Ostatnio czytałam bardziej nowe niż starsze książki. Z tego powodu miałam pokusę sięgnięcia po coś z klasyki. Wybór padł na Krystynę córkę Lavransa Ingrid Undset. Za mną dwa tomy, trzeci ledwie rozpoczęty, ale już nie będzie skończony. Nic na siłę. Nie polubiłam głównej bohaterki, przez co męczyłam się czytając. Gubiłam się w tych wszystkich powtarzających się imionach. Jak dla mnie było zbyt nudno, zbyt wolno, bez polotu. Nic mnie w tej książce nie zachwyciło, nie ciągnęło do lektury. Książka wróci do biblioteki. Niedoczytana. Lubię klasykę i uważam, że warto ją czytać, ale nie każda z tego typu książek musi mi się podobać.
Czerwiec między innymi truskawkami słynie, a że miałam właśnie słuszną ilość tych owoców w lodówce w stanie mocno dojrzałym, postanowiłam je wykorzystać. Przewertowałam przepisy, wybrałam babkę z ostatniego numeru Sielskiego życia. Przepis z gatunku moich ulubionych czyli miksowanie wszystkiego bez wgłębiania się w szczegóły. Do tego jedne z moich ulubionych owoców pokrojone i wrzucone do środka.
Przetestowałam kupioną kilka dni temu tortownicę. Nie była droga, a wyprodukowana w Polsce, co dla mnie ważne, bo staram się wybierać polskie marki. Warto świadomie kupować i doceniać nasze krajowe wyroby. Ciasto upieczone w tortownicy zawsze wygląda wyjątkowo mimo najprostszego nawet przepisu.
Po kilkudziesięciu minutach kuchnię wypełnił aromat świeżo pieczonego, domowego ciasta. Ten zapach daje mi poczucie bezpieczeństwa, potęguje wrażenie przytulności w domu i po prostu daje dużo radości. I efekt jest smaczny. Bardzo smaczny. Zjadłam dwa niemałe kawałki.
Jakoś tak się złożyło, że do tej pory preferowałam te owoce w wersji świeżej. Jednak po zrobieniu pancakes z truskawkami z bloga love affair on the plate oraz dzisiejszego przepisu: ja chcę jeszcze :) Gdy tylko jagody będą trochę tańsze mam w planach dżem truskawkowo-jagodowy. Myślę, że to połączenie może być wyraziste i smaczne.
.
wtorek, 25 czerwca 2013
czwartek, 13 czerwca 2013
Truskawkowo i melisowo
Spróbowałam dzisiaj nalewki wykonanej kilka dni temu przez moich rodziców. Posmakowała mi bardzo. Nalewka oprócz dobrego smaku posiada też ważną właściwość - działa uspokajająco. Najważniejszym składnikiem jest melisa, oprócz tego dodaje się miętę, cynamon, sok z cytryny, wodę, cukier oraz spirytus. Recepturę przetestowałam dzisiaj, po zaopatrzeniu się w stertę świeżej melisy i mięty z działki. Baaardzo podoba mi się aromat, którym przesiąkły moje palce podczas odrywania listków melisy od łodygi. Przepis pochodzi z książki Elżbiety Adamskiej Nalewki ponad 100 przepisów. Książka pożyczona od taty, który lubi zaskakiwać perfekcyjnie smacznymi nalewkami własnej roboty.
Książka Singrid Verbert Smakowite prezenty zachwyciła mnie od pierwszej recenzji, jaką przeczytałam o niej na blogach. Gdy dostałam ją od bliskiej osoby, moje szczęście było przeogromne. Tytuł jest naprawdę wyjątkowo i zachwycająco wydany. Przepisy są inspirujące, a fotografie perfekcyjnie kuszą swym urokiem. Dopracowana w każdym szczególe, tak jak lubię i cenię. Testowałam już wcześniej przepis na cukier waniliowy ( z prawdziwą wanilią, a nie waniliną, która obok wanilii nawet nie leżała). Nie kupuję już cukru wanilinowego w sklepie, bo mam i używam pysznego waniliowego, własnego. Kilka dni temu przetestowałam jeden z przepisów z rozdziału Słodkie słoiki, mianowicie na owoce zalane alkoholem. Przepis potraktowałam jako inspirację, bo z owoców dałam jedynie truskawki, a zamiast grappą zalałam je po prostu wódką. Słoik otwiera się po trzech miesiącach, więc we wrześniu, gdy truskawki będą jedynie wspomnieniem, otworzę moje owoce i używając do deseru czy jako dodatek do jogurtu będę delektować się ich smakiem i widokiem.
czwartek, 6 czerwca 2013
Deszczowe, czerwcowe już poranki i dnie
Podczas ostatniego wypadu na działkę zerwałam woreczek płatków dzikiej róży. Pachniały delikatnie i subtelnie. Chciałabym mieć wodę perfumowaną o takim wyjątkowym aromacie. Płatki utarłam w moździerzu z cukrem ( cukru dałam taka samą ilość co zgniecionych płatków) i 1/4 kieliszka wódki. Otrzymaną konfiturę przełożyłam do wyparzonego słoika. Kolor baaardzo mi się podoba, a zapach jest naprawdę intensywny. Ilość jest mikroskopijna, ale mam w planie dorobić jeszcze, aby móc trochę posmakować :)
Słoik sfotografowałam na podkładce pod kubek/szklankę kupioną od cioci mojej przyjaciółki. Mam cały zestaw 12 sztuk po dwie z innego koloru. Podoba mi się jakość wykonania i użycie dwóch kolorów do jednej serwetki. Są świetne i lubię używać ich do picia przeróżnych napojów. Mała rzecz, a cieszy.
