.

.

czwartek, 7 sierpnia 2014

Urlopowo

Pierwotnie miała być Grecja, wygrała Polska. Potem w planach były Tatry lub Bieszczady, ostatecznie wybrany został Bałtyk. Pogoda była grecka, bo przez całe 9 dni królował upał. Deszcz jedynie dwa razy krótko pokropił. Temperatura wody w Gdańsku była przyjemna, jednak dalej na zachód była zimna. Początkowo ciężko było wejść do wody, ale z biegiem czasu to się zmieniło.


Kiedyś wolałam góry, teraz to się zmieniło. Pokochałam  morze. Najbardziej lubię spacery brzegiem morza, gdy woda opływa mi stopy. Słyszę wtedy szum fal, czuję wiatr na twarzy i mokry piasek pod stopami. Woda co chwila zakrywa mi stopy, a ja relaksuję się i wyłączam. Nie myślę o niczym, po prostu spaceruję i oddycham pełną piersią. Miło jest co chwila zamknąć oczy i jeszcze pełniej poczuć kontakt z Bałtykiem. 

 
Z tych spacerów przywiozłam ciężki słoik kamieni :) Mam w domu część polskiego morza.
 


Teraz góry i morze są mi jednakowo bliskie. Myśląc góry, mam na myśli głównie Bieszczady. Tatry są dla mnie zbyt tłoczne i za wysokie, wolę niższe, bezpieczniejsze, mniej tłoczne a jednakowo piękne Bieszczady. Polskie morze ma chłodną wodę to fakt, ale jednak da się w nim kąpać bądź moczyć jak ja, bo nie umiem pływać. Warto poświęcić trochę czasu na znalezienie mniej obleganych przez turystów plaż, jeśli ceni się ciszę i przestrzeń. Udało mi się w tym roku znaleźć taką perełkę, gdzie nie jest tłoczno, pas lasu przy brzegu morza jest iglasty i szeroki, bo pokonuje się go w pół godziny. Przechadzka jest miła, bo widoki są piękne, powietrze świeże a zapach iglastych drzew relaksuje. Planuję wrócić tam za rok.


Już tęsknię za szumem morza...

piątek, 18 lipca 2014

Małe letnie przyjemności

Comiesięczne oczekiwanie na nową dostawę prasy zaspokojone. Sterta magazynów do czytania cierpliwie czeka. Ulubione Moje mieszkanie już przewertowane od początku do końca, co zachwyciło mnie w nim przede wszystkim, to materiałowe kury :) Na zdjęciu moje nogi, z ujęcia których nie jestem do końca zadowolona, ale trudno. Takie fotografie są coraz bardziej popularne w sieci, więc i ja postanowiłam poeksperymentować z takim kadrem. To trudny sposób, bo ciężko sfotografować nogi z tej perspektywy, aby dobrze wyglądały.


Nowościami są Usta i Smak kupione po raz pierwszy, to prasa kulinarna, nie przeczytałam jej jeszcze, więc nie potrafię jej ocenić. Nie jest tania, więc mam nadzieję, że będzie interesująca. Podoba mi się, że są to grube magazyny, bo im więcej do czytania tym lepiej. Czasopisma czekają na urlop, kiedy wygodnie wyłożona na nadbałtyckiej plaży będę mogła oddać się lekturze. Lubię dozować sobie przyjemność i nie od razu czytać, tylko chwilę nacieszyć się widokiem gazet czy książek, ta chwila czasem trwa kilka dni, czasem dłużej. Dzisiaj o godzinie czternastej zaczęłam urlop, więc lektura coraz bliżej.


Zrobiłam ostatnio trochę dżemów. Jestem z siebie dumna, bo wszystkie są bez żadnych żelfiksów czy dżemiksów. Oczywiście owoce są smażone kilka godzin, wkładane są w gorące, wyparzone w około 100 stopniach słoiki, a potem jeszcze pasteryzowane w piekarniku. Nigdy nie jadłam dżemu agrestowego, ale w tym roku postanowiłam go wypróbować. Gdy wreszcie udało mi się kupić agrest, a nie było łatwo, bo na targu było go bardzo bardzo mało. Przyznam, że początkowo się przestraszyłam, bo agrest, gdy się rozgotował zaczął mało ciekawie pachnieć. Na szczęście im dłużej się gotował, tym bardziej apetyczny zapach zaczął wypełniać kuchnię. Dopiero pod sam koniec dodałam cukru i skosztowałam. Dżem smakuje bardzo intrygująco, jest wytrawny, bo cukru dużo nie dodałam, niesamowicie aromatyczny. Z kilograma owoców wyszły mi trzy małe słoiczki. Nie ma ich dużo, więc zamierzam rozkoszować się każdym kęsem.


