.
poniedziałek, 27 czerwca 2011
Wszyscy mają książki wymiankowe, mam i ja :)
Dzisiaj rano listonosz przyniósł mi paczkę ze wspaniałą zawartością. W środku była wymiankowa przesyłka czyli intrygująco wyglądająca książka Tash Aw Faktoria jedwabiu, przeurocza zakładka zrobiona na szydełku - istne cudo do mojego zbioru załadek, batonik i kisiel na osłodę i herbatki owocowe. Dodatki wprost idealne do lektury. Zakładką jestem zachwycona. Trzeba talentu i wytrwałości, by wydziergać tak piękną rzecz. Ta zakładka jest w ścisłej czołówce najładniejszych perełek mojej kolekcji. Dziękuję Sabince za zorganizowanie wymianki i Lucynie, która przygotowała dla mnie wspaniałą paczkę :)
sobota, 25 czerwca 2011
Agatha Christie, Dopóki starczy światła
Książkę otrzymałam w ramach wymiany wakacyjnej u Miqaisonfire. Przeczytałam będąc na krótkich wczasach pod gruszą. Pisarka ma w swym ogromnym dorobku aż sześćdziesiąt sześć powieści, sześć romansów, autobiografię (wprost połknęłam, czyta się niczym powieść), pamiętnik z wyprawy archeologicznej do Syrii, dwa tomy poezji, kilkanaście sztuk teatralnych oraz około stu pięćdziesięciu opowiadań. Niesamowita ilość, za którą idzie w parze także jakość. Dopóki starczy światła jest zbiorem opowiadań. Znajdziemy tu i romanse i opowiadania z wątkami fantastycznymi i te kryminalne. Dwa utwory pochodzą z najwcześniejszego okresu twórczości pisarki. Tom jest ucztą dla koneserów książek Agathy Christie. Po każdym opowiadaniu jest posłowie, gdzie przedstawione są interesujące fakty dotyczące poszczególnych utworów jak i biograficzne. Jako fanka pisarki z przyjemnością czytałam, a właściwie smakowałam, książkę. Jak dla mnie Agatha Christie jest niekwestionowaną królową kryminału na skalę światową. Zdecydowanie polecam. Tom stanął dumnie obok innych zdobyczy książkowych tej jednej z moich ulubionych autorek.
Fotografia Agathy pochodzi ze strony http://www.piechcin24h.tnb.pl/news.php?readmore=584.
Fotografia Agathy pochodzi ze strony http://www.piechcin24h.tnb.pl/news.php?readmore=584.
środa, 15 czerwca 2011
Hanka Lemańska, Chichot losu
Wielu sięga po tę książkę, bo pojawił się serial. Ja natomiast już po raz drugi ją przeczytałam. Kilka lat temu nabyłam ją jako wakcyjny dodatek do gazety. Nie znałam autorki, książka nie była droga, więc kupiłam. Chichot losu często jest opisywany jako lekkie, kobiece czytało. Książkę rzeczywiście lekko i przyjemnie się czyta, ale moim zdaniem do typowych lekkich książek nie należy. Autorka dotyka trudnych dylematów, które wywracają życie głównej bohateki do góry nogami i zmuszają do konkretnych decyzji i zachowań. Oto Joanna, kobieta młoda, niezależna, robiąca karierę, trwająca w związku bez zobowiązań. Oto pewien nocny telefon koleżanki z prośbą o zaopiekowanie się dwójką dzieci przez dwa dni. Nagle zdarza się wypadek, matka dzieci ginie, a Joannę czeka mnóstwo problemów i decyzji. Dzieci albo trafią do domu dziecka albo zajmie się nimi ktoś z rodziny ( ojciec w Stanach od lat nie daje znaku życia, dalsza rodzina jest uboga i nie da rady przyjąć jeszcze dwójki dzieci do swej gromadki) lub znajomych. Tematyka absolutnie nie należy do lekkich i nie każda osoba zachowałaby się jak Joanna. Warto poznać jej dzieje, książka mi się podobała i polecam każdemu.
Sprawdziłam w Internecie, że Hanna Lemańska napisała jeszcze dwa tomy opowiadań i dwie książki. Chętnie po nie sięgnę, tym bardziej, że autorka nie żyje, więc tylko te 4 książki zostały w jej dorobku. Załączam wyszperaną w sieci fotografię autorki.
