.

.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Dlaczego u mnie panuje cisza

A no dlatego iz mam problemy z klawiatura laptopa, co widac na pierwszy rzut oka po braku polskich znakow, czego nie lubie podczas pisania i za co przepraszam. Poza tym wariuja mi klawisze np. wciskajac litere m wzchodzi mi c badz 6 itd itd. Te bledy co chwila sie zmieniaja, co utrudnia, a momentami wrecz uniemozliwia pisanie. Z tego powodu recenzja Irlandzkiego swetra Nicole Dickinson sie opozni. Pytanie czy to wina mej psinki, ktora wypoczywajac w niedozwolonym miejscu powciskala jakies kombinacje klawiszy czy jakis wirus yaatakowal moj system, bo wszystko jakos w zwolnionym tempie mi dziala.


Od kilku dni mroz trzyma nas mocno jak w kleszczach, przez co wychodze z domu tylko wtedy jak musze. Na zewnatrz jest pieknie, ale siarczysta, wprost syberyjska aura skutecznie trzyma mnie w domu. Pozdrawiam Was cieplutko w te mrozne dni.


niedziela, 1 stycznia 2012

Udanego Nowego Roku 2012

Wszystkim blogerkom i blogerom składam serdeczne życzenia wielu pomyślności, dobra, ciepła, miłości, sukcesów i spełnienia marzeń. Oby ten rok 2012 był duuużo lepszy od poprzedniego, a postanowienia oby się ziściły. Życzę satysfakcjonujących i trafionych zakupów książkowych, udanych wrażeń podczas lektury i sukcesywnego powiększania domowego księgozbioru. Wszystkiego najlepszego.
Zdjęcie pobrane ze strony http://www.ogloszeniasylwestrowe.pl/sylwester/sylwester-na-kaszubach-w-hotelu-spa-niedzwiadek/

czwartek, 29 grudnia 2011

Zegar tyka, zmiany, kalendarze.

Dzisiaj zrobiłam kalendarzowe zakupy. Dla mnie to jak rytuał, bo ten potrzebny gadżet musi spełniać określone kryteria. Idealny kalendarz powinien być ładny, aby miło było na niego patrzeć, zawierać cytaty, które lubię czytać, niemało miejsca na zapiski, bo sporo notuję i mieścić się w torebce, bo wiele godzin właśnie w tym miejscu będzie mi towarzyszył. Przez kolejne dwanaście miesięcy będzie moim praktycznym i ważnym towarzyszem. Kalendarz będzie coraz grubszy, bo mam tendencję wkładania do niego przeróżnych kartek, zakładek, zdjęć itp. Im więcej miesięcy upłynie, tym więcej wagi nabierze.
Koniec roku skłania mnie zawsze do refleksji, podsumowań, nowych planów. Niektórzy twierdzą, że nie ma sensu robić noworocznych postanowień, że należy je czynić na co dzień. Zgadzam się, że nie tylko raz w roku powinniśmy mieć motywację do pozytywnych zmian, ale myślę, że noworoczne plany także są dobre. Każdy pretekst do zabrania się za siebie jest dobry. Powoli szykuję się do spisania mojej nowej listy priorytetowej, a Wy?
 

Hiacynt zakupiony w ubiegłym tygodniu zakwitł w Boże Narodzenie, ma cwaniak idealne wyczucie czasu. A jak pięknie pachnie :)

wtorek, 20 grudnia 2011

Przedświątecznie

Ostatnio niewiele czytam w wirze przygotowań przedświątecznych. Od czasu do czasu podczytuję Opowieści wigilijne Dickensa, ale z ręką na sercu oświadczam, że najlepszym z tych opowiadań jest Opowieść wigilijna o Scrooge'u.
Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam ręcznie robione bombki i chętnie ozdabiam nimi mieszkanie. W ogóle ozdabianie domu przed Bożym Narodzeniem jest magiczne i sprawia mi wiele radości i frajdy. Wszelkie pojedyncze bibelociki, takie unikatowe egzemplarze wyglądają uroczo. Kusi mnie w tym roku na zrobienie pachnących pierniczków, wymyślanie dekoracji i powieszenie ich na choince. Poniżej wyjątkowe i bliskie sercu egzemplarze. Już nie mogę się doczekać ubierania choinki. Baaardzo lubię ten okres roku.
 

wtorek, 13 grudnia 2011

Maria Ulatowska, Sosnowe dziedzictwo

O książce Marii Ulatowskiej czytałam bodajże tyle samo opinii pozytywnych, co negatywnych. Konsternacja i mętlik w głowie. Momentami nie wiedziałam czy warto nabyć ten tytuł czy nie. Jednak nawet recenzje negatywne podziałały na mnie zachęcająco, bo niektórzy blogerzy krytykowali to, co akurat ja lubię w literaturze.
 

