


Zakup Tysiąca dni w Wenecji Marleny de Blasi planowałam od dawna. Wiązałam z tą książką wielkie nadzieje, miałam chyba zbyt duże oczekiwania, które rozwiewały się wraz z rosnącą liczbą przeczytanych stron. Zbyt wiele pozytywnych recenzji się naczytałam, a gdy ma się wygórowane oczekiwania, to ciężko je spełnić. Jednak uważam, że nawet jakbym nie słyszała wcześniej nic o tym tytule, to i tak by mnie zawiódł. Po pierwsze w ogóle nie odpowiada mi wątek miłosny. Lubię książki wyidealizowane, ale nie w ten sposób jak ta. Nie wierzę w takie rzeczy, że dojrzała kobieta zakochuje się w mężczyźnie, spędza z nim bodajże kilka dni w Wenecji, potem on przyjeżdża do niej do Stanów Zjednoczonych na parę dni, po czym decydują się na ślub i wspólne życie w Wenecji. Marlena rzuca wszystko, sprzedaje restaurację, dom, opuszcza dotychczasowe życie i jedzie za Fernandem do Wenecji, po czym prawie na każdym kroku pozwala sobą mu rządzić. Ten związek jest specyficzny, bo niemłoda, niby dojrzała życiowo i psychicznie, kobieta, daje kreować swym życiem mężczyźnie i jeszcze tłumaczy go, bo przecież Fernando całe życie nie mógł podejmować własnych decyzji. Tego już nie rozumiem, prawie ani śladu tu wspólnych decyzji... Wenecja opisana piórem Marleny de Blasi też mnie nie zachwyciła. Warstwa kulinarna była już ciekawsza, ale nie zauroczyła mnie. Książka taka do jednorazowej lektury, bez fajerwerków.

Natomiast Herbaciarnia Madeline Darien Gee zauroczyła mnie. To pełna ciepła i mądra książka. Trzy główne bohaterki czyli Julia, Hannah i Madeline zostają przyjaciółkami. Urocze miasteczko Avalon staje się miejscem, które zaczyna dominować chleb przyjaźni amiszów. Ten przepis można dowolnie modyfikować i tworzyć z niego coraz nowsze receptury. A po upieczeniu 2 torebki zakwasu przekazuje się wraz z instrukcją innym osobom. Tak tworzy się łańcuch, który nie omija nikogo. Magia wspólnego pieczenia łączy ludzi, pokonuje troski, zapach pysznego ciasta poprawia nastrój i zbliża ludzi. Na koniec dzieje się rzecz fenomenalna, bo w potrzebie (gdy pobliskie miasto znacznie ucierpiało w powodzi) cały Avalon skrzykuje się i wspólnie piecze tysiące bochenków chleba, ciast, muffinek itd. oraz zbiera dary dla potrzebujących. Lubię książki pokazujące silną wiarę w dobro ludzi. Herbaciarnię Madeline polecam szczególnie na poprawę humoru. W książce jest oczywiście przepis na zakwas na chleb przyjaźni amiszów, instrukcje obchodzenia się z zakwasem, który m.in. należy codziennie zgniatać, a rozdzielonym dzielić się z innymi, a także kilka przepisów. Mam ochotę spróbować zrobić ten zakwas i poeksperymentować w kuchni. Nieraz zachciało mi się jeść i piec podczas tej lektury.

niedziela, 29 maja 2011

Wywiad z Olgą Rudnicką

Publikuję obiecany na początku maja wywiad.  Zapraszam do lektury i zapoznania się z odpowiedziami. 