Zdjęcie powstało w nocy, więc nie do końca oddaje kolor zawartości słoiczków. Podoba mi się kolor dżemu. Zanim dodałam cukru, był jasny, potem ściemniał mimo że użyłam jedynie jasnego agrestu.

niedziela, 13 lipca 2014

Nalewka z czarnej porzeczki

Przeczytałam dzisiaj wpis z bloga Pretty Pleasure o morelach i o czekaniu na owoce. Zaczęłam zastanawiać się na jakie ja czekam zimą i wiosną, które są najulubieńsze. Pierwsze coroczne marzenie owocowe to truskawki, na nie niezmiennie czekam z utęsknieniem. Staram się nie kupować tych pierwszych, więc moja cierpliwość jest wystawiana na próbę. Wgryzanie się w pierwszą danego roku truskawkę to wyjątkowy moment. Gdy nasycę się i nacieszę truskawkami tęsknię do jagód, które kocham w wersji z kefirem bądź śmietaną i odrobiną cukru. Mogę się nimi zajadać kilka razy dziennie. Minusem jest konieczność dokładnego mycia zębów, by usunąć ten kolor i te kulki, ale to mały pikuś. W ubiegłym roku połączyłam te owoce w genialnym dżemie, polecam ale dodając 2/3 truskawek, bo inaczej jagody zdominują smak. Przetestowałam na dwóch wersjach. Trzecimi najbardziej ulubionymi owocami są śliwki. Cudownie smakują w cieście kruchym, pałaszowane na surowo i w konfiturze, perfekcyjnie sprawdzają się mrożone. Te trzy owoce to czołówka, na nie czekam najbardziej, jednak lubię wiele innych m.in. rabarbar idealny do ciast, porzeczki - szczególnie czarne idealnie dojrzałe i zjadane prosto z krzaczka, wiśnie ale koniecznie dojrzałe i słodsze odmiany, miękkie brzoskwinie, słodkie morele, soczyste jabłka, aromatyczne maliny, wyjątkowy i trudno dostępny agrest. Szkoda że tak ciężko kupić agrest. Gdy byłam w piątek na targu, to był tylko na dwóch stoiskach i w małych ilościach. Mam w planach dżem z mirabelek, to będzie eksperyment.
 
Nie wiem czemu, ale kiedyś nie przepadałam za czarnymi porzeczkami, teraz je bardzo cenię. Owoce mają aromatyczne i wyjątkowe, takie intrygujące w smaku. Lubię jeść je na surowo, w dżemach, nalewkach. W tym roku postanowiłam zrobić inną nalewkę. Mój tata robi ją w ten sposób, że zalewa owoce alkoholem. Ja postanowiła, wyciągnąć jak najwięcej smaku z tych czarnych kulek i najpierw je potraktowałam tłuczkiem do ziemniaków, a potem zalałam wódką. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Słój przygotowany w piątek, stoi cierpliwie na blacie kuchennym. Potem alkohol zleję przez sito i gazę, a dodam cukru, odstawię na trochę i będę kosztowała trunku.
 
 

Słój szałowo nie wygląda z tymi rozbebeszonymi porzeczkami, ale mam nadzieję, że się opłacało gnieść je tym tłuczkiem :) Sprawdzę za kilka tygodni.

sobota, 28 czerwca 2014

Dawno nie dekupażowałam

Już zapomniałam ile to zajęcie sprawia mi frajdy, daje satysfakcji i jak poprawia nastrój. Pojemnik z serwetkami jest coraz cięższy, bo ilekroć jestem w miejscu, gdzie mogę je kupić, to poluję na ciekawe okazy. Część potrzebuję do decoupage, a reszta przydaje się do dekoracji stołu na różne spotkania i uroczystości. Najbardziej lubię moment, gdy już przyklejone elementy serwetki nadają ostateczny kształt i kolor. Gdy przedmiot zmienia się w coś spersonalizowanego, mojego, nowego. Ten etap diametralnie zmienia dotychczasowy wygląd danej rzeczy, nadaje jej wyjątkowy rys. Moment gdy dodawane są kolejne warstwy lakieru, który podkreśla kolor, jest przysłowiową kropką nad i.


Kilka dni temu wzięłam się za zdobienie deski do krojenia, która od teraz straciła swą podstawową funkcję. Postanowiłam z każdej strony użyć innego motywu, aby urozmaicić. Wykorzystałam moją ulubioną serwetkę z ukochanymi bławatkami, te kwiaty są wyjątkowe, poza tym mam fazę na niebieski. Z drugiej strony deska ma już całkiem inny charakter. Zdecydowanie mniej poważny... Ale przyznam, że wycinanie stokrotek ćwiczyło moją cierpliwość.
 
 
Żaby wykorzystałam po raz pierwszy, czekały na to prawie dwa lata... Są cierpliwe. Rok temu z Zakopanego przywiozłam między innymi małą tacę, którą kupiłam z myślą, że odrobinę ją spersonalizuję. Taca z makami jest jednym z pierwszych przedmiotów drewnianych, które przeszły metamorfozę za pomocą decoupage. Wcześniej ćwiczyłam tę technikę na szkle, ale drewno także doskonale się do tego nadaje.
 