Do tego roku nie używałam do pieczenia rabarbaru, ale udało mi się już upiec cztery ciasta z tym owocem w roli głównej. Najbardziej mi smakuje ciasto kruche z rabarbarem i budyniem. Wykonałam je z przepisu ze strony rogalik blog. Połączenie kwaskowatego rabarbaru z delikatnością budyniu i ciastem kruchym, jak dla mnie, jest perfekcyjne. Zmodyfikowałam przepis o tyle, że dodałam do budyniu cukru waniliowego własnej roboty zamiast zwykłego. Pyszności :)
W deszczowe dni, które ostatnio mamy bez przerwy prawie, do życia pobudza mnie kawa z dużą ilością mleka i brązowym cukrem, tak jak lubię. Do kawy ten cukier odpowiada mi idealnie, ale do herbaty już niekoniecznie i wolę zwykły biały. Dawka dobrej i ciekawej prasy też jest nie do przecenienia. Zasmakowałam ostatnio w Sielskim życiu. Podobno w sprzedaży jest już Sielska kuchnia, ale nie mogę jej upolować, mimo prób w kilku miejscach. Z poprzedniego numeru przetestowałam przepis na marynowane jajka i byłam bardzo zadowolona z efektu. Czasopismo jest świetnie wydane, ma interesujące artykuły łączące tematykę kwiatową, kulinarną oraz ogólnie pisząc pochwałę ludowości, wiejskości, prostoty w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Za mną lekturą dwóch numerów, jeśli redakcja utrzyma taki poziom, to mają we mnie wiernego czytelnika.
Słoik sfotografowałam na podkładce pod kubek/szklankę kupioną od cioci mojej przyjaciółki. Mam cały zestaw 12 sztuk po dwie z innego koloru. Podoba mi się jakość wykonania i użycie dwóch kolorów do jednej serwetki. Są świetne i lubię używać ich do picia przeróżnych napojów. Mała rzecz, a cieszy.
Do tego roku nie używałam do pieczenia rabarbaru, ale udało mi się już upiec cztery ciasta z tym owocem w roli głównej. Najbardziej mi smakuje ciasto kruche z rabarbarem i budyniem. Wykonałam je z przepisu ze strony rogalik blog. Połączenie kwaskowatego rabarbaru z delikatnością budyniu i ciastem kruchym, jak dla mnie, jest perfekcyjne. Zmodyfikowałam przepis o tyle, że dodałam do budyniu cukru waniliowego własnej roboty zamiast zwykłego. Pyszności :)
W deszczowe dni, które ostatnio mamy bez przerwy prawie, do życia pobudza mnie kawa z dużą ilością mleka i brązowym cukrem, tak jak lubię. Do kawy ten cukier odpowiada mi idealnie, ale do herbaty już niekoniecznie i wolę zwykły biały. Dawka dobrej i ciekawej prasy też jest nie do przecenienia. Zasmakowałam ostatnio w Sielskim życiu. Podobno w sprzedaży jest już Sielska kuchnia, ale nie mogę jej upolować, mimo prób w kilku miejscach. Z poprzedniego numeru przetestowałam przepis na marynowane jajka i byłam bardzo zadowolona z efektu. Czasopismo jest świetnie wydane, ma interesujące artykuły łączące tematykę kwiatową, kulinarną oraz ogólnie pisząc pochwałę ludowości, wiejskości, prostoty w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Za mną lekturą dwóch numerów, jeśli redakcja utrzyma taki poziom, to mają we mnie wiernego czytelnika.
sobota, 18 maja 2013
Maj odurza zapachem kwiatów i świeżo pieczonego ciasta
Maj jest jednym z moich ulubionych miesięcy. Rozpoczyna okres przyjemnie ciepłych dni, odurza barwą i zapachem kwiatów, poprawia nastrój. Wreszcie mogę fotografować moje ulubione kwiaty o różnych porach dnia. Flakony, szklanki i czasem kieliszki zaczynają się zapełniać. Zbliża się pora pieczenia owocowych ciast. Ten etap rozpoczęłam od ciasta na kefirze z rabarbarem wyszukanego na blogu Kingi B. Yummy lifestyle. Ten blog kulinarny znam od kilku miesięcy, ale po raz pierwszy przetestowałam przepis. Ciasto robi się szybko i prosto, a wyszło baaardzo smaczne i rzeczywiście wyśmienicie smakuje z mlekiem.Po raz pierwszy do pieczenia użyłam rabarbaru i jestem bardzo miło zaskoczona efektem. Ciastem zajadał się nawet mój mąż, który nie jest aż takim jak ja entuzjastą słodkości. Receptura znajduje się na blogu yummy lifestyle.. Zachęcam do pieczenia i jedzenia koniecznie z mlekiem.
wtorek, 30 kwietnia 2013
Nieplanowany zakup genialnej książki
Przy okazji dzisiejszych załatwień na mieście w witrynie jednej z księgarń zauważyłam coś, na co polowałam od dawna. Kto oglądał programy kulinarne Jamiego Olivera i lubi jego styl gotowania, wie o czym piszę. Odkąd mam program KUCHNIA+ zaczęłam oglądać coraz więcej takich programów i przyznam, że Jamiego najbardziej przypadły mi do gustu. Podoba mi się, że najczęściej używa składników dostępnych dla statystycznego średniozamożnego człowieka, promuje zdrową żywność, regionalne produkty, proste i smaczne gotowanie podsumowując. Dlatego chciałam mieć jego książkę. Niestety ceny mnie odstraszały, ale dzisiaj udało mi się kupić Kulinarne wyprawy Jamiego za połowę ceny. Nie mogłam przejść obojętnie obok takiej przeceny wyczekiwanego tytułu. Skończyło się na tym, że wyszłam z reklamówką pełną TRZECH egzemplarzy, bo kupiłam na prezent, a jeden zostanie dla mnie. Były ciężkie, bo to porządne wydania w twardych okładkach, ale moja radość jest bezcenna.