Koniec końców będąc ostatnio w stolicy zdecydowałam się na zakup Sosnowego dziedzictwa. Tom musiał chwilę odczekać na lekturę. Przez ten czas delektowałam się estetyką okładki. Moim zdaniem jest jedną z najlepszych jakie widziałam. Po pierwsze  świetna, nastrojowa fotografia, po drugie kobieca i subtelna czcionka, po trzecie idealnie dobrana kolorystyka napisów ( czasami źle dobrany kolor liter na okładce kompletnie niweczy jej wygląd). Takie okładki bardzo lubię i chętnie chwalę, bo na to zasługują. Treść książki przypadła mi do gustu. Jest kobieca, ciepła, mądra, mówi o spełnianiu marzeń, ma happy end, co bardzo cenię w literaturze. Wiele osób ganiło nagromadzenie zdrobnień, rzeczywiście są, ale mi nie przeszkadzały, ich ilość jest usprawiedliwona. Styl autorki ułatwia lekturę. Książkę odebrałam w ten sposób jakby pewna starsza osoba opowiadała historię swojej rodziny, miałam wrażenie jakbym słuchała ( jednocześnie czytając) słów mojej babci czy dziadka o przeszłości - a to wszystko na plus dla książki, bo jest w tym pewien specyficzny urok i czar. Jedyną rzeczą która mi przeszkadzała były trzy Anny. Mianowicie główna bohaterka, jej matka i babcia. Czyż nie ma innych imion? Retrospekcje z życia babci i mamy powodowały bałagan, gdyż momentami gubiłam się o której Annie czytam. Historia z sejfem także jest naciagana, bo jakże to tak aby mając stary sejf, przez tyle lat do niego nie zajrzeć, tylko spokojnie używać jako stojaka pod paprotkę. Wybaczcie, ale to nierealne. Podsumowując książka mi się podobała, ponadto jest świetną lekturą na tę porę roku. Kolejny tom także zamierzam kupić. Polecam osobom, które lubią tego typu klimaty.

czwartek, 1 grudnia 2011

Mój prywatny księgozbiór, uchylam rąbka tajemnicy :)

Zgodnie z obietnicą złożoną magdzielenardo prezentuję zdjęcia mojej prywatnej biblioteki. Magdzie dziękuję za zaproszenie. Na pierwszy ogień idzie największa półka książkowa z sypialni, różne tytuły, tomy stare i nowe, moje powieści i pozycje z tematyki ekonomiczno-inwestycyjnej męża oraz podręczniki z historii literatury, które dzielnie służyły mi podczas studiów. O takim regale marzyłam od dawna, ale będę musiała pomyśleć nad czymś nowym, bo jak można zauważyć półki się już trochę powyginały pod tymi kilogramami.
Kolejna fotografia to szafka nocna przy łóżku z wiernie służącą lampką, kremem do rąk niezbędnym na aktualną porę roku i ze stosikiem bibliotecznym oraz najnowszym nabytkiem czyli Letnim domkiem. W tym miejscu znajdują się zawsze zdobycze biblioteczne i książki aktualnie czytane.
Poniższe zdjęcie to jedna z półek wąskiego regału w salonie, która gromadzi najgrubsze zdobycze literackie. Królują słowniki i świetnie ilustrowane oraz genialnie napisane dzieła Waltera Moersa. Na wyższej półce koronkowe bombki choinkowe - dzisiejszy zakup, cięszę się nimi jak dziecko :)
Na półce pod telewizorem znowu trochę książek. Tutaj na plan pierwszy wysuwają się książki kucharskie. Lubię piec i gotować, więc i takie tytuły znajdują się w mojej bibliotece. Mam w planach zdobycie książek Nigelli Lawson, Julii Child, Doroty z bloga moje wypieki i wielu, wielu innych. Ostatnio testuję przepisy na muffiny.
 Ostatnie zdjęcie prezentuje komodę, będącą schronieniem dla najnowszych tytułów. Część książek stoi w dwóch rzędach. Marzy mi się kiedyś zgromadzenie całego księgozbioru w jednym miejscu, a najlepiej wydzielenie specjalnego pomieszczenia na gabinet-bibliotekę, ale to bliżej nieokreślona w czasie sfera marzeń. Na razie cieszę się tym, co mam :)

poniedziałek, 28 listopada 2011

Mam gościa :) Mam zaszczyt przedstawić...

Dzisiaj mam przyjemność opublikować gościnnego posta. Prezentuję Wam Wioletę z bloga http://interiorspl.com/. Kto nie zna tego bloga, to zachęcam do poznania. Wioleta pisze o wystroju i dekoracji wnętrz. Często do niej zaglądam poszukując inspiracji do dekorowania mojego mieszkania i podziwiania pięknych pomieszczeń i przedmiotów. Autorką posta jest Wioleta, oddaję jej głos:

"Witajcie,

Czytacie właśnie gościnny post napisany przeze mnie - Wioletę Konieczną, miłośniczkę książek,
wnętrz oraz projektów "Zrób to Sama" - założycielkę bloga InteriorsPL.com.
Odkąd sięgam pamięcią, książki zawsze były obecne w moim życiu. Pokochałam je od momentu,
gdy przeczytałam moją pierwszą książkę. Czytałam zachłannie wszystko, co wpadło mi w ręce,
nie dbając niekiedy o rogi czytanych przeze mnie pozycji i zagninając strony, aby zaznaczyć sobie,
gdzie skończyłam czytać. Upływ lat zmienił jednak moje nastawienie do książek - teraz traktuję
je z należytym szacunkiem, a praca w zawodzie, jako stylistka wnętrz nauczyła mnie, że książki
mogą służyć również innym celom :) Czy wiecie, że przeczytane już książki mogą posłużyć Wam,
jako ozdoba wnętrz? Używanie książek do dekoracji wnętrz nie jest niczym nowym i istnieje wiele
sposobów na ich użycie. Staranne, a czasem wręcz rozrzutne ich ułożenie na regale, na stoliku
kawowym lub podłodze potrafią zmienić każde pomieszczenie w miejsce przyciągające i magiczne.
Ale teraz przyznajcie się moi drodzy - kto z Was nadal zagina rogi stron? Czy widzę kilka potakiwań?
Chcę Wam dzisiaj pokazać, jak w szybki i tani sposób zrobić eleganckie zakładki do książek. Wystarczy
chwila wolnego czasu, kilka wstążek oraz dobre chęci :) Jako, że blog Anety nazywa się 'Fioletowa
Biblioteka Anety', postanowiłam specjalnie dla niej zrobić fioletowe zakładki.