 
Co istotne taca nie tylko wygląda, ale i spełnia funkcję użytkową. Trzymam w niej cukiernice z brązowym i białym cukrem, akurat miejsca jest na dwie. Nie umiem rysować, nad czym boleję, ale ta pasja nadrabia mi brak umiejętności malarskich. Tutaj mimo braku talentu do stawiania kresek,  można stworzyć coś naprawdę ładnego, czasem wyjątkowego. Jak dla mnie fajna sprawa.

niedziela, 22 czerwca 2014

Czerwcowe migawki i lektury

Nie wszyscy żyją mundialem, ale moja druga połowa owszem. Osobiście meczami się nie interesuję. Zdjęcie powstało podczas jednego z wczorajszych meczy, gdy mąż kibicował, a ja czytałam :)
 
 
Moją lekturą była najnowsza książka Olgi Rudnickiej Fartowny pech. To wydawnicza świeżynka, bo jest w sprzedaży od czerwca. O tytule dowiedziałam się przypadkiem  i zażyczyłam sobie książkę na imieniny. Przeczytałam ją w zawrotnym tempie i uważam, że głównym minusem książki jest grubość, jak dla mnie powinna mieć dwa razy większą objętość. Poza tym Olga Rudnicka jak zwykle zafundowała mi dobrą rozrywkę. Połączenie kryminału z wątkami humorystycznymi jest znakiem rozpoznawczym pisarki i jest w tym naprawdę dobra. Tym razem bohaterami zostali Gianni czyli Klemens Dziany, jego brat Kryś /Kris czyli Krystian Dziany oraz Joker czyli Filip Nadziany. Gangster, detektyw ( były policjant) i policjant, porachunki mafijne i spora dawka humoru. Fanów Olgi nie muszę zachęcać. Innym powiem tyle, że kto lubi polskie kryminały, będzie zadowolony.

 
Sezon na robienie przetworów uważam za rozpoczęty. Zrobiłam kilka słoiczków dżemu rabarbarowo-truskawkowego. Planowałam zrobić go z żelfiksem, ale zmieniłam zdanie. Rabarbaru dałam dwa razy więcej. Smażenie dżemu rozłożyłam na dwa dni, bo za późno wzięłam się za pichcenie, a szkoda było mi zarwać nocki, gdyż rano do pracy. Cukru nie dałam dużo, do smaku, tak żeby dżem był kwaśny, ale smaczny. Po zapakowaniu gorącej masy w wyparzone słoiki, pasteryzowałam je w piekarniku 20 minut w prawie 100 stopniach Celsjusza. Wyszedł ciekawy, testowałam go na tostach francuskich i uważam go za udany. Podoba mi się jego ciekawy kolor i nitki rabarbaru pomiędzy kropkami z truskawek. Słoiki wyglądają fajnie.
 
 
Ostatnio piekłam proste rzeczy typu ciasteczka owsiane, dlatego chodziło już za mną poważniejsze pieczenie. Poszukiwałam przepisu zgodnego z moją dietą. Znalazłam sporo receptur do przetestowania. Na pierwszy ogień poszło ciasto czekoladowe z mąki gryczanej. Przepis prosty w wykonaniu, ale naprawdę ciekawy. Obawiałam się go trochę, bo ciasto robi się z namoczonych w mleku ( dałam sojowe) daktyli, zmiksowanych potem na pastę i wymieszanych z konfiturą śliwkową, do tego mąka gryczaną, ziemniaczana i orzechowa z kakao i sodą ( użyłam także mąki kukurydzianej i ryżowej, bo gryczana mi się skończyła). Zapach przy mieszaniu składników cudownie pyszny. Ciasto bez jajek, bez tłuszczu i grama mąki pszennej  oraz bez cukru ( tak jest w przepisie, ja się złamałam i dałam dwie łyżeczki). Przyznam, że miałam małego stresa zanim nie przekroiłam i nie spróbowałam. Pierwszy kęs był z mlekiem, mniam. Smak całkiem inny niż ciasto z mąki pszennej, ale mi odpowiada. Zdrowe i smaczne ciacho. Ja z dodatkowych 900 ml mleka z przepisu użyłam tylko jedną szklankę. Z racji małej uroczystości rodzinnej ciasto przeszło małą transformację, przekroiłam je w poprzek, jedną połowę przełożyłam niecienką warstwą nutelli, a drugą moim dżemem z czarnej porzeczki. Wierzch polałam rozpuszczoną na parze mleczną i gorzką czekoladą z odrobiną masła, dałam go za mało, bo polewa wyszła mi za twarda :( Przez to było ciężko kroić ciasto, ale na smak nie miało to negatywnego wpływu. Ciacho genialne, zdecydowanie polecam. Rodzina zadowolona smakiem, ja też.
 
 
Nie lubię promować konkretnych produktów, ale uważam, że z dostępnych na rynku maseł czekoladowych najsmaczniejsza jest nutella. Użyłam jej wcześniej do pewnego deseru na zimno. Na dno pucharka dałam pokruszone i wymieszane z nutellą biszkopciki. Na to poszły truskawki zalane galaretką zmiksowaną ze śmietaną. Pycha.
 