środa, 3 kwietnia 2013
Trufle czekoladowe
Czytałam wiele dobrego na temat trufli własnej roboty na różnych blogach kulinarnych, widziałam w różnych programach telewizyjnych o gotowaniu, więc i ja wreszcie postanowiłam przetestować recepturę na własnej skórze i żołądkach własnym i rodzinki. Zrobiłam trufle przy okazji świątecznego pichcenia. Długo poszukiwałam przepisu, który wykonam, wreszcie zdecydowałam się na wersję Jamiego Oliwera, którego programy kulinarne bardzo cenię i lubię sposób w jaki gotuje.
Podaję proporcje:
300 g gorzkiej czekolady,
300 ml śmietany 36 lub 30%,
łyżka masła,
szczypta soli,
ewentualnie 1-2 kieliszki alkoholu,
do posypki: orzechy włoskie, laskowe czy pistacjowe, wiórka kokosowe, kakao lub np. drobno pokruszone biszkopty czy herbatniki.
Wykonanie:
czekoladę połamać na małe kawałki i wrzucić do miski. Śmietanę podgrzać, ale nie zagotować. Jak tylko zaczną pojawiać się bąbelki powietrza, wrzucić masło, zmniejszyć gaz. Gdy masło się rozpuści, zalać śmietaną czekoladę. Dokładnie wymieszać aż każdy kawałek czekolady się rozpuści. W razie konieczności można wymieszać w kąpieli wodnej, uważając by nie dopuścić do wrzenia. Gdy powstanie gładka masa dodać szczyptę soli i alkohol. Wymieszać i odstawić na 2 godziny do lodówki. Następnie mokrymi palcami nabierać masę i formować kulki i obtaczać w wybranej posypce. Przechowywać w chłodnym miejscu.
Moja wersja:
zmodyfikowałam trochę przepis, bo do części masy dodałam skórkę pomarańczową autorstwa mamy i trochę ekstraktu pomarańczowego ze strony moje wypieki. Ekstrakt zrobiłam jeszcze w listopadzie i do tej pory go nie używałam. Do reszty masy dodałam trochę zmielonych płatków migdałowych, które akurat miałam pod ręką. Acha i zamiast dodać w całości czekoladę gorzką, w jednej trzeciej dodałam mleczną :)
Efekt:
zachwyt całej rodziny i mój własny, bo trufle wyszły aksamitne w konsystencji i zachwycające w smaku, o niebo lepsze od kupnych czekoladek z bombonierek. I te pomarańczowe wyszły lepsze, takie intrygujące w smaku.
poniedziałek, 25 marca 2013
Przed i po
Technika decoupage wciągnęła mnie kilka miesięcy temu. Dzięki uprzejmości koleżanki przeszłam przyspieszony praktyczny kurs decoupagowania. Od tego momentu powolutku dekoruję coraz więcej przedmiotów. Testowałam tę metodę na szkle, drewnie i metalu. Podoba mi się jej prostota, efektowność i oryginalność, bo dowolny przedmiot mogę spersonalizować wedle własnego gustu. Najświeższy zakup to sosnowe tace śniadaniowe dla mnie i męża. Gotowe do decoupagowania, nielakierowane, idealne, by dalej coś z nimi podziałać. Czekają na swoją kolej po świętach. Ostatnie dzieło to donica na zioła. Dłuższy czas szukałam idealnych pojemników do posadzenia ziół na balkonie. Wybór padł na blaszane wiadereczka. Zdecydowałam że zmodyfikuję im wygląd ładnymi, niewykorzystanymi do tej pory wzorami. Pierwsze wiaderko prawie gotowe, zostało nałożyć kilka warst lakieru i można sadzić roślinki.
Już je widzę stojące na balkonie, pełne np. bazylii wystawiającej listki w stronę słońca. Do tej pory kupowałam gotowe sadzonki. W tym roku kupiłam nasiona i postanowiłam sama wyhodować zioła, począwszy od posiania ich w ziemi. Wkrótce okaże się, jakie i czy są efekty tej operacji. Mam cichą nadzieję, że się uda. Nie wiedziałam kompletnie czy mam posypać nasiona ziemią czy nie, bo tylko na opakowaniu majeranku było napisane, by nie przysypywać go ziemią.
piątek, 22 marca 2013
Olga Rudnicka, Drugi przekręt Natalii
Kto nie zna twórczości tej pisarki powinien zacząć lekturę od pierwszego tomu o Nataliach. Nie będzie zawiedziony. Tom drugi okazał sie tak samo dobry. Ciekawa i bardzo dobrze poprowadzona intryga, kryminał na wysokim poziomie i gwarantowane niekontrolowane wybuchy śmiechu to właśnie tajemnica popularności Natalii. Sporo było momentów, gdy musiałam się powstrzymywać, by nie zacząć głośno rechotać w autobusie, bo to jednak nie wypada. Gdybym czytała będąc w domu, to w porządku, ale w miejscu publicznym niekoniecznie. Dlatego nie radzę czytać Drugiego przekrętu Natalii poza własnym gniazdkiem, bo może się okazać, że nie uda Wam się zachować powagi. Mnie było trudno... Uważam, że to świetny tytuł na tę porę roku, kiedy mamy dość śniegu, gdy niecierpliwie czekamy na wiosnę, gdy brakuje nam słońca i gdy mamy doła. Poprawa nastroju gwarantowana.