 



Jak sami widzicie zrobienie takiej zakładki jest dziecinnie proste! Za pomocą kilku cyrkonii, guzików
oraz kleju możecie wykonać całe mnóstwo pięknych zakładek! A wiecie, co w tym wszystkim jest
najlepsze? Że mając tak ładne zakładki przestaniecie zaginać rogi stron! ;)
Pozdrawiam ciepło i życzę zarówno Anetce jak i Wam wielu fascynujących i wciągających lektur! Do
usłyszenia!"

Wioleto dziękuję za współpracę i miły fioletowy akcent :) A Was moi drodzy zachęcam do zrobienia samodzielnie zakładek do książek i zaprezentowania efektów.

poniedziałek, 21 listopada 2011

Elizabeth Kostova, Historyk

Na książkę natknęłam się przypadkiem w bibliotece. Wcześniej nic mi nie było wiadomo o książce ani o autorce. Mając już w domu Historyka, przeszukałam czeluście Internetu w poszukiwaniu blogowych recenzji tytułu. Niestety nie znalazłam ich zbyt wiele. Przed lekturą znałam jedynie opis z okładki zaczynający się od słów:

Nie do zapomnienia, monumentalna opowieść o wciąż frapującym Draculi, autentycznym i legendarnym. Pełna napięcia historia, w której mieszają się ze sobą fakty rzeczywiste i fantazja, przeszłość i współczesność. Przeszukując bibliotekę ojca, młodziutka Amerykanka natyka się na średniowieczną księgę i skrytkę z pożółkłymi listami. Kiedy pogrąża się w lekturze, świat staje się dla niej koszmarem. Odkrywa pełną sekretów mroczną przeszłość ojca i wpada na trop prowadzący do rozszyfrowania tajemniczych losów matki. Stare listy, uzupełniane wspomnieniami ojca, wiodą śladami nieumarłego - pozwalają odkryć prawdę o Vladzie Palowniku, średniowiecznym władcy, którego barbarzynskie panowanie leży u podstaw mitu o Drakuli. Dziewczyna staje przed pytaniem: czy powinna iść w ślady ojca i badać legendę Vlada, prowokując twarzyszące mu zło? Jednak pamięć o matce zwycięża i córka włącza się w emocjonujące poszukiwania prowadzone przez ojca. I tak zaczyna się pełna przygód wyprawa po krajach całej Europy oraz w fascynującą przeszłość.

Te słowa skłoniły mnie w bibliotece do wypożyczenia książki i tu musze pochwalić autora tego opisu z okładki, bo opis kusi i okazuje się, że warto sięgnąć po to ponad sześćsetstronicowe tomiszcze. Moda na najnowsze książki wampiryczne mnie nie wciągnęła. Z tej tematyki znam jedynie serię o Sookie Stackhouse autorstwa Charlaine Harris ( bardzo słaba w mojej ocenie) oraz Zmierzch ( który przeczytałam z zaciekawieniem, ale i zauważałam jego błędy i absolutnie nie polecałabym nastoletniej dziewczynie). Z tej tematyki znam jeszcze Wywiad z wampirem Ann Rice ( wspominam średnio, nie podobały mi się wampiry, które niezgodnie z legendami nie bały się czosnku ani krzyża), Miasteczko Salem Kinga ( świetna książka, zresztą jedyna autorstwa Kinga, która mi się podobała, ślęczałam nad nią do rana aż przeczytałam). Do tej listy dołączam skończonego dzisiaj Historyka Elizabeth Kostovej. Porównując go do powyższych tytułów uznaję go za szlachetną, drogocenną perłę i niekwestionowany majstersztyk. I tutaj głęboki ukłon w stronę stylu autorki, który szczyci się kunsztem, umiłowaniem słowa pisanego, zdolnością używania środków stylistycznych, a to wszystko ku niekłamanemu zachwycie czytelnika. Kocham książki, które pozwalają mi się delektować słowami, zdaniami, stylem używanym przez pisarza, a Historyk zaserwował mi swoistą ucztę kulinarną. Moje kubki smakowe (czyli czytelnicze) zostały zaspokojone, nasycone, ukontentowane w stu procentach. Podobał mi się zdecydowany nadmiar opisów w stosunku do dialogów. W tej książce opisy są wciągające, wyjątkowo dobre. Zamiast widowiskowych popisów rodem z amerykańskiego kina akcji okraszonego szybkością, drastycznością i wybuchowością, otrzymujemy fascynujące i magiczny świat bibliotek, archiwów, budynków sprzed wieków, tajemniczych rękopisów, podziemi, tajemnic. W tym świecie walka jest prowadzona za pomocą starych ksiąg, historycznej wiedzy i inteligencji, a nie za pomocą naboi. Pomimo tego tempo akcji jest sprawne, choć nie zawrotnie szybkie, książka wciąga, że ciężko oderwać się od lektury. Jednocześnie chce się czytać powoli, by jak najpóźniej się skończyła. To nie jest tytuł, o którym szybko zapomnę. Zdecydowanie polecam i fanom dzisiejszych paranormal romance i fanom książek o wampirach jak i wszystkim miłośnikom czytania. Myślę, że to lektura dla każdego bez względu na upodobania czytelnicze.


poniedziałek, 7 listopada 2011

Izabela Szolc, Strzeż się psa

Ze wszystkich zwierząt udomowionych najbardziej lubię psy, odkąd pamiętam w moim domu zawsze byl jakiś przedstawicel tej rasy, więc od momentu, gdy dowiedziałam się o istnieniu tej książki, wiedziałam, że chcę, że po prostu muszę ją przeczytać.
 