 
Podczas delektowania się deserem czytałam Zaklętą Michaliny Olszańskiej. O ile podczas lektury Dziecka gwiazd Atlantydy byłam zachwycona mimo że nie przepadam za fantastyką, to Zaklęta mnie trochę zawiodła. Mniej więcej do połowy mi się podobało, potem było już gorzej. Główna bohaterka Roszpunka to dziecko wychowywane przez starszą kobietę żyjącą w głębi lasu, do której ludzie przychodzili po pomoc i zioła.. Roszpunka nie wie że oprócz niej i Baby istnieją jakieś ludzkie istoty. Jest wychowywana w głuszy, żyje w starej wieży przy chacie starszej kobiety. Wszystko zaczęło się komplikować, gdy przypadkiem poznaje młodego mężczyznę. Średnia książka, choć pierwsza połowa bardzo dobra, wyjątkowo uchwycony kontakt Roszpunki z przyrodą. Tutaj muszę zganić wydawnictwo za okładkę, która jest tragiczna i nijak ma się do treści książki. Gdybym nie znała autorki, w życiu nie sięgnęłabym po ten tytuł. Okładka zniechęca.
 
Na koniec mała niespodzianka, którą sprawił mi mój nowy, mały hibiskus, który dostałam od chrzestnej.

czwartek, 22 maja 2014

Wyprzedaż książek po 2,50 zł za sztukę

Z racji przemeblowania pokoju i konieczności zredukowania ilości rzeczy posprzątałam część książek. Każdy tytuł jest w cenie 2,50 zł + koszty przesyłki według cennika Poczty Polskiej. Osoby zainteresowane zakupem proszę o informację na @


Lista książek:

1) Ewa Stec, Klub Matek Swatek
2) Ewa Stec, Klub Matek Swatek: Operacja Londyn
3) Małgorzata Kursa, Tajemnica sosnowego dworku
4) Kate Mosse, Zimowe zjawy ( twarda oprawa)
5) Kate Morton, Dom w Riverton
6) Vanessa Greene, Klub porcelanowej filiżanki
7) Eric-Emmanuel Schmitt, Odette i inne historie miłosne
8) Fannie Flagg, Smażone zielone pomidory
9) Carlos Ruiz Zafon, Marina ( z dedykacją)
10) Kate Morton, Strażnik tajemnic ( z dedykacją)
11) Natalia Rogińska, Alicja
12) Danielle Steel, Kalejdoskop
13) Katarzyna Rogińska, Wieża sokoła
14) Joanna Żebrowska, Shit! rok w brukowcu
15) Izabela Szolc, Strzeż się psa
16) Laura Whitcomb, Światła pochylenie
17) Wiktor Hugo, Katedra Marii Panny w Paryżu

poniedziałek, 12 maja 2014

Lubię gotować, ale kanapki też są świetne

Fakt lubię piec i gotować, bo lubię smacznie i domowo jeść. Pichcenie jest przyjemne i odstresowujące, ale nie zawsze jest czas, siła i chęć na skomplikowane wyczyny. W takich momentach miło jest spałaszować smaczną kanapkę. Czas wykonania to mniej niż 5 minut, a smak, jeśli się postaramy, jest więcej niż zadowalający. Nie znam nikogo kto nie lubi apetycznej kanapki... oczywiście z gorącą herbatką najlepiej z rumowymi cytrynami :)




Pozostając w kwestii szybkich i prostych kuchennych zajęć wspomnę o bułce tartej. Potrzebowałam żytniej, nie znalazłam takiej w sklepach, więc zasuszyłam świeży chlebek, starłam potem na maszynce do mięsa używając nakładki do warzyw i "włala" mam smaczną bułkę tartą, a jak ładnie pachnie :) Wkład pracy minimalny, tylko trzeba uzbroić się w cierpliwość, by kromki porządnie zaschły.

piątek, 9 maja 2014

Rabarbarowe

Moja znajomość z rabarbarem trwa stosunkowo krótko, bo od zeszłego roku. Wtedy po raz pierwszy spróbowałam rabarbaru w cieście. Lata go nie jadłam, kiedyś jako dziecko próbowałam kilka razy surowych łodyg z cukrem, ale średnio mi zasmakowały. Zachęcona pozytywnymi opiniami i fotografiami wprost buchającymi zapachem świeżo pieczonego ciasta postanowiłam i ja upichcić coś z rabarbarem. Efekt przerósł moje oczekiwania. Od tego czasu ciasto z rabarbarem jest jednym z moich ulubionych. Kilka dni temu przywiozłam z działki na wsi sześć łodyg, obrałam ze skórki, pokroiłam i zabrałam się za pichcenie. Ciasto to zbyt szumna nazwa, bo zrobiłam po prostu rabarbar pod kruszonką. Pokrojone łodygi wrzuciłam do wysmarowanego masłem naczynia żaroodpornego. Wyszło mi kilka warstw, każdą posypałam domowym cukrem cynamonowym.  Na wierzch poszła kruszonka eksperymentalna, bo z mąk gryczanej, owsianej i kukurydzianej. Oprócz mąki dałam płatki owsiane, migdałowe, trochę cukru pudru i brązowego oraz olej rzepakowy. Dokładnie wymieszałam, proporcje takie by było zwarte i mokre. Martwiłam się jak wyjdzie smakowo, ale jestem usatysfakcjonowana efektem. Mniamu mniam.