Miqaisonfire: co w Pani życiu stanowi największe natchnienie? Co spowodowało, że postanowiła Pani zabrać się za pisanie?
Wyrażenie natchnienie jest stanowczo przereklamowane. Gdybym miała siadać do pisania tylko wówczas, gdy czuję głęboką wewnętrzną potrzebę, nie dopilnowałabym żadnego terminu. To kwestia dyscypliny i regularności. Oczywiście, są dni, gdy w ciągu kilku godzin napiszę z 20 stron tekstu i nie pytajcie jak to możliwe, bo sama nie wiem. Palce same płyną po klawiaturze, bo w normalnym trybie jakoś wolniej mi to idzie. A są dni, że w ciągu kilku godzin powstaną dwa zdania, które zostają skasowane, a ja mam ochotę wyć z rozpaczy. Kwestia zabrania się za pisanie nie była wynikiem świadomej decyzji. To była forma spisywania myśli, snów, które potem przeradzały się w małe opowiadania. Im byłam starsza tym więcej się tego tworzyło. Nie potrafię powiedzieć, co stanowi moje natchnienie, ale wiem, że kiedy nie piszę, brakuje mi tego. Moje myśli zaczynają się skupiać wokół postaci, wątków powieści i zdarza mi się „odpływać” nawet jak jestem wśród ludzi.
Catherine: A ja chciałabym się spytać jaką książkę lubi Pani czytać najbardziej ?
Nie mam jednej ulubionej. Mam ulubionych autorów, do których ostatnio dołączył Stieg Larsson i Robin Cook.
Miqaisonfire:  Którą książkę pisało się Pani "najfajniej"? Czyli przy tworzeniu której książki, prace, zbieranie materiałów mijało najszybciej i najprzyjemniej?
„Martwe Jezioro”. W zamyśle miało to być opowiadanie, które mi się rozrosło i pisałam je dla siebie. Nie myślałam o czytelnikach, o wydawcy. To było hobby. Kiedy pod wpływem impulsu wysłałam ją do wydawcy i została przyjęta nikt nie był chyba bardziej zdziwiony niż ja. Nigdy nie myślałam o sobie w kategoriach zostania pisarką. I nadal się za pisarkę nie uważam. Jestem autorką, a do zostania pisarką wiele mi brakuje.
Kiedy planuje Pani wydać jakąś kolejną książkę i czy ma Pani na nią już pomysł?
O wydaniu powieści decyduje wydawca. Owszem, pracuję nad kolejną powieścią i jestem mniej więcej w 2/3 akcji oraz znam ostatnie zdanie. Czy zostanie zaakceptowana? To się dopiero okaże. Chciałabym jeszcze powiedzieć, że kiedy ukazuje się powieść na rynku to prace nad nią są zakończone znacznie wcześniej. Ostatnie poprawki do „Natalii 5”, które ukazały się w kwietniu zakończyłam chyba w październiku 2010 roku, niemal natychmiast zaczęłam zbierać materiały do nowej powieści, nad którą pracuję od grudnia ubiegłego roku.
Kawusia: Czy dajesz do przeczytania swoją powieść jeszcze przed drukiem (komuś zaufanemu np. mamie) ?
Absolutnie nie. Jestem paranoiczką w tym względzie i najchętniej nawet wydawcy nie mówiłabym nad czym aktualnie pracuję. Ale tak się nie da. Wydawca rzecz jasna musi wiedzieć co aktualnie robię, chociaż sam mnie uczula, że o pomysłach się głośno nie dyskutuje. Przy powieści, nad którą teraz pracuję umówiłam się z moim konsultantem, że po zakończeniu wersji roboczej prześlę mu do oceny. Ale to absolutny wyjątek podyktowany tematyką powieści. Jest jeszcze jeden powód, dla którego nie pokazuję moich tekstów wcześniej, chociaż zdarza mi się z zaufaną osobą rozmawiać o koncepcji czy bohaterach. Mianowicie, nie wszystkim moje książki się podobają. Nie żądam od przyjaciół uwielbienia, ale negatywna opinia we wstępnej fazie mogłaby podciąć mi skrzydła.