Psy na okładce, psi tytuł, psi bohaterowie. Czegóż chcież więcej od książki, gdy kocha się te zwierzęta? Nie było innej opcji książkę musiałam poznać bliżej. Na okładce jest podtytuł Psi kryminał. Przyznam, że wątek kryminalny średnio przypadł mi do gustu w kwestii pomysłu i realizacji, za to domowi pupile jako ulubieńcy jak najbardziej. Główny bohater oraz narrator w jednej osobie to Albrecht czyli samiec rasy bloodhound, którego właścicielką jest Laura. Rodzice sprawili jej taki prezent, gdy kupiła własne mieszkanie, bo troszczyli się o jej bezpieczeństwo. Pies jest po psiemu zapatrzony w swoją właścicielkę, z czego wynikają zabawne perypetie. Podobał mi się pomysł Albrechta na pozbycie się z łóżka adoratora jego pani. Co robi bloodhound? Wskakuje na mebel, kładzie się między ścianą a Laurą, plecami do swej pani, po czym prostuje łapy. W konsekwencji delikwent śpiący smacznie z brzegu, w tym momencie spada z łóżka, a Al zaczyna się wygodnie mościć w pościeli :) Nie ma to jak pokazanie kto tu rządzi. Takich zabawnych sytuacji jest więcej. Psy prowadzą bardziej i mniej poważne dyskusje, prowadzą śledztwo ws. morderstw popełnianych na innych przedstawicielach ich gatunku i żyją pełną piersią. Narracja z punktu widzenia psa jest oryginalnym i udanym zabiegiem, książkę czyta się szybko. Miła lektura na jesienne wieczory.
Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Oficynka.

wtorek, 25 października 2011

Małgorzata Kursa, Babska Misja

Babska Misja wpadła mi w oko w księgarni, zwróciłam uwagę na okładkę. Jak typowy wzrokowiec zrealizowałam zakup :) Do tej pory nigdy o autorce nie słyszałam.
 

I to był błąd - bo Pani Małgorzata świetnie pisze. Oczywiście lepiej dowiedzieć się późno niż wcale. Książka to kryminał z wątkami romansowymi napisany z dużą dawką dobrego humoru. Bardzo dobra jako poprawiacz nastroju, zdecydowanie lekarze powinni ją wypisywać na receptę jako polepszacz humoru i samopoczucia na jesienne, chłodne, pochmurne, deszczowe dni - pozytywny nastrój i szeroki uśmiech na twarzy gwarantowany :) A tego właśnie nam potrzeba w tym okresie. Babska Misja będzie dobrym wydatkiem, lepszym niż jakieś sztuczne i ciężkostrawne suplementy. Sporo w tej książce zamotania, ale moim zdaniem lepszego niż w wydaniu Joanny Chmielewskiej, bo Małgorzata Kursa sprawia, że czytelnik jest zdezorientowany, zaskoczony, ale potem wszystko ma podane na tacy i wyjaśnione ( u Chmielewskiej irytuje mnie, że autorka mota, ale nie zawsze i nie do końca wyjaśnia, co jest nie w porządku wobec czytelnika, który po to książkę kupuje/wypożycza i w końcu czyta, by wiedzieć co i jak).
Małgorzata Kursa prawie całe życie mieszka w Kraśniku, więc pochodzi z mojej ukochanej, rodzinnej Lubelszczyzny. Akcja powieści rozgrywa się w tym mieście. Tytuł został wydany przez lubelskie wydawnictwo.
Bohaterowie są ciekawi, dobrze wykreowani. Główne bohaterki Monika i Luka ( Lukrecja) oraz ich spekulacje i zachowania wzbudzają uśmiech. Fabuła powieści wciąga, że trudno oderwać się od lektury. Wszystko zaczyna się od śmierci sąsiadki - Mariolki, od tego momentu dziewczyny i Łukasz, policjant prowadzący śledztwo, zastanawiają się czy to wypadek czy morderstwo. Stawiają różne hipotezy i rozpatrują różne scenariusze, biorąc prowadzenie śledztwa w swoje ręce. W międzyczasie Monikę prześladuje widok okutanej w pończochę twarzy wpatrującej się w nią przez okno. Perypetie bohaterów wciągają i przyznam, że szybko i bardzo mocno wsiąkłam w świat przedstawiony w powieści. Bardzo doba książka, zdecydowanie polecam. A kolejne książki autorki mam w planach zakupić, bo chcę je mieć w swoim księgozbiorze.

czwartek, 13 października 2011

Dan Brown, Anioły i demony

Swego czasu bylo megagłośno o Danie Brownie i przede wszystkim jego Kodzie da Vinci. Załapałam się całkiem przypadkiem do kina i nudzilam się wtedy przeokropnie i irytowałam, ale głupio było mi wyjść, bo dostałam bilet, a nie kupiłam. Mnóstwo znajomych zachwycało się książką. Wszędzie słyszałam ochy i achy. Aktualnie gospodaruję sporą ilością wolnego czasu i przy ostatniej wizycie w bibliotece coś mnie tknęło, by sięgnąć na półkę pod "B". Aby zachować chronologię, to wypożyczyłam Anioły i demony. Tak z czystej ciekawości. W końcu chciałam się przekonać na własnej skórze jak pisze ten bestsellerowy autor. Fabuły streszczać nie będę, napiszę o wrażeniach. Cóż może nie żałuję, że przeczytałam, ale absolutnie szału nie ma. Sporo mogę zarzucić temu tytułowi. Zbyt dużo sensacji, to zdecydowanie nienaturalne i sztuczne podobnie zresztą jak amerykańskie filmy akcji.  Fabuła jest mocno naciągana, bo jak to tak, aby w ciagu 24 godzin przebyć tysiące kilometrów nowoczesnym samolotem, w ciagu kilku godzin krążyć po Rzymie rozwiązując zagadki sprzed wieków, co godzinę próbować powstrzymać mordercę, wypaść z helikoptera i przeżyć ( bez spadochronu, a mając jedynie małą płachtę materiału) ? Zbyt dużo się dzieje w niewielkim odstępie czasu jak dla mnie, sztuczne skumulowanie wydarzeń. Moim zdaniem Brown przegiął też z tajemnicą papieża, że niby miał dziecko poczęte metodą in vitro. Po co te obrazoburcze motywy? Nie rozumiem tego i nie podobają mi się. Pomysł na książkę był ciekawy, wynalezienie antymaterii i porwanie, by dokonać zamachu, oraz ujawnienie się iluminatów po czterech stuleciach, ale reszta to już niezbyt. Brown przedobrzył z realizacją. Raczej nie polecam. Przekonałam się na własnej skórze, że po kolejne książki tego autora nie warto siegać.
 