Polubiłam ten specyficznie kwaskowaty smak pieczonego w słodkim cieście rabarbaru. Słodycz idealnie równoważy kwaskowatość i powstaje wyrafinowane połączenie, harmonijna równowaga. Jestem szczęśliwa, że poznałam ten smak.


Niewielkim minusem był widok po upieczeniu. Mało efektywny niestety, a cenię estetycznie wyglądające wypieki. Ale zapach i smak całkowicie wynagrodził brak spektakularnego efektu wizualnego. Pierwszy raz dodałam płatki owsiane i migdałowe. To była dobra decyzja. Pomysł zaczerpnęłam z ostatniego numeru Sielskiego życia.


Kwitną ostatnie już w tym roku tulipany, u mnie najpóźniejsze to te z postrzępionymi płatkami i pełne. Maleńkie przystojniaki. Jeszcze radują swym pięknem. Ponownie trwa etap możliwości wąchania i podziwiania kwiatów bzu. Ten zapach jest tak urzekający, że chętnie używałabym perfum o tym aromacie. Wprost odurza. Czas pędzi jak szalony, jak zwykle, ale cieszę się jak dziecko każdym etapem wiosny, każdym jej kroczkiem. To daje wiele wiele radości. Warto się zatrzymać i docenić piękno przyrody. Taki bukiet fioletowych piękności poprawia nastrój.


sobota, 19 kwietnia 2014

Chrystus zmartwychwstał Alleluja

Dopiero odkąd uczestniczę w całym triduum paschalnym i w Wielki Czwartek i Wielki Piątek i w Wielką Sobotę  - udaje mi się, oczywiście czasem lepiej czasem gorzej, ale bardziej duchowo i religijnie przygotować się do Wielkiej Nocy. Wcześniej w sobotnie wieczory działałam pracowicie w domu, w kościele byłam w czwartek i piątek, teraz wychodzę do kościoła na tę wyjątkową liturgię. Mój mąż mnie tego nauczył i jestem mu za to wdzięczna. W tym roku miałam też postanowienie, by w poście czytać codziennie fragment Pisma Świętego. Mogę powiedzieć, że udało mi się prawie w 90 %. Przy lekturze Biblii pozostanę dłużej, by co kilka dni przynajmniej czytać choć fragment.

Chrystus Zmartwychwstał - już niedługo będziemy to świętować. Życzę wszystkim spokojnych, radosnych, przeżytych w rodzinnej atmosferze i duchowo świąt, bo w końcu te dni mają przede wszystkim wymiar religijny i o tym warto pamiętać. 

Zdjęcie znalezione na tej stronie.

środa, 19 marca 2014

Przepyszne owsiane ciasteczka i ostatnie lektury

Do niedawna nie przepadałam za owsianymi ciasteczkami - powód - nie miałam dobrego przepisu. Odkąd poszukuję innych receptur na słodkości odkrywam wiele nowych blogów i świetnych pomysłów. Postanowiłam przetestować ciasteczka owsiane z bloga zufikowo z tego przepisu, akurat miałam wszystkie składniki w domu, więc dosłownie kilka dni po znalezieniu przepisu wzięłam się za pieczenie. Przyznam, że lekko się stresowałam. Okazało się, że całkiem niepotrzebnie, bo wyszły świetne. Jak dla mnie to idealne połączenie słonecznika, wiórek kokosowych i miodu. Przepis zmieniłam o tyle, że nie podprażyłam słonecznika. Ciasteczka są wyśmienite. Zajadałam się nimi jak szalona.


Zachęcona sukcesem postanowiłam sprawdzić ten przepis. Znowu prym wiodły płatki owsiane, tym razem  z masłem orzechowym, kakao i polane rozpuszczoną mleczną czekoladą. Trochę za długo przetrzymałam je w piekarniku i pierwszego dnia były odrobinę za suche, w kolejne dni nabierały wilgotności i były coraz lepsze. Trzymałam je pod przykryciem, by nie wietrzały. Co za zapach unosił się, gdy podnosiłam klosz, dominował aromat masła orzechowego i kakao. Pyszności. Oba przepisy wejdą na stałe do mojej kuchni.