Co sądzi Twoja mama o Twoich powieściach?
Mama zachwyca się trzymając powieść w ręce, ale jako recenzent jest absolutnie do niczego. Najczęściej oburza się, że w tekście są przekleństwa, a przy „Lilith” i scenach seksu słyszałam przez kilka dni: - Co ludzie powiedzą! Nie potrafi oddzielić mnie od powieści. Przeklina bohater a nie ja.
Kiedyś w wywiadzie radiowym pewna piosenkarka przyznała że nie słucha radia aby jej twórczość była tylko jej a nie zainspirowana cudzymi utworami, żeby nie posądzono jej o plagiat. Czy Ty Olgo czytając tak wiele książek nie boisz się, że stworzysz coś podobnego, co już ktoś napisał?
Owszem. To jest pewien problem. Trudno wymyśleć coś, czego jeszcze nie było. Ale staram się. Czasami zdarza mi się takie uczucie, że już gdzieś to widziałam, czytałam, słyszałam, ale na szczęście okazuje się, że jest to pomysł, który zapisałam 3-4 lata temu i teraz powtórnie przyszedł mi do głowy.
Łukasz: Skąd czerpie Pani natchnienie??
Jak się Pani czuje jako coraz bardziej popularna pisarka??
Natchnienie czerpię z głowy. Pomysły też. To prostu są i nie da się tego racjonalnie wytłumaczyć. Nie czuję się popularną pisarką. Może dlatego, że na co dzień pracuję jako asystentka osób niepełnosprawnych, a ten zawód naprawdę uczy pokory. Cieszy mnie natomiast zainteresowanie moimi powieściami, chociaż zainteresowanie mną, jako osobą, jest peszące.
Ania: Jak długo trwa praca nad jedną powieścią? Ile czasu trwa od narodzenia pomysłu na książkę do skończenia pracy nad powieścią?
Coraz dłużej. „Martwe Jezioro” powstało w ciągu kilku tygodni żmudnego, wielogodzinnego pisania. Druga powieść też. Czułam się jak na fali. To po prostu ze mnie wypływało. Tylko, że to były powieści dość proste, jednowątkowe. Każda kolejna książka pochłania więcej czasu, na szczęście zauważyłam, że manualnie zwiększyła mi się prędkość pisania. Więcej materiałów, więcej przemyśleń, więcej różnorodnych wątków.  Można powiedzieć, że moje powieści dojrzewają wraz ze mną. Praca nad „Natalii 5” trwała kilka miesięcy plus poprawki. Naprawdę nie ma reguły. Czasami piszę dwie godziny, czasami sześć. Staram się pisać codziennie po kilka godzin, nie zawsze się udaje.
Do której własnej książki ma Pani największy sentyment?
Jeszcze niedawno powiedziałabym, że do „Martwego Jeziora”, bo było pierwsze i przez to szczególne. Ale obecnie kocham moje Natalie i z nimi czuję się najmocniej związana. Dla mnie to żywe osoby.
Aneta: Na okładkach swych książek jako literackich mistrzów wymieniasz Stephena Kinga, Alexa Kavę, Harlana Cobena oraz Tess Gerritsen. Kto jest Twoim ulubionym pisarzem polskim wśród aktualnie tworzących oraz kto spośród klasyków literatury polskiej?
Nie czytam wiele polskiej literatury. Właściwie poza Chmielewską nie jestem w stanie przypomnieć sobie innego autora, który zrobiłby na mnie wrażenie. Z klasyków zdecydowanie Stefan Żeromski.
Aneta: Masz jakieś przyzwyczajenia podczas czytania? Np. miejsce, pozycja, pora dnia, czy jesz podczas czytania itd.?
Nie, czytam zawsze i wszędzie. Do czytania wystarcza mi odrobina światła i kąt. Jedyne czego nie robię podczas czytania to nie jem. Nienawidzę jadłospisu na książce ani tłustych plam.
Aneta: Pisałaś kiedyś na swoim blogu, że tworzysz powieści z laptopem na kolanach, czy masz jakieś rytuały związane z pisaniem? Czy jest coś, bez czego nie możesz zasiąść do pracy nad książką?