A propos poprzedniego wpisu o rumianych cytrynach do herbaty: wyszły perfekcyjne. Rum i goździki nadały owocom wyjątkowy smak. Taka aromatyczna cytryna z odrobiną soku, dodana do herbaty, podbiła moje i męża serce. Przepis wszedł na stałe do naszego menu.
piątek, 22 lutego 2013
Rumiane cytryny do herbaty idealne na zimowe dni
Jako wielbicielka herbaty lubię poznawać nowe smaki, testować nieznane dotąd aromaty. Niedawno znalazłam na blogu Green Canoe kuszący i intrygujący przepis na jakże sympatycznie brzmiące rumiane cytryny :) Odkąd ujrzałam fotografię i sposób przygotowania, wiedziałam, że to jest to. Dzisiaj udało mi się wreszcie przygotować recepturę. Przepis wygląda dziecinnie prosto i w zawrotnym tempie się go wykonuje. Wyparzyć słoik. Dwie nieobrane cytryny umyć, następnie sparzyć wrzątkiem. Pokroić w plastry. Poukładać naprzemian z cukrem lub miodem. Doprawić goździkami. Zalać rumem. Pełny aromat cytryny mają osiągnąć po 2 dniach. Szczelnie zamknęłam słoik i niecierpliwie czekam, kiedy będę mogła zakosztować herbaty uszlachetnionej tym smakiem.
Już się nie mogę doczekać :)
wtorek, 12 lutego 2013
Mała chi i małe zrób to sam
Moja mała chi (czytaj "czi" czyli zdrobnienie od chihuahua :) Aż się wierzyć nie chce, że ma już 1,5 roku. Sunia mała gabarytowo, wielka sercem, kocha swych właścicieli wprost bałwochwalczo, bardzo bojowa, co jest męczące podczas spotkań ze znajomymi, przed którymi próbuje nas bronić swym potężnym szczekaniem. Gardło ma bardzo sprawne. Kochany urwis.
To czym się bawi to moje dzieło. Takie DIY czyli zrób to sam. Potrzebne będą:
- stara skarpetka
- plastikowe zakrętki z napojów/wody
- i tyle.
W skarpetkę powrzucałam kilka zakrętek, zrobiłam supeł, kolejna porcja plastików i supełek. Rezultat - powstała ulubiona zabawka mojego psa. Radość pupila gwarantowana, a za darmo powstał przedmiot do bezkarnego gryzienia. Przecież każdy ma w domu skarpetki i zakrętki :)
piątek, 8 lutego 2013
Sprawiłam sobie prezent :)
Wszyscy mają Natalie, mam i ja :) Czekałam cierpliwie na kolejny tom opisujący losy ciekawych bohaterek w nadziei na dobry kryminał i sporą dozę humoru. Jestem pewna, że się nie zawiodę. Kupiłam książkę kilka dni temu i teraz cieszę się jej widokiem na półce. Wkróce zabieram się za lekturę, recenzja pojawi sie na pewno. Pozdrawiam cieplutko z zasypanego śniegiem Lublina.
poniedziałek, 4 lutego 2013
Nadal biało wokół
Lubię zimę, podobnie jak pozostałe pory roku. Każda ma swoje plusy, wyjątkowe w roku momenty, urok. Zimą mamy więcej czasu na różne domowe zajęcia, realizowanie swoich zainteresowań, robótki ręczne, czytanie, wylegiwanie pod ciepłym kocykiem i popijanie hektolitrami gorących herbatek z rozmaitymi rozgrzewającymi i poprawiającymi samopoczucie dodatkami. W tym roku odkryłam imbir, z czego jestem bardzo zadowolona. Słyszałam od kilku osób, że oprócz doraźnego rozgrzania, skutecznie poprawia krążenie. Podsumowując wszystkie zmarzluchy wiecznie skarżące się na chłodne i skłonne do wychłodzeń dłonie i stopy ( czyli m. in. ja) wreszcie na dłuższy okres się rozgrzeją. Testuję i za jakiś czas sprawdzę :)
Zima ma niesamowite niebo nocą. Dzięki temu, że jest śnieg, to i niebo nie jest tak ciemne jak np. latem. Jest jasniej, przyjemniej i od razu czuję się bezpieczniej. Śnieg cudnie ozdabia wszystko wokół, ale ciapy nie lubię. Podoba mi się, gdy jest lekki mróz, a śnieg trzeszczy pod moimi stopami okutanymi w ciepłe skarpety i kozaki. Zimą są ważne i rodzinne święta czyli Boże Narodzenie, które celebrowane w kościele i w domu mają wyjątkowy urok. W moim mieście wreszcie trochę chłodniej. Dzieki czemu mogłam odstawić kalosze, w których ostatnio tuptałam, a założyć kozaki. Ciapę zastąpił lekki mrozik i piękny, gęsty śnieg. Biało, biało, biało. U mnie chwilowo zrobiło się wiosennie, bo kupiłam hiacynty, by poczuć przedsmak za jakiś czas nadchodzącej wiosny. Stąd dzisiejsza fotografia. Nadzieja na ciepełko zagościła w mym sercu, w sumie przede wszystkim tego brakuje grudniowo-styczniowo-lutową porą. Mieszkam w domku, więc ogrzewania z ciepłowni brak, a piec nie bucha bez przerwy, ale co tam. Od czego są ciepłe sweterki. Ubieranie na cebulkę mi niestraszne.