Cały czas sporo czytam i przyznam,że nie miałam szczęścia w wyborach dwóch tytułów. Mam stary egzemplarz W 80 dni dookoła świata Juliusza Verne'a. Latami zaczytywałam się w jego powieściach o rozbitkach. Szczególnie ukochałam Tajemniczą wyspę, nie zliczę ile razy do niej wracałam. Jednak W 80 dni... mnie nie zauroczyło, wręcz przeciwnie bo zmęczyło i w sumie czytałam, aby doczytać do końca, a nie z zainteresowania co będzie dalej. Mało sympatyczny główny bohater Fileas Fogg, który bez żadnego zainteresowania przemierzał świat, aby tylko wygrać zakład, nie poprawiał sytuacji. Nie polecam, ale nadal zachęcam każdego do lektury Tajemniczej wyspy - jak dla mnie to tysiąc razy lepsze niż wszystkie filmy o rozbitkach. 


Jako wzrokowca łatwo mnie skusić okładką... Przyznaję się bez bicia. Różnie na tym wychodzę, raz lepiej, raz gorzej. Podczas niedawnych zakupów wybrałam między innymi Klub porcelanowej filiżanki Vanessy Greene. Podoba mi się pomysł, bohaterki są sympatyczne, jest szczęśliwe zakończenie. Nie wiem czy wspominałam, ale nie lubię złych zakończeń w książkach. Klub jest typowym kobiecym czytadłem ( w pozytywnym słowa tego znaczeniu, bo nie jest ckliwie i różowo), ciepłym, dobrym na poprawę humoru. Nie czułam fajerwerków, ale nie zawsze trzeba je czuć, by być zadowolonym z lektury. Przyznam, że autorka mnie kompletnie zaskoczyła z  wątkiem małżeńskim jednej z bohaterek. Motyw filiżanek jest kobiecy i jest ciekawie przedstawiony.


Niestety ostatnia lektura mnie zawiodła i to bardzo. Chodzi o Smak szczęścia Santy Montefiore. Wcześniej czytałam Francuskiego ogrodnika i przyznam, że mile wspominam tamten tytuł, jednak Smak szczęścia już nie. Po pierwsze raziło mnie opisywanie na każdym kroku marek i projektantów odzieży, obuwia i torebek Angeliki i jej przyjaciółek. Nie mam nic przeciwko opisywaniu życia bogatych ludzi, ale robienie tego poprzez metki ich rzeczy jest jak dla mnie kompletną pomyłką. Tym bardziej, że naprawdę było to nagminne, w pewnym momencie zaczęło mi już działać na nerwy. Poza tym książka kręci się bowiem wokół tematu zdrady małżeńskiej. Angelika powoli zaczyna się fascynować i stopniowo zakochiwać w pewnym mężczyźnie, którego oczywiście idealizuje i którego porównuje do męża. W tym porównaniu blado wypada mąż jako ten znany, nie wywołujący motylków w brzuchu, a ostatnio zaniedbujący żonę. Kobieta bez większego przemyślenia rzuca się w romans, którego potem oczywiście żałuje. Nie urzekło mnie nic w tej książce, nawet tak podziwiana przez Angelikę Republika Południowej Afryki. Opisy przyrody czy miejsc mi się nie podobały, a lubię dobre opisy. Kompletnie nie podobała mi się książka. Oceniam ją jako słabą.


poniedziałek, 17 marca 2014

Biurko i okolice

Wyzwanie fotograficzne z bloga we grochy zmusiło mnie do pomyślenia nad stylizacją biurka, na którym ostatnio miałam, że tak powiem lekki nieład. Dzisiaj posprzątałam i sfotografowałam. Udało mi się zrobić zdjęcie, gdy świeciło słońce mimo niezwykle kapryśnej pogody za oknem. Na moim biurku stoi zawsze lampka, kubek z długopisami, karteczki, książki obecnie czytane, nowe, pożyczone bądź dopiero przeczytane, na wierzchu stosu zielony zeszyt z przepisami. Obecne na zdjęciu tytuły to najnowsze zakupy, czekające cierpliwie na swój czas. Donica z motylami kupiona na przecenie jest tak letnia i wiosenna, że mimo iż jeszcze pusta, to stoi na biurku, które rozwesela.


Na biurku bądź w pobliżu jest też książka-pojemnik z zakładkami do książek. Świeży zakup, wizualnie nie spełnia moich oczekiwań, więc w wolnej chwili muszę się nią zająć, ale jako pojemnik doskonale spełnia swoje zadanie.


Trochę ich się uzbierało. Mam kilka naprawdę starych, jeszcze z dzieciństwa między innymi tę białą w delikatny kwiatowy motyw z pofalowanymi brzegami i japońskimi napisami oraz kwiaty z pszczołą o złoconych brzegach. Na zakładkę idealne są także pocztówki np. od rodziców z sanatorium w Ciechocinku czy przyjaciółki z wakacji w Holandii. Mam jedną drewnianą z biedronkami, kilka szydełkowych, między innymi różową wydzierganą przez mamę, materiałowych od blogowej koleżanki, magnetyczną świnkę czy plastikową łyżeczką z wiadomego popularnego baru szybkiej obsługi, nie stołuję się tam, bo jedzenie jest niezdrowe i mi nie smakuje, ale kawę mają wyjątkową, a mieszadełko jest płaskie i świetnie się sprawdza jako zakładka.