Tak, zamieniam wówczas pokój w grobowiec. Specjalnie założyłam rolety, bo dzienne światło zaczęło mi przeszkadzać. Muszę mieć absolutny spokój. Lampka, laptop i ja. Zakładam słuchawki na uszy i włączam muzykę, żeby mnie obce dźwięki nie rozpraszały. Kiedyś zdarzyła mi się zabawna sytuacja, bo założyłam słuchawki, ale do laptopa ich nie podłączyłam. Muzyka sączyła się z głośników, a ja sobie siedziałam z kabelkami zwisającymi z uszu. I ruch. Strasznie mi przeszkadza, gdy kątem oka dostrzegam jak coś się rusza w pokoju. Dlatego zawsze mam zamknięte drzwi i nawet mojego biednego psa wyrzucam. Przeszkadza mi, że jego klatka piersiowa się rusza podczas oddychania. Wiem, że to strasznie brzmi, ale tak jest. Jakikolwiek ruch wyrywa mnie ze stanu skupienia i zamiast myśleć o wątku, to dostaję rozbieżnego zeza i jedno oko w monitorze, a drugie w śpiącym psie było utkwione.
Aneta: Co najbardziej lubisz podczas pracy nad powieścią?
Lubię jak akcja płynie. Nie zapominam słów. Wiem co mam pisać. Najbardziej lubię takie chwile, gdy etap myślenia jest poza mną a wszystko zdaje się dziać samo. To tak jakby akcja i postacie ożyły, ja staję się obserwatorem i opisuję tylko to co widzę i słyszę.
Aneta: Czego nie lubisz podczas pracy nad powieścią?
Zatorów. Wiem co ma być dalej. Mam rozpisany konspekt. Mniej lub bardziej szczegółowy. I nic. Ani słowa nie mogę napisać, a co napiszę to skasuję. A już szczególnie jestem wściekła na siebie jak mi się koncepcja w trakcie zmieni i muszę się cofać do początku powieści.
Aneta: Czytałam kiedyś w jakimś wywiadzie z pewną pisarką, że dopóki nie skończy książki, to nie czyta, by podświadomie nie pisać podobnie do czytanego w danym momencie autora. Czy masz podobnie?
Nie, nie mam. A może nie zwróciłam na to uwagi… Nie zauważyłam jednak, żebym kopiowała styl jakiegoś innego pisarza. Wolę myśleć, że mam własny i używając słów Natalii – tej wersji zamierzam się trzymać.
Aneta: Czy chciałabyś poświęcić się w 100% pisaniu czy traktujesz je jako dodatkowe zajęcie?
Z jednej strony tak, chciałabym się poświęcić pisaniu. Z drugiej, nadal chcę pracować z osobami niepełnosprawnymi. Z pewnością pisanie nie jest dodatkowym zajęciem i nie będzie. Chcę być tym i tym i teraz tylko muszę wykombinować jak to wszystko pogodzić. Na razie mi się udaje. Co będzie dalej to się zobaczy. Natomiast już teraz mam świadomość, że jeśli będę musiała z czegoż zrezygnować by móc pisać, to tak się stanie. Zrezygnuję.
Aneta: Jaki masz wpływ na wygląd okładki?
Żaden.
Aneta: Czy zanim zaczęłaś pisać Martwe jezioro, planowałaś pisanie, chciałaś być pisarką?
Lubiłam pisać dla siebie. Takie moje opowiadania. W szkole nie lubiłam pisać, bo trzeba było pod klucz a to mi nie odpowiadało. Pisałam więc cokolwiek byle było na temat i mieć święty spokój. Nigdy nie sądziłam, że napiszę coś co zostanie wydane, więc nie mogę mówić jak od dziecka marzyłam by pisać. Ja po prostu pisałam, a reszta potoczyła się sama. Natomiast od dziecka uwielbiałam wymyślać historie.
Aneta: Jakie jest Twoje zdanie na temat czy pisania można się nauczyć czy z tym talentem trzeba się urodzić?
Nie wiem. Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Nie czuję też jakobym miała talent. Cały czas mnie zdumiewa, że to co piszę ktoś lubi czytać. Wydaje mi się jednak, że jak się lubi tworzyć to trzeba to robić.
Aneta: Jak radzisz sobie z pogodzeniem pracy zawodowej, pisania, przeróżnych obowiązków oraz życia towarzyskiego?
Wbrew pozorom nie jest to aż tak trudne jak by się wydawało. Pracuję po kilka godzin dziennie. Czasami jestem w domu o 14, czasami o 15, zdarzały się dni, że mój dzień pracy kończył się o 12. Mam więc wystarczająco dużo czasu na pisanie. Praktycznie całe popołudnie i wieczór, z przerwą na jazdę konną czy trening. Jeżdżę w tej chwili dwa razy w tygodniu i jazda konna plus dotarcie na miejsce i z powrotem zajmuje jakieś dwie godziny. Nie jest to tak czasochłonne jak się wydaje. Zawsze mnie dziwi jak ktoś się dziwi, że skąd mam czas na konie. A czy ja cały dzień siedzę w stajni i żrę owies? Życie towarzyskie trochę kuleje, ale wszyscy moim przyjaciele też dorośli, mają pracę, własne życie. Z moją drugą połową widzimy się tylko w weekendy, więc cały tydzień mam właściwie dla siebie.