A tymczasem wracam do zachwytów nad obecną aurą. Kocham fotografować, a zima jest bardzo wdzięcznym okresem do wyszukiwania wyjatkowych kadrów. Podoba mi się spokojny nastrój poniższego zdjęcia. Tylko zimą drzewa tak wyglądają.
poniedziałek, 24 grudnia 2012
Błogosławionych świąt Bożego Narodzenia
Życzę wszystkim zdrowych, pogodnych, spędzonych w ciepłej, rodzinnej atmosferze i białych świąt Bożego Narodzenia :)
Powolutku szykuję potrawy świąteczne i wigilijne oraz ogarniam dom tak by osiagnąć wisienkę na torcie. W tle słychać szum odkurzacza, za chwilę odpalam piekarnik, by upiec pierwszego w życiu kurczaka. Na korytarzu czekają pierniki, także upieczone i udekorowane po raz pierwszy, sprawiły mi wiele radości i satysfakcji.
Powolutku szykuję potrawy świąteczne i wigilijne oraz ogarniam dom tak by osiagnąć wisienkę na torcie. W tle słychać szum odkurzacza, za chwilę odpalam piekarnik, by upiec pierwszego w życiu kurczaka. Na korytarzu czekają pierniki, także upieczone i udekorowane po raz pierwszy, sprawiły mi wiele radości i satysfakcji.
Fotografia pochodzi z sieci.
czwartek, 6 grudnia 2012
Grudniowo... wreszcie
Jeszcze niedawno mieliśmy typową jesień. Teraz mimo że kalendarzowo trwa nadal, mimo iż jeszcze niedawno było tak
i zanim nastały deszczowe listopadowe dnie, mogliśmy się rozkoszować wszechobecną żółcią, czerwienią i brązami dookoła. W tym roku udało mi się nacieszyć złotą polską jesienią. Miło wspominam spacery po kolorowym lesie, zapach i szelest liści pod stopami oraz możliwość poimprowizowania z aparatem w dłoni. Nastał grudzień, jeden z magicznych miesięcy, moment adwentowego oczekiwania, porządkowania domu, przygotowań do tych ważnych religijnie i rodzinnie świąt. W tym roku po raz pierwszy zamierzam piec pierniczki oraz piernik staropolski z tego przepisu. Ciasto zagniotłam ostatniego dnia listopada, przełożyłam do starego emaliowanego naczynia, nakryłam ściereczką, a teraz czeka na wielkie pieczenie 21 grudnia :) Z części ciasta upiekę i udekoruję pierniczki, pozostała część to będzie wielki piernik przełożony dżemem. Już się nie mogę doczekać. Raduję się białym puchem za oknem, prawdziwą zimową temperaturą, która zmroziła nieprzyjemną ciapę za oknem.
Pozostając w temacie bożonarodzeniowych przygotowań nadmienię, że zainspirowana fotografiami i przepisami z moich wypieków zrobiłam swój pierwszy ekstrakt pomarańczowy i waniliowy. Jestem ciekawa efektów ich użycia podczas pieczenia świątecznych pyszności. Na razie stoją w kuchni na chlebaku, a ja po prostu cieszę oczy tym widokiem i nie potrafię ich jeszcze schować do szafki.
Kilka miesięcy temu nauczyłam się zdobienia za pomocą techniki decoupagu. Planuję ozdobić przy jej pomocy choć kilka bombek, okaże się jakie będą efekty. Ostatnie, niedokończone jeszcze dzieło to słoik - na jeszcze nie wiem co - do kuchni. Gdy zobaczyłam po raz pierwszy te serwetki z muffinkami, wiedziałam, że muszę je mieć i zrobię z nich jakiś uroczy drobiazg.
i zanim nastały deszczowe listopadowe dnie, mogliśmy się rozkoszować wszechobecną żółcią, czerwienią i brązami dookoła. W tym roku udało mi się nacieszyć złotą polską jesienią. Miło wspominam spacery po kolorowym lesie, zapach i szelest liści pod stopami oraz możliwość poimprowizowania z aparatem w dłoni. Nastał grudzień, jeden z magicznych miesięcy, moment adwentowego oczekiwania, porządkowania domu, przygotowań do tych ważnych religijnie i rodzinnie świąt. W tym roku po raz pierwszy zamierzam piec pierniczki oraz piernik staropolski z tego przepisu. Ciasto zagniotłam ostatniego dnia listopada, przełożyłam do starego emaliowanego naczynia, nakryłam ściereczką, a teraz czeka na wielkie pieczenie 21 grudnia :) Z części ciasta upiekę i udekoruję pierniczki, pozostała część to będzie wielki piernik przełożony dżemem. Już się nie mogę doczekać. Raduję się białym puchem za oknem, prawdziwą zimową temperaturą, która zmroziła nieprzyjemną ciapę za oknem.