W jednej z szafek leży spora sterta czasopism Sielskie życie i Moje mieszkanie. To jedyne tytuły które kupuję regularnie. Czasem zdarza się mi się kupić jakiś magazyn kulinarny, ale nie są to zakupy regularne.


W dwóch sporych plastikowych pojemnikach z przykrywami trzymam mój zestaw do decoupage. W jednym mam sporą kolekcję serwetek, a w drugim wszelkie niezbędne utensylia czyli farby, lakier, klej, pędzle, gąbki, słoiki, folie ochronne do podłożenia, by nie brudzić stołu czy biurka.


Pozostając w temacie decoupage, zastanawiam się czy by nie zająć się lampką. Mam ją od lat i myślę, że przyda jej się mała metamorfoza.

niedziela, 2 marca 2014

A w sobotę i niedzielę miło mieć czas

Odkąd pracuję weekendami, bardziej cenię każdą wolną sobotę i niedzielę. Staram się je dobrze wykorzystać, by wreszcie dopieścić dom, mieć przyjemność pichcenia i odpocząć. Lubię niespiesznie  zajmować się domem, celebrować te chwile i leniwie cieszyć się każdym takim momentem. Czasem leniwie, innym razem tempo jest szybsze, ale niezmiennie jest przyjemnie.

Dzisiaj miałam chęć i czas, by upiec ciasto. Przetestowałam nową formę do pieczenia. Ciasto kruche powstało "na oko", bo chciałam nauczyć się rozpoznania konsystencji z racji użycia składników czyli mąki kukurydzianej, proszku do pieczenia, żółtek, oleju rzepakowego, odrobiny cukru białego aromatyzowanego cynamonem ( to ten słoik w tle, sama zrobiłam ten wynalazek, ale się namęczyłam przy ścieraniu kory cynamonowej na tarce) i cukru brązowego.

Na ciasto bułka tarta i potem jabłka podduszone z odrobiną masła, miodu, cynamonu i wody.


Na wierzch poszła kruszonka z oleju, mąki kukurydzianej i odrobiny cukru pudru.


Po 50 minutach w piekarniku wreszcie gotowa.


Smakowało :) Nie ma to jak niedzielna kawa z ciepłą szarlotką w gronie rodzinnym. Bezcenne. Warto celebrować takie chwile.


 Najnowsze książkowe zdobycze w uszytej własnoręcznie torbie :) Oczywiście nie całkiem samodzielnie, tylko pod czujnym okiem eksperta czyli cioci, która mnie uczyła szyć. Pierwsza lekcja za mną, jej efekt codziennie mi towarzyszy i bardzo go lubię i za kształt i za kolor i za włożoną pracę w wykonanie.



czwartek, 27 lutego 2014

Wypastowałam sobie nie podłogę, ale lodówkę

Zapastowałam się czyli zrobiłam pasty do jedzenia sztuk dwie. Często nie mam pomysłu, co by tu w piątek zaserwować. Ostatnio naszło mnie na pasty. Staram się mieć w spiżarce ( moja jest mikroskopijna, bo to po prostu dolna szafka w kuchni, ale dumnie mi służy) zapasy m.in. konserw, dzięki temu nie muszę co chwila biegać do sklepu. Właśnie konserwa rybna mnie do tego natchnęła tydzień temu. Miałam akurat śledzie wędzone. Kupiłam je dość niepewnie, bo te ryby jadłam dotąd w wersji marynowanej i raz pieczonej, ale wędzone smakują wyśmienicie. Zmiksowałam je z suszonymi pomidorami ( UWAGA - pisałam, że więcej ich nie zrobię, to było w dniu pichcenia, po czasie muszę przyznać, gdy prawie wszystkie słoiczki znikły, że smakują wyśmienicie, szczególnie w różnych pastach, więc kto wie, może jednak pokuszę się latem o nowe słoiki...), mrożonym koperkiem - ach jaki zapach unosił się z pojemniczka, gdy go otworzyłam, szczyptą czarnego pieprzu i kurkumą ( bo jest bardzo zdrowa i staram się jej używać w wielu daniach) oraz odrobiną majonezu  ( kupnego, więc był z całych jajek, spróbuję zrobić swój z samych żółtek).


Dzisiaj przygotowałam dwie kolejne. Pierwsza znowu rybna, tym razem z pachnącej wędzonej makreli, suszonych pomidorów, koperku, czarnego pieprzu. Małą niedogodnością było obieranie ryby z ości, nie przepadam za tym, ale smak wynagradza ten trud. Porządnie zmiksowałam, by żadna ewentualna ość się nie ostała. Druga pasta jest z soczewicy. Gotowałam soczewicę około 30 minut, wody dałam tyle, by ziarna były zamoczone, w międzyczasie, gdy wody ubywało, kilka razy jej dolewałam. Do ugotowanej na miękko soczewicy dodałam podsmażoną, drobno pokrojoną cebulkę, posoliłam, doprawiłam czarnym i ziołowym pieprzem i dokładnie zmiksowałam. Jutro będzie jak znalazł i na śniadanie i do pracy. 