niedziela, 9 października 2011

Dorota Terakowska, Tam gdzie spadają anioły

Do niedawna z twórczości Doroty Terakowskiej znałam jedynie Poczwarkę, którą dobrze oceniam i pozytywnie wspominam mimo że poruszała trudny temat niepełnosprawności. Dzisiaj skończyłam lekturę tytułu Tam gdzie spadają anioły. Od lat słyszałam pozytywne słowa na temat tej książki i wreszcie po nią sięgnęłam przy ostatniej wizycie w bibliotece. Wiem jedno, że chętnie zakupię własny egzemplarz, by z dumą i radością postawić go na półce i nieraz do niej wrócić. Piękna, mądra, ciepła historia. Opowiada o walce i jednocześnie równowadze i konieczności współistnienia dobra i zła. Myślę, że dobra i dla dzieci, młodzieży i dorosłych. Ograniczenia wiekowe nie grają tu większej roli, bo dzieci przy wspólnym czytaniu z rodzicami także zrozumieją zawarte w niej treści.
          Fotografia pobrana ze strony www.tolle.pl/pozycja/tam-gdzie-spadaja-anioly
Tam gdzie spadają anioły zaczyna się w momencie, gdy pięcioletnia Ewa widzi lecącą grupę aniołów, Białych atakowanych przez Czarne. Podczas tej walki Czarny wyrywa skrzydła i tym samym strąca na ziemię Anioła Stróża małej Ewy. Od tej pory na dziewczynkę, nie chronioną już przez niebieskiego opiekuna, spada ogrom nieszczęść, przykrości, wypadków. Poznajemy rodzinę Ewy, matkę rzeźbiarkę, ojca naukowca żyjącego Internetem i ciepłą babcię. W miarę rozwoju akcji wiele się zmieni, zdarzy się cud, zwycięży dobro. Można się wiele dowiedzieć z dziedziny angelologii i istnienia dobra i zła. Czytałam powoli smakując zdania, bo i styl u Terakowskiej jest dobry, nawet bardzo dobry. Zdecydowanie polecam. Wyjątkowo mądra i warta uwagi książka. Skłania do refleksji i nastraja pozytywnie, a to duży plus.

czwartek, 15 września 2011

Piter Murphy, Trzy...

Z zaciekawieniem przeczytałam informację na blogu pisanegoinaczej, że wydał książkę. Tytuł został wydany jako e-book i jest dostępny w sprzedaży na stronie rw2010. Przyznam, że mimo zainteresowania powieścią jednego z nas, byłam nastawiona sceptycznie do elektronicznej formy książki. Ale kto jak nie my, blogerzy, powinien interesować się nowościami wydawniczymi i książką osoby, którą znamy. Postanowiłam, że zakupię książkę, ale przeczytam ją dopiero po wydrukowaniu, bo od czytania elektronicznych wersji bolą mnie oczy. Wczoraj udałam się na xero i oto mam swój własny, papierowy egzemplarz książki Piotra.
 
U góry okładka, a mój egzemplarz poniżej :)





Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o okładce. Przyznam, że bardzo mi się podoba i mimo że jest utrzymana w ciemnej kolorystyce, to pasuje do książki. Jak sam autor zaznacza we wstępie jest to książka napisana na konkurs literacki „Książka dla kobiet” i jako taką czytałam tę powieść. Poznajemy tu losy Eweliny, niezależnej dziennikarki i kobiety po rozwodzie, Marty, która otrzymała jednoznaczny wyrok – nowotwór krwi, a potem została cudem uleczona, a w dniu który przywrócił jej nadzieję na lepsze jutro spotkał ją inny cios, Andrzeja, bogatego, wykształconego mężczyznę, który w miarę rozwoju akcji dowie się czegoś bardzo ważnego oraz Sławka, z pozoru prostego faceta mieszkającego na wsi wraz z matką. Trzy... pokazuje, że w życiu ważne są wartości takie jak miłość, prawda, dobro i ciepło, a to pozytywne przesłanie. Podobało mi się także wspomnienie o ojcu Pio i jego wpływie na życie jednej z bohaterek. To duży plus, bo wspominanie o modlitwie, religii nie jest modne i poprawne politycznie. A ja podziwiam każdego pisarza, który nie idzie za tą modą. Zależy mi na tym, by recenzować szczerze, dlatego muszę wspomnieć o tym, że wskazana jest kolejna, dokładniejsza korekta. Jak na debiut oceniam książkę pozytywnie i uważam, że autor ma duży potencjał. Pilnie będę śledziła jego dalszą karierę i z zainteresowaniem sięgnę po kolejną książkę.