Pozostając w temacie bożonarodzeniowych przygotowań nadmienię, że zainspirowana fotografiami i przepisami z moich wypieków zrobiłam swój pierwszy ekstrakt pomarańczowy i waniliowy. Jestem ciekawa efektów ich użycia podczas pieczenia świątecznych pyszności. Na razie stoją w kuchni na chlebaku, a ja po prostu cieszę oczy tym widokiem i nie potrafię ich jeszcze schować do szafki.
Kilka miesięcy temu nauczyłam się zdobienia za pomocą techniki decoupagu. Planuję ozdobić przy jej pomocy choć kilka bombek, okaże się jakie będą efekty. Ostatnie, niedokończone jeszcze dzieło to słoik - na jeszcze nie wiem co - do kuchni. Gdy zobaczyłam po raz pierwszy te serwetki z muffinkami, wiedziałam, że muszę je mieć i zrobię z nich jakiś uroczy drobiazg.
środa, 7 listopada 2012
Herbaciane nawyki
Każdy ma swoje ulubione nawyki towarzyszące czytaniu. Dla mnie ważne jest, by wtedy było mi ciepło czyli albo odpowiednie ubrania albo kocyk w razie potrzeby. Lubię do tego popijać gorącą herbatę, czasem kawę, ale dzisiaj chcę skoncentrować się tej pierwszej. Szczególnie o tej porze roku, gdy za oknem panuje (wprost panoszy się) jesień, już nie złota, ale ta wietrzna i deszczowa, kubek bądź filiżanka tego rozgrzewającego napoju działa wprost zbawiennie i stanowi mój podstawowy niezbędnik, gdy przygotowuję się do lektury. Istotna jest oczywiście kwestia naczynia. Owszem lubię filiżanki, ale jak dla mnie ich wielkim minusem jest niedostateczna wielkość, dlatego rzadziej pijam w nich herbatę, częściej kawę. Przyznam, bez bicia, że herbatę spożywam w większych ilościach, dlatego preferuję szklanki i kubki, oczywiście przy doborze istotna jest kwesia estetyczna. Jeden z moich ulubionych kubków to ten bladoróżowy ze zdjęcia. Odpowiada mi w nim i rozmiar i odcień. Co by nie było monotonnie pijam brązowy napój w różnych postaciach. Lubię i sypaną i w torebkach, ale jedynie czarną, najlepiej niezrównaną Earl Grey, absolutnie nie czerwoną, zieloną czy owocową. Oczywiście nie wystarczy mi sama herbata, woda i cukier. Moje ukochane kombinacje to:
- herbata z cytryną i cukrem/miodem ( szczególnie miód polecam jesienią i zimą, mój ulubiony od lat to gryczany, wspaniale rozgrzewa, gdy za oknem chłodny deszcz czy śnieg),
- herbata z sokiem malinowym ( najlepsza jest z sokiem własnej roboty, co przyznam nie jest trudne, bo udało i mi się zrobić własny), zapach jest kuszący i kojarzy mi się z latem, a już samo wąchanie tej kombinacji rozgrzewa mnie w zimniejszych miesiącach roku,
- poznana tego lata na Mazurach herbata żeglarska czyli z sokiem malinowym, goździkami i słusznej wielkości plastrem pomarańczy, ten owoc nadaje jej niesamowitej świeżości, pijam ją od niedawna, ale receptura na stałe trafiła do mojego menu,
- najnowszy przepis to herbata zimowa, parzona z odrobiną startego na tarce świeżego imbiru, miodem i plastrem pomarańczy; dodatek imbiru porządnie ogrzewa.
Kto nie próbował tych rodzajów napoju, polecam, szczególnie tą porą roku. Piszę ten post rozkoszując się herbatą z miodem i cytryną. Mniamu mniam... Sfotografowane dzisiaj książki i jeszcze "Twierdza szyfrów" oraz "Pensjonat Sosnówka" (ddane już do biblioteki) to mój wyrzut sumienia, bo wszystkie są przeczytane, a żadnej nie zrecenzowałam. Rumienię się ze wstydu... Wracając do tematu głównego, jestem ciekawa Waszych ulubionych rodzajów herbat, a może znacie jakąś inną recepturę, to chętnie przetestuję.
środa, 17 października 2012
Nigellowo
Patrząc po blogu niewiele ostatnio czytam. A to nieprawda. Pochłaniam mnóstwo książek. Ogrom po prostu. Tym bardziej biorąc pod uwagę fakt, że nie mam za wiele czasu. W pracy ostatnio same popołudniowe zmiany, które mnie kompletnie rozstrajają i wybijają z rytmu, ale na książki udaje mi się wygospodarować chwilę. Niemało udaje mi się czytać jadąc MPKiem do i z pracy. Tylko z recenzjami jakoś mi nie po drodze.
Nie wiem jak Wy, ale ja bardzo lubię książki kucharskie. Idealne tytuły tego typu powinny mieć zdjęcia do każdego przepisu, do tego powinny to być dobre jakościowo i przyciągające wzrok fotografie. Moje ostatnie nabytki to Kuchnia i Nigella ekspresowo Nigelli Lawson. Z czystym sumieniem mogę je polecić. Oba tytuły są świetnie wydane. Kartki są nie tylko sklejone, ale i zszyte, co cenię, bo zwiększa to trwałość wydania. Każdy przepis jest okraszony całostronicową fotografią, ale i kilkoma słowami od autorki nt. danego dania, ciekawostkami związanymi z jego wykonaniem bądź powstaniem. Testowałam już parę dań i byłam zadowolona. Od książki odstrasza cena, ale warto wydać więcej, jeśli ktoś lubi książki kucharskie. Te można czytać do poduszki, przynajmniej ja tak czynię :) Ale z pustym żołądkiem nie polecam.