W tle mój nowy i wielki emaliowany kubek z dziubkiem z Olkusza w modnym pastelowym odcieniu. Marzył mi się taki od dłuższego czasu. Teraz pełni funkcję pojemnika na wszelkie kuchenne utensylia, ale będzie miał tez inne zastosowania. Marzy mi się jeszcze emaliowany dzbanek do parzenia herbaty i ziół, czekam na ten wymarzony i upatrzony, na razie są braki w magazynie :( Ale spokojnie, uzbroiłam się w cierpliwość.

Dzisiaj ostatni dzień wyzwania fotograficznego z bloga we grochy o tym samym tytule, co nazwa bloga Weroniki. Myślałam, że ominę ten etap, bo grochów u mnie ani widu ani słychu, ale znalazłam dwa przedmioty w kropki. To jedyne groszki, innych nie mam. Dopóki nie zaczęłam przeglądać mieszkania pod kątem tego zdjęcia, nawet nie wiedziałam, że z kropkami tak u mnie krucho... :)


poniedziałek, 24 lutego 2014

Słodkości bez mleka, jajek i pszenicy

Niby banalne, ale prawdziwe, że potrzeba matką wynalazków. Obawiałam się początkowo, że na diecie bez krowiego mleka, białka jaja i pszenicy będzie wyjątkowo ciężko w kwestii słodkości. Fakt trzeba pokombinować, używać innych mąk niż pszenna, czasem mieszanek mąk w odpowiednich proporcjach. Muszę wiedzieć czym zastąpić masło, przecież jest olej czy oliwa. Już wiem, że konsystencję jaką daje jajko osiągnę np. bananem, startym siemieniem lnianym czy mąką ziemniaczaną. Powoli się uczę. Gdy robiłam po raz pierwszy dietetyczne naleśniki, to mleko krowie zastąpiłam kozim, mąkę pszenną kukurydzianą i gryczaną, gorzej było z konsystencją. Pierwszy naleśnik prawie zawsze nie wychodzi, ale mój był doprawdy do niczego, bo nie miał typowego, okrągłego kształtu, tylko składał się z kilkunastu małych kawałków, bo najnormalniej w świecie łobuz się porozrywał. Przepis na naleśniki muszę doszlifować :)

Ciasta bez powyższych składników to wyższa szkoła jazdy ( buszuję w sieci w poszukiwaniu receptur, a na całe szczęście jest ich masa), na razie osładzam sobie życie szybkimi i prostymi przepisami. Niedawno zrobiłam sobie lody, takie sorbetowe. Pokroiłam i zblenderowałam 2 banany, dodałam garść rozmrożonych jagód (dobrze mieć zamrożone owoce i raczyć się nimi o tej porze roku) i zamroziłam. Jadłam posypane obficie pokrojoną gorzką czekoladą. Pycha mówię Wam. Mam w planach lody o bardziej kremowej konsystencji z dodatkiem mleka kokosowego.


Kolejnym sprawdzonym i banalnie prostym deserem są galaretki z owocami. Akurat miałam w domu banana, więc ten owoc trafił pod nóż, następnie w szklankę. Potem jedynie pozostało mi zalać go tężejącą galaretką i do lodówki. Pozostało mi oczekiwanie na stężenie galaretki. Ten szybki deser można zrobić, gdy nie ma się siły ani ochoty na coś bardziej skomplikowanego, a smakowo zaspokoi słodkie zachcianki.


Wczoraj robiłam jabłka pod kruszonką, dzisiaj śliwki. Użyłam oleju słonecznikowego, mąki kukurydzianej i cukru pudru. Postanowiłam, że będę robiła "na oko", by opanować konsystencję. Rezultat był taki, że wczoraj dałam za mało oleju i była sypka, ale smaczna, dzisiaj było w sam raz i kruszona wyszła idealna. Jak dla mnie bomba, nie brakuje mi tu masła ani mąki pszennej. Jedynym minusem przepisu jest jego estetyka, bo nie da się ładnie nałożyć porcji na talerz, więc zaliczam je do takich dań codziennych, domowych, niekoniecznie gdy mamy gości i chcemy się popisać wyglądem.


Zawsze gdy brakuje mi miejsca w zamrażaczu i potrzebuję pilnie się czegoś pozbyć, a mam niewiele czasu na długie gotowanie, wyciągam owoce i robię kompot. Dzisiejszy powstał z mrożonych śliwek, malin i świeżych jabłek. Pyszne i zdrowe. Mało pracy, a jest smaczne i zdrowe. Od dłuższego czasu nie kupuję soków, tylko używam tych z piwnicy zrobionych przeze mnie czy mamę albo gotuję kompoty.