środa, 14 września 2011

Kate Morton, Milczący zamek

Jakie to miłe kiedy człowiek naczyta się pozytywnych recenzji w Internecie, wyda prawie 40 zł na książkę i po lekturze uśmiech na ustach wskazuje jednoznacznie, że było warto :) W tym przypadku zdecydowanie cieszę się z każdej złotówki wydanej na to Dzieło ( tak Dzieło z dużej litery).


To pierwsza książka Kate Morton, którą miałam przyjemność czytać, ale już wiem, że nie ostatnia i księgarnie znów na mnie zarobią, bo na 100% kupię i Zapomniany ogród i Dom w Riverton.
Książka reklamowana na okładce jako "romantyczny thriller z elementami powieści gotyckiej. Opowieść o zdradzie, rodzinnych tajemnicach i poszukiwaniu własnych korzeni (...)Fascynująca saga rodzinna... Cudowna książka, nie mogłam się od niej oderwać". Te wszystkie słowa są prawdziwe. Ja także nie mogłam wprost oderwać się od książki. Lektura do niespiesznego czytania. Można delektować się każdym słowem, zdaniem. Uwielbiam tego typu książki. Kate Morton ma ogromny talent i świetny styl. Wynotowałam mnóstwo cytatów, zamieszczam kilka fragmentów:

Po ciepłym dniu wieczór zrobił się chłodny i zanim wyruszyła w stronę zamku, ciemność zakasała spódnicę i rozsiadła się okrakiem na wzgórzach.

Rozpacz splątała jej myśli.

Krew paliła mnie w żyłach, jakby zamieniła się w benzynę, kiedy obserwowałam, jak po jej twarzy przebiegają kolejne emocje. Zmieszanie, podejrzliwość, potem gwałtownie wstrzymany oddech, po którym zabłysło zrozumienie.

Zapadł już zmrok i mżawka spowiła okolicę drobniutką siateczką rozpylonych kropel.

Wiem, że do tej książki będę nieraz wracać, bo Milczący zamek zachwyca językiem, stylem, opisem. Mam wrażenie, że w wykonaniu tej autorki zwykły opis stołu byłby ciekawy i intrygujący. Serio. Mimo że znam już zakończenie, to przyjemne będzie ponowne zanurzenie w lekturze, powrót do zamku Milderhurst i obserwowanie bohaterów. Kate Morton ma zdolność niebywale plastycznego opisu, tak że specjalnie czytałam powoli, by zapamiętać jak najwięcej, by wejść w świat książki jak najgłębiej, by te ponad 550 stron jak najpóźniej się skończyło. Ach jak ja lubię takie cegły :)

Zdecydowanie zachęcam do poznania losów Edie, głównej bohaterki, przeplatanych z zawiłymi wydarzeniami z życia jej matki oraz pewnych trzech sióstr: Perse, Saffy i June mieszkających w prawdziwym, wielkim zamku. Losy tych wszystkich kobiet są w zawiły sposób splątane. Znajdziemy tu i sagę rodzinną, sugestywne opisy, dobrze wykreowane postaci, rodzinne tajemnice.

Ocena znowu wysoka, w skali od 1 do 10 daję 11. Dla mnie skala od 1 do 6 od zawsze nie była miarodajna :)

niedziela, 4 września 2011

Katarzyna Buziak, Rudzielce

Tę książkę przeczytałam ponad tydzień temu, ale mam tak, że jak od razu recenzji nie opublikuję, to potem zapominam. Cóż... skleroza...


Rudzielców kupiłam całkiem przypadkiem, bo były znacznie przecenione w pewnej małej księgarni. Właściwie nabyłam książkę za grosze. Po lekturze okazało się, że był to jeden z moich najlepszych zakupów czytelniczych. Jestem zachwycona stylem autorki. Katarzyna Buziak jako jedna z nielicznych pisarek potrafi używać słów, które dzisiaj są zapomniane i takich które nie są używane na codzień i robi to naturalnie i w urzekający sposób. Może zaserwuję dwa cytaty:

Żywa! Konstatuję z niechęcią, kiedy uderzam kolanem o twardą płytę nagrobną i czuję coraz zimniejsze stopy w zbyt cienkich półbucikach, zanurzonych głeboko w zwiędłych liściach, mokrych jeszcze po popołudniowym deszczu!

Dopiero w drugiej połowie swego życia Mariusz poznaje radość prawdziwej miłości. Zaczyna rozumieć, czym jest bliski, szczery kontakt z kobietą kochającą i spontaniczną. Taką, obok której chce się zasypiać i spokojnie, w pełni satysfakcji, budzić rano. Płowowłosa Angielka daje mu prawdziwy spokó spełnionego mężczyzny, a także drugą młodość, zamiast tamtej zagubionej gdzieś daleko, na polach własnego majątku, dawno temu, jesienią tysiąc dziewięćset dziewiętnastego roku.

Losy głównej bohaterki, Anny Choteckiej, są przeplatane retrospekcjami z życia jej pradziadków, dziadków i rodziców. Historie przodków oraz Anny są ciekawe i subtelnie wchłaniają czytelnika w ten świat. Książka absolutnie nie jest pełna zwrotów akcji. Napisana raczej niespiesznie, spokojnie. Jest i rodzinna tajemnica z przeszłości i codzienne życie, zdrada, miłość. Rudzielce są jedną z niewielu książek, które można spokojnie smakować i wprost delektować się. Umiejętność operowania językiem jest niezwykle mocną stroną autorki. Jak dla mnie jest wirtuozem słowa. Niewiele mamy takich pisarek. Zwolennicy kryminałów i szybkiej akcji, która wbija w fotel mogą się zawieść, ale osoby lubiące chłonąć każde zdanie, każde słowo będą ukontentowani jak mniemam :) Irytuje mnie tylko fakt iż tak świetna książka jest tak mało znana. Zachęcam wszystkich do lektury. W skali od 1 do 10, książka otrzymuje 11.

piątek, 2 września 2011

Agata Bromberek, Agata Wielgołaska, Turcja półprzewodnik obyczajowy

Jak sam tytuł wskazuje typowy przewodnik to nie jest. Nie znajdziemy tu miejsc, które warto zwiedzić ani mapek. Przewodnik jest obyczajowy i pod tym kątem się go czyta. Same autorki zaznaczają ten fakt we wstępie do książki.  Autorki książki prowadzą blogi:
- Agata Wielgołaska tureckie kazania
- Agata Bromberek turtur.
Chętnych poczytania większej ilości informacji o Turcji odsyłam na te strony. Znajdziecie tam także masę zdjęć.