Lubicie kupować czy przeglądać książki kucharskie? Co Waszym zdaniej jest niezbędne w tego typu książkach?
Na rynku mamy ogromny wybór wśród tego typu tomów, wydawnictwa nas nimi zasypują, ale warto przesiewać je przez porządne sito, bo można kupić niewypał. Po co np. książka z niebywale drogimi bądź trudno dostępnymi składnikami, niestarannie wydana lub z nieprzetestowanymi przepisami.
piątek, 24 sierpnia 2012
Zapach lata zamknęłam na zimowe dni
Po raz pierwszy w życiu udało mi się od początku do końca samodzielnie zrobić dżem :) Często pomagałam mamie w robieniu przetworów, ale tym razem konfitura jest mojego autorstwa. Wybrałam dżem śliwkowo-kakaowy. Poszperałam w sieci i skompilowałam kilka receptur w jedną następującą:
4,5 kg śliwek węgierek
niecały kilogram cukru
2 cukry waniliowe
150 g kakao.
Dżem wyszedł naprawdę warty zachodu. Aromat i smak powstały z połączenia śliwek z kakao jest niezwykły i wyjątkowy. Spałaszowałam dzisiaj kanapkę z tym dżemem i białym serem. Byłam zachwycona. Chyba polubię robienie przetworów :)
Roznoszący sie po kuchni zapach pyrkających na ogniu śliwek jest kuszący, a sama procedura wyrobu dżemu ma w sobie pewną magię, która mnie uwiodła.
czwartek, 26 lipca 2012
Moja nowa pasja
Zawsze zachwycałam się tymi dziełami na fotografiach w sieci, ale myślałam, że robienie ich nie dla mnie, bo to trudne, czasochłonne, wymaga cierpliwości i nakładów finansowych. Niedawno podczas wizyty u przyjaciół miałam przyspieszony kurs decoupagu. Co istotne bez używania drogich farb i lakierów specjalnie do tego przeznaczonych, ale tańszym, domowym i równie skutecznym sposobem. Od tego czasu powolutku się rozkręcam i ozdabiam słoiki oraz butelki po winie. Odstresowuje mnie to i sprawia przyjemność, dodatkowo mam zgrabny przedmiot w domu. Same plusiki. Zdecydowanie polecam :)
Czyż nie są urocze? Kocham takie kobiece bibeloty. Dzięki pięknym przedmiotom dom staje się przytulny i ciepły.
Czyż nie są urocze? Kocham takie kobiece bibeloty. Dzięki pięknym przedmiotom dom staje się przytulny i ciepły.
czwartek, 28 czerwca 2012
Wracam z koszykiem rozmaitości, bo niemało czytałam, choć czasu niewiele miałam :)
Niewiele mnie widać i słychać ostatnio na blogach, w tym na własnym. Zbyt wiele pracy, zbyt wiele zmęczenia, za mało czasu, ale mimo tego ksiażek przeczytałam niemało. Po prostu nie udało mi się ich zrecenzować. Teraz nadrabiam zaległości. Wyjątkowo w jednym poście pojawią się recenzje aż sześciu (!!!) książek :) Kolejność recenzji będzie zgodna z chronologią czytania.
Pierwszym tytułem jest bardzo udana powieść Ewy Stec Polowanie na Perpetuę. To po Klubie matek swatek moja druga lektura z dorobku pani Stec. Pierwszą wspominam bardzo pozytywnie, druga okazała się tak samo dobra, zabawna i sympatyczna. Autorka potrafi niezmiennie poprawiać humor wykreowaną przez siebie akcją i stworzonymi bohaterami. Polowanie na Perpetuę to niebywale zabawna komedia omyłek. Przez głupi zbieg okoliczności żona myślała, że mąż ją zdradza, a brak rozmów tylko rozdmuchał tę sytuację do granic niemożliwości, ale na koniec prawda na szczęście wyszła na jaw. Świetnie i szybko się czyta, dobrze wspominam.
Kolejną lekturą był Puszczyk Jana Grzegorczyka. Początkowo zaintrygowała mnie okładka, świetna czcionka i ciekawe zamglone zdjęcie, które przyciąga wzrok. Dlatego kupiłam tę książkę. To świetny kryminał. Naprawdę dobrze napisany, intryga wciąga. Oryginalny jest też bohater, który przeprowadza się na wieś. W większości książek to kobieta wyjeżdża na wieś, a tu niespodzianka, bo czyni to mężczyzna. Podobał mi się wątek religijny. Główny bohater czyli Stanisław Madej co niedziela czyta w kościele fragmenty Pisma Świętego i co niedzielę chodzi do kościoła, o czym nieraz wspomina. Doceniam ten brak skrępowania w pisaniu o własnej religiności, tym bardziej, że dzisiaj ten temat nie jest modny, a wręcz przeciwnie. Planuję poznać inne książki pana Grzegorczyka, gdyż literatura w jego wydaniu jest dobrze napisana i przyjemnie się ją czyta.