Aneta: Jak postrzegają Cię znajomi i rodzina jako pisarkę? Czy byli zaskoczeni, gdy wydałaś pierwszą książkę?
Przyjaciele traktują mnie dokładnie tak samo. Początkowo znalazło się sporo znajomych, którzy podobno byli ze mną bardzo zaprzyjaźnieni, a ja nie mogłam nigdzie ani twarzy ani nazwiska umiejscowić. Takie życie. Teraz wszyscy się przyzwyczaili i takie sytuacje już się nie zdarzają. Gdy wydałam pierwszą książkę to niewątpliwie najbardziej zaskoczeni byli moi nauczyciele. Nigdy się nie angażowałam jeśli mnie coś nie interesowało. A najczęściej mnie nie interesowało. Na studiach też siadałam w ostatnim rzędzie z książką pod ławką. A potem zakuwałam w domu, żeby egzamin zdać. Ale coś za coś. Natomiast przyjaciele, przed którymi nie przyznawałam się do pisania, bo to takie moje hobby było i zupełnie niemodne, wcale nie byli zaskoczeni. Okazało się, że kilka osób doskonale wiedziało, że piszę, choć nikt nie miał pojęcia, że wysłałam maszynopis do wydawcy. Kiepsko się kamuflowałam jak widać. Najbardziej zaskoczona to byłam ja, że z mojego najbliższego otoczenia niewiele osób było tym zaskoczonych. Jeden z kolegów stwierdził, że jego to nie dziwi. Zawsze cos gryzmoliłam.
Aneta: Prowadzisz bloga (http://rudnickaolga.pl/), co było motywem jego założenia i jak Ci się podoba ta forma kontaktu z czytelnikami?
Chciałam mieć kontakt z czytelnikami. Uznałam, że taka forma będzie odpowiednia, choć zdarza mi się, że nie mam o czym pisać, a coś napisać trzeba. Forma bardzo mi się podoba, co można przeczytać na moim blogu. Bardzo sympatyczne jest osobiste spotkanie osób, które regularnie czytują blog, jak miało ostatnio miejsce w Międzyzdrojach i Warszawie. Mimo, że wielu czytelników nigdy nie spotkam, nie są dla mnie obcy.
Aneta: Co sądzisz nt. popularnych ostatnio e-booków? Czy uważasz, że są realnym zagrożeniem dla tradycyjnych książek?
Nie. Nie sądzę. Zdarza mi się czytać e-booki, ale nawet jeśli mam coś w wersji elektronicznej i tak muszę to posiadać fizycznie, w formie papierowej i na półce. Osobiście wolę jednak formę tradycyjną, chociaż podczas targów książki w Warszawie bardzo zainteresowały mnie czytniki. Nie zdecydowałam się wówczas na zakup, ale nie wykluczam tego.
Aneta: Jakie jest Twoje zdanie nt. pożyczania książek? Czego nie tolerujesz podczas pożyczania?
Musze odpowiadać? Wyjdę na straszną zołzę. Może lepiej zacznę od drugiego pytania, bo to będzie stanowić wyjaśnienie odpowiedzi na pierwsze. Nie toleruję przetrzymywania książek. Jak można jedną książkę czytać kilka tygodni, a ja mam dziurę na półce? To mnie strasznie irytuje. Bo najpierw jest pożycz, pożycz, a potem: jeszcze nie zaczęłam czytać; nie mam czasu; no, już jestem na setnej stronie (książka ma 300 a osoba ma ją już miesiąc). A już szczególnie szlag mnie trafia jak się domagam zwrotu po 2-3 miesiącach, bo mnie już diabli biorą i okazuje się, że aktualnie czyta ją kuzynka kuzynki, która pożyczyła ją od kuzyna dziewczyny itd. itp. Więc odpowiadając na pytanie pierwsze: skończyłam z pożyczaniem książek. Pożyczam tylko kilku osobom, które je szanują, nie gniotą, nie plamią, nie używają jako podpórki pod drzwi balkonowe, oddają w terminie, nie puszczają w obieg, a jedna osoba jak mi w ten weekend nie odda trzeciej części trylogii Larsona trafi na czarną listę.
Dziękuję za zgodę na wywiad i udzielone odpowiedzi.