Przyznam, że z zainteresowaniem czytałam opisy obu pań. Dowiedziałam się wielu faktów o Turcji i Turkach o których nie miałam pojęcia np.:
- w Polsce wznosi się toasty "na zdrowie", a w Turcji "za honor", honor to dla Turka rzecz święta,
- Turcy uwielbiają rodzime filmy i namiętnie oglądają seriale, mężczyźni w takim samym stopniu jak kobiety,
- Turcy nie cierpią stać w kolejkach, więc typowych kolejek jak w Polsce nie ma, stoi po prostu grupa ludzi i ... kto pierwszy ten lepszy,
- wizyty rodzinne, tutaj jest ciekawie, bo gość po prostu dzwoni i mówi "przyjeżdżam" i rano u nas jest, tradycja nakazuje odradzać wyjazd i nakłaniać do pozostania dłużej, w rezultacie często takie odwiedziny przesuwają się w czasie do kilku miesięcy.
Ciekawostki można długo mnożyć, bo rzeczywiście znalazłam ich wiele, ale wszystkiego nie zdradzę. Odsyłam do lektury. Podoba mi się, że autorki tego półprzewodnika mówią o tureckich stereotypach i odnoszą się do nich co chwila albo je łamiąc albo potwierdzając i wyjaśniając. Po lekturze jestem bogatsza o ogrom wiedzy o Turcji, o której nie miałam pojęcia i mam zwiększony apetyt na wyjazd do tego, egzotycznego i różnego od naszego, kraju. Jedynym minusem książki jest to, że zdjęcia są na końcu, a nie wplecione w tekst książki, bo lubię podziwiać fotografie podczas lektury. Polecam książkę osobom, które chciałyby się dowiedzieć czegoś o tym panstwie, o jego mieszkańcach, ich obyczajach, codziennym życiu.
Za możliwość przeczytania książki dziekuję portalowi czytanie szkodzi oraz wydawnictwu Nowy Świat.

czwartek, 25 sierpnia 2011

Sylwia Kubryńska, Last minute

Ta plątanina rudo-czerwonych włosów na okładce nasuwała mi skojarzenie z jakimś życiowym czy uczuciowym zamotaniem bohaterki i odebrałam ją pozytywnie. Ponadto byłam ciekawa czego mogę się po tym tytule spodziewać.


Niestety pierwsze wrażenie mnie zmyliło, choć rzeczywiście zamotania powyższego było i to sporo. Jednak książka mnie nudziła i zmuszałam się, by doczytać do końca. Akcja książki toczy się w dwóch płaszczyznach czasowych, jeden to teraźniejszość Agnieszki - głównej bohaterki, a drugi to przeszłość począwszy od dzieciństwa, przez młodość, perypetie związku z Markiem i wyjazd do Tunezji. W tych retrospekcjach poznajemy m.in. jej rozbitą rodzinę, gdzie ojciec odszedł, a matka ciepłą mamą nie była. Książka zaczyna się snem Agnieszki bądź jej majakami związanym z lekami w szpitalu. Dziewczyna cierpi na straszne bóle głowy, których nic nie jest w stanie ukoić, nawet tabletki, które organizm zwraca. Lekarze męczą ją badaniami, terapiami i nie potrafią jednoznacznie stwierdzić, co dolega pacjentce. Na koniec wyjaśnia się kwestia bóli głowy i wiadomo już jaki był powód, ale tu nie zdradzę przyczyny. Wyjazd do Tunezji został zasponsorowany przez przyjaciółkę Zuzę jako lekarstwo na zmartwienia Agnieszki. Dziewczyny szalały w Tunezji, a Agnieszka nawiązała płomienny romans z Haithemem, który równie nagle jak się zaczął, to wraz z zakończeniem turnusu się skończył. Kobieta tęskni za Arabem i nie może o nim zapomnieć. Nie ukrywam, że lubię happy andy ( nie wiem czy to źle czy dobrze, ale świetnie mi z tym :) Jednak w tej książce to szczęśliwe zakończenie odebrałam jako naciągane i nie odpowiadało mi szczególnie w kwestii rodziców ( bo jakże to tak bez wyjaśnienia jakiegoś i rozmowy pogodzić się z kimś, kogo nie widziało się lata, to nienaturalne), choć już z Haithemem zostało to ciekawiej rozwiązane. Nie odpowiada mi styl pisania autorki, bo męczył mnie podczas lektury, dlatego całościowo oceniam książkę negatywnie. Jedyne co uważam za dobrze napisane, to opisy bólu - łatwo się ich nie czyta, ale oddane są bardzo realistycznie i plastycznie. I tutaj plus dla autorki.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi czytanieszkodzi.pl i wydawnictwu Nowy Świat.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Już się zdecydowałam


Po długich namysłach wybrałam lekturę na najbliższe dni. And the winner is książka Rudzielce Katarzyny Buziak. Jestem raptem na 39 stronie, ale już wiem, że decyzja była dobra, bo podoba mi się styl pisania autorki. Niewielu pisarzy opanowało sztukę opisu, a pani Katarzynie sprawnie to przychodzi. Podczas dzisiejszej wędrówki po Krakowie (związanej z poszukiwaniem pracy) natknęłam się na uroczy sklepik i nabyłam tę uroczą zakładkę w biedronki ( jest drewniana). Przypadkiem wynalazłam też nowy numer Mojego pięknego domu z ciekawymi fotografiami. Nawet nie wiedziałam, że już jest nowy numer, miła niespodzianka. Polecam.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Co tu czytać?