Królową słodyczy Sarah Addison Allen wypatrzyłam na przecenie w pewnej księgarni. To akurat nie był zbyt celny wybór. Spodziewałam się czegoś bardziej ciekawego. Główna bohaterka Josey, zakompleksiona, bogata dziedziczka, nie potrafiła wzbudzić mojej sympatii. Najbardziej słabym i irytująco nierealnym pomysłem był fakt, że w jej szafie zamieszkała znajoma, bez zgody Josey nadmieniam, a główna bohaterka nie potrafiła sie jej pozbyć... Bez komentarza. Dla odmiany spodobał mi się motyw z pojawiającymi się znikąd książkami, które tematycznie zawsze odpowiadają sytuacji życiowej Chloe i starają się swymi tytułami i treścią do czegoś ją skłonić, przekonać. Poza tym nie lubię jednak amerykańskich książek, tym bardziej że w tym wydaniu rzeczywiście było widać minusy amerykańskich wydań...
Na kolejną książkę Olgi Rudnickiej czekałam rok, licząc od wydania fenomenalnych Natalii 5. Ta młodziutka autorka swoim talentem pisarskim podbiła moje czytelnicze serce. Cichy wielbiciel potwierdził moje zdanie o umiejętnościach Rudnickiej. Tym razem tematyka jest zdecydowanie nowatorska, gdyż traktuje o zjawisku nękania. Pisarka niezwykle sprawnie ukazała kolejne etapy prześladowania ofiary i jej coraz gorszy stan psychiczny. Mechanizmy stalkingu zostały perfekcyjnie opisane. Brawurowa, świetnie poprowadzona akcja. Pisałam już o tym przy recenzji Natalii 5, teraz powtórzę raz jeszcze, Olga Rudnicka jest bardzo zdolną młodą pisarką i ciągle się rozwija, co nie każdy autor potrafi. Już nie mogę się doczekać kolejnego dzieła tej wyjątkowo utalentowanej osoby. Z utęsknieniem czekam na kontynuację Natalii 5. Kto jeszcze nie poznał Olgi, proponuję wybranie się do księgarni lub biblioteki.
Zakup Tysiąca dni w Wenecji Marleny de Blasi planowałam od dawna. Wiązałam z tą książką wielkie nadzieje, miałam chyba zbyt duże oczekiwania, które rozwiewały się wraz z rosnącą liczbą przeczytanych stron. Zbyt wiele pozytywnych recenzji się naczytałam, a gdy ma się wygórowane oczekiwania, to ciężko je spełnić. Jednak uważam, że nawet jakbym nie słyszała wcześniej nic o tym tytule, to i tak by mnie zawiódł. Po pierwsze w ogóle nie odpowiada mi wątek miłosny. Lubię książki wyidealizowane, ale nie w ten sposób jak ta. Nie wierzę w takie rzeczy, że dojrzała kobieta zakochuje się w mężczyźnie, spędza z nim bodajże kilka dni w Wenecji, potem on przyjeżdża do niej do Stanów Zjednoczonych na parę dni, po czym decydują się na ślub i wspólne życie w Wenecji. Marlena rzuca wszystko, sprzedaje restaurację, dom, opuszcza dotychczasowe życie i jedzie za Fernandem do Wenecji, po czym prawie na każdym kroku pozwala sobą mu rządzić. Ten związek jest specyficzny, bo niemłoda, niby dojrzała życiowo i psychicznie, kobieta, daje kreować swym życiem mężczyźnie i jeszcze tłumaczy go, bo przecież Fernando całe życie nie mógł podejmować własnych decyzji. Tego już nie rozumiem, prawie ani śladu tu wspólnych decyzji... Wenecja opisana piórem Marleny de Blasi też mnie nie zachwyciła. Warstwa kulinarna była już ciekawsza, ale nie zauroczyła mnie. Książka taka do jednorazowej lektury, bez fajerwerków.
Natomiast Herbaciarnia Madeline Darien Gee zauroczyła mnie. To pełna ciepła i mądra książka. Trzy główne bohaterki czyli Julia, Hannah i Madeline zostają przyjaciółkami. Urocze miasteczko Avalon staje się miejscem, które zaczyna dominować chleb przyjaźni amiszów. Ten przepis można dowolnie modyfikować i tworzyć z niego coraz nowsze receptury. A po upieczeniu 2 torebki zakwasu przekazuje się wraz z instrukcją innym osobom. Tak tworzy się łańcuch, który nie omija nikogo. Magia wspólnego pieczenia łączy ludzi, pokonuje troski, zapach pysznego ciasta poprawia nastrój i zbliża ludzi. Na koniec dzieje się rzecz fenomenalna, bo w potrzebie (gdy pobliskie miasto znacznie ucierpiało w powodzi) cały Avalon skrzykuje się i wspólnie piecze tysiące bochenków chleba, ciast, muffinek itd. oraz zbiera dary dla potrzebujących. Lubię książki pokazujące silną wiarę w dobro ludzi. Herbaciarnię Madeline polecam szczególnie na poprawę humoru. W książce jest oczywiście przepis na zakwas na chleb przyjaźni amiszów, instrukcje obchodzenia się z zakwasem, który m.in. należy codziennie zgniatać, a rozdzielonym dzielić się z innymi, a także kilka przepisów. Mam ochotę spróbować zrobić ten zakwas i poeksperymentować w kuchni. Nieraz zachciało mi się jeść i piec podczas tej lektury.
czwartek, 31 maja 2012
Zapytanie techniczno-informatyczne
Mam ważne pytanie. Mianowicie czy ktoś wie jak wstawić post przy którym nie będzie wyświetlała się data ani dzień tygodnia??? Bo ja w tych kwestiach niestety jestem zieloniutka jak ta wiosenna świeża trawa :) A odpowiedź jest dla mnie bardzo bardzo ważna.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




