(Zdjęcie pobrane z bloga autorki)

piątek, 6 maja 2011

Wywiad z Olgą Rudnicką

Olga Rudnicka wyraziła zgodę na wywiad. Zbieram pytania, jakie chciałabym zadać pisarce. Zapraszam wszystkich do zadawania pytań Oldze. Wywiad będzie opublikowany na blogu. Zachęcam do zostawiania pytań w komentarzach do dnia 24 maja.
Zdjęcie pobrane z galerii na blogu pisarki http://rudnickaolga.pl/

środa, 4 maja 2011

Olga Rudnicka, Natalii 5


Długo na to czekałam, ale wreszcie stało się. Pragnę uroczyście obwieścić, że znalazłam swoją ulubioną polską pisarkę (z grona aktualnie tworzących). To zgodnie z tytułem posta Olga Rudnicka. Cały jej dotychczasowy dorobek literacki przeczytałam. Wszystkie jej książki mi się podobały. Każdy z 6 tomów stoi dumnie na półce mojej domowej biblioteczki. Jestem pod ogromnym wrażeniem, że tak młoda pisarka (rocznik 1988) może się poszczycić tak obfitą ilościowo i dobrą jakościowo listą dzieł. Podziwiam ją za to. Cechy wyróżniające warsztat literacki Olgi Rudnickiej to: genialna intryga, sprawnie poprowadzona fabuła, ciekawie wykreowani bohaterowie, wciągające pomysły kryminalne, niezrównane poczucie humoru ( które osiągnęło apogeum w Natalii 5). I jeszcze jedno – ewidentnie widać rozwój pisarki, bo najnowsza książka jest najlepsza, przynajmniej w mojej subiektywnej opinii. Co oczywiście nie znaczy, że pierwsze są gorsze, są dobre, ale ogromnym plusem jest to, że Olga Rudnicka doskonali swój warsztat pisarski. Irytuje mnie, że osoby posiadające taki talent są jeszcze tak mało znane, ale to mam nadzieję, że do czasu. Są książki, które przeczyta się raz i już się do nich nie wraca, ale do tych tomów wrócę jeszcze nie raz.

Natalii 5 czytałam 3-4 dni, ale tylko dlatego, że pracuję. Gdybym miała urlop, to dzieło połknęłabym w jeden dzień. Akcja tak mnie wciągnęła, że jednego dnia udało mi się oderwać od lektury dopiero mocno po 2 w nocy... Sam pomysł umieszczenia w książce pięciu bohaterek o tożsamym imieniu i nazwisku jest nowatorski, jego realizacja doskonała. Początkowo nie mogłam się połapać która Natalia jest którą Natalią, ale autorka zgrabnie rozwiązała tę kwestię i zdecydowanie ułatwiła to czytelnikom. Każda Natalia jest inna, każda jest bardzo plastycznie i ciekawie wykreowana. Autorka ma niebywałą zdolność kreowania komizmu sytuacyjnego i słownego. Książka jest wspaniałym, silnie wciągającym w swój świat kryminałem a jednocześnie mocno skrzy się humorem. Zaintrygowała mnie i jednocześnie co chwila rozśmieszała. Ma jeden minus. Że już się skończyła, bo mimo 560 stron, dla mnie to mało i tak dobrze napisanej książki chętnie przeczytałabym ponad 1000 stron. Z drugiej strony te 1000 stron także by się w pewnym momencie skończyło.

Opis z okładki: " Pięć spadkobierczyń, które potrafią skomplikować najprostsze sprawy. Policja otrzymuje zgłoszenie o samobójstwie. Zamknięty od środka pokój. Martwy mężczyzna. Broń, na której znajdują się wyłącznie jego odciski palców. Jednak zdaniem komisarza Potockiego nie mogło to być samobójstwo. Ślady wykluczają również morderstwo. Zagadkowa śmierć jest dopiero początkiem zdarzeń, które skomplikują spadkobierczynie denata. W gabinecie notariusza pojawia się pięć kobiet. Każda rości sobie prawo do spadku. Każda z nich miała powód, by zabić. Każda z nich będzie kłamać i oszukiwać, by odzyskać zaginiony spadek”.

Więcej nt. bohaterek i wydarzeń nie zdradzę. Zachęcam do czytania. Polecam i fanom kryminałów i komedii i po prostu dobrej literatury. To jedna z najlepszych książek jakie przeczytałam.