Nie wiem na jaką lekturę się zdecydować. Wypożyczyłam z biblioteki Złodziejski honor Archera, ale okładka jakoś mnie zniechęca... Jak dotąd nic nie czytałam tego pana i jestem ciekawa jak pisze. Z półki spoziera drugi tom Cukierni pod amorem, ale jako że podczas lektury pierwszego szału nie bylo, to średni mam apetyt na kontynuację. Do tego kilka w miarę świeżych zakupów i jeszcze jeden Kraszewski. Jestem w fazie namysłu i cały czas się zastanawiam, co tu poczytać. Tymczasem taki uroczy kwiatuszek próbuje mi w tym pomóc:


W ten słoneczny, poniedziałkowy poranek do wyśmienitej kawy rozpuszczalnej z dużą ilością mleka ( mniam pychota) i oponek z polewą czekoladową idealnie skomponowały się magazyny wnętrzarskie. Najnowszy numer Czterech kątów i moje ulubione Moje mieszkanie. Nie wiem jak Wy, ale ja wprost uwielbiam przeglądać zdjęcia różnych mieszkań i podpatrywać ciekawe rozwiązania dla domu. Podziwiać oryginalny wystrój i pomysłowość ludzi oraz poszukiwać inspiracji do dekorowania własnego gniazdka.


wtorek, 16 sierpnia 2011

Jane Harris, Obserwacje

Tak słabej i irytująco napisanej książki daaaaaawno nie czytałam. Jakiś czas temu szukałam przecenionych książek i natknęłam się na ten tytuł. Znalazłam przystępną cenę, bodajże 5 zł, i prawie ją kupiłam. Na szczęście coś mnie powstrzymało. Egzemplarz mam z biblioteki, dlatego też jakość zdjęcia pozostawia wiele do życzenia z racji folii na okładce.


Opis z okładki: "Szkocja, rok 1863. Młoda Irlandka, Bessy Buckley, wędruje z Glasgow do Edynburga, by znaleźć pracę i może, kto wie, poślubić młodego szlachcica lub księcia. Po drodze trafia przypadkiem do posiadłości zwanej Zamkiem Haivers i zatrudnia się tam jako służąca pięknej Arabelli. Zmuszana do prowadzenia dziennika i wykonywania osobliwych poleceń, Bessy zaczyna prowadzić śledztwo: odkrywa coraz to nowe tajemnice swej pani, poznaje zagadkowe dzieje poprzednich służących, w końcu zaś sama przystępuje do działania..."

O ile sam pomysł na książkę nie jest najgorszy, bo znajdziemy tu i tajemnicę i kryminał, to o wiele gorzej jest z wykonaniem. Obserwacje są opisane na okładce jako "zabawny i wzruszający pastisz powieści wiktoriańskiej spod znaku Dickensa i sióstr Bronte". Jak dla mnie ani to zabawne ani tym bardziej wzruszające nie było. Może to dlatego, że nie znoszę pastiszu... Wrrr. Jeśli ktoś dla odmiany lubi, to być może książka przypadnie mu do gustu. Jestem tak zniesmaczona po lekturze, że celem mojej recenzji jest zniechęcenie jak największej liczby osób do czytania. Z tego powodu nie przybliżę treści, aby nie zachęcić do lektury, bo kto zechce, to i tak przeczyta.

Na okładce język powieści opisany jest jako "żywy i barwny". Moje zdanie jest diametralnie inne. Przytoczę kilka cytatów, aby nakreślić przedsmak lektury:

Poczynania Bocheńka obchodziły mnie tyle co pchle odchody.

A tam - o zgrozo - kogóż ujrzałam? Otóż przy wejściu na cmentarz Poldek rozdawał te swoje pierońskie broszury.

Dla panów niczego nie musiałam szykować, więc odebrawszy tacę od Muriel, moje pośladki spoczęły w kuchennej przystani.

Boże broń żeby Muriel tu zeszła, by wściubić między nas swego grubego nochala.

Uwijasz się niby jaka poslugaczka, a ta brzydula z tłustym zadem siedzi tylko i palcem nie kiwnie.

Niewykluczone, że istotnie miała jeszcze trochę grosza, lecz po wyczerpaniu oszczędności wypchnęłaby mnie na ulicę szybciej niż roznosi się wiatr z tyłka.

Ze względu na rozmiary podestu wszyscy oni tłoczyli się w tylnej jego części, blisko siebie jak gacie przy tyłku, by zacytować jednego z gapiów.

Chciałam go spławić, lecz on trzymał się mnie jak końskie gówienko trzyma się czasem buta (...) i gapił się na mnie. Gmerał do tego przy swoim obmierzłym ptaku, co sterczał mu pode spodniami, a nogi miał drań ubrudzone.

Celowo wybrałam takie cytaty, by każdy miał szansę zobaczyć jak "żywy i barwny" jest ten język. Zniesmaczył mnie od pierwszych stron, ale początkowo myślałam, że z czasem będzie lepiej. Zmusiłam się, by przeczytać całą książkę

Szczerze odradzam wszystkim lekturę.