Sprawdziłam w Internecie, że Hanna Lemańska napisała jeszcze dwa tomy opowiadań i dwie książki. Chętnie po nie sięgnę, tym bardziej, że autorka nie żyje, więc tylko te 4 książki zostały w jej dorobku. Załączam wyszperaną w sieci fotografię autorki.
niedziela, 12 czerwca 2011
Niespodzianka
Dostałam wspaniałą, książkową przesyłkę, wygraną na blogu Niedopisania :) Dopisuje mi szczęście odkąd prowadzę bloga. Wcześniej nigdy nie udało mi się nic wygrać, w żadnym konkursie, a na blogowych udało mi się już dwukrotnie. Z tej książki cieszę się podwójnie, bo to książka polskiego autora i fantastyka, a polskiej fantastyki jeszcze nie czytałam. Tom jest gruby, więc spełnia moje wymagania wobec ilości stron. Dla mnie im książka grubsza, tym lepsza. Nie przepadam za cienkimi, bo za szybko się kończą. Jestem ciekawa treści. Dziękuję Niedopisaniu :)
Jeju jakie to miłe wygrywać książki :)
Jeju jakie to miłe wygrywać książki :)
czwartek, 9 czerwca 2011
Uchylam rąbka tajemnicy
Hmmm nie mam wyjścia i ja muszę się odrobinę ujawnić. Dziękuję Miqaisonfire za zaproszenie do udziału w popularnej ostatnio na blogach zabawie. Ciężko mówić coś o sobie, łatwiej o innych, ale spróbuję :)
- Nie przepadam za książkami z bibliotek. Lubię nowe książki, pachnące jeszcze farbą drukarską i niezniszczone. Cierpi na tym portfel, ale cóż... Ponadto jak jakaś książka mi się wyjatkowo podoba, to bardzo zależy mi na własnym egzemplarzu. Do dobrych książek wracam nieraz.
- Lubię zakładki do książek, mam ich niemało i kolekcja jest nadal powiększana. Nie lubię zakładania książki byle czym.
- Mam słabość do oglądania i wyszukiwania wyjątkowych fotografii. Poza tym sama fotografuję, oczywiście amatorsko, ale sprawia mi to wiele radości i satysfakcji. Odkąd mam wymarzoną lustrzankę, to mam radochę jak dziecko z zabawkami :) Wyjątkowy sentyment mam do biało-czarnych fotografii i tych w kolorze sepii. Mają niepowtarzalny urok.
- Mam psa, któremu trzeba obcinać włosy, bo mu rosną całe życie. A latem byłoby mu zbyt gorąco. Ma juz 9 lat.
- Lubię smak truskawek, to moje ulubione owoce. Niezbyt często gotuję, ale ogólnie lubię tę czynność. Lubię testować nowe przepisy i smaki. Książki kucharskie mają ważne miejsce w mojej biblioteczce. Baaardzo lubię piec i jeść ciasta. Zdecydowanie bardziej lubię smakować ciasta własnej roboty niż słodycze.
- Lubię zapach powietrza po deszczu.
- Herbatę i kawę piję w dużych ilościach. Z herbat moja ulubiona to Earl Grey, a do kawy leję duuużo mleka. Niektórzy mówią, że piję mleko z kawą, coś w tym jest.
- Jestem ofiarą arachnofobii. Tepię te stworzenia w domu. Boję się unieszkodliwić sama dużego pająka, a czasem nawet do unicestwienia maleńkiego wołam męża. Wszelkie pająki i robaki traktuję jak wrogów.
- Odkąd zaczęłam urządzać mieszkanie, zaczęłam się pasjonować wystrojem wnętrz. Maniakalnie kupuję czasopisma o tej tematyce. Moje ulubione to "Moje mieszkanie", "Mój piękny dom" i "Weranda". Właśnie w tej kolejności. Marzę o urządzaniu własnego domu czy mieszkania, które nie będzie wynajmowane tylko moje na własność. Ogromną frajdę sprawia mi zajmowanie sie upiększaniem mojego gniazdka.
- Ulubiony kolor to fioletowy. Jak nazwa bloga wskazuje :) Kiedyś 70% moich ubrań stanowiły rzeczy różnych odcieniach tego koloru. Teraz mam ubrania w rożnych odcieniach, ale do fioletu mam słabość cały czas. To chyba nieuleczalne.
- Nie jestem pedantką, ale lubię porządek. Najbardziej nie lubię mycia okien. To jedno z najmniej przyjemnych zajęć. Męczę się podczas tej czynności przeokropnie.
- Jestem zmarzluchem i w chłodnych miesiącach ubieram się na cebulkę.
- Lubię sztuczną biżuterię, bo daje mi mozliwość dobrania kolczyków do ubioru i komfort zmian.
- Często chodzę na bosaka po domu mimo, że mam zimną terakotową podłogę w kuchni i łazience.
- Nie znoszę dźwięku jaki wydaje skrobanie styropianem o szybę, chamstwa i głupoty.
- Jak dla mnie telewizja mogłaby nie istnieć, wystarczyłoby mi DVD. Bardzo nie lubię wiadomości, które są właściwie kroniką zdarzeń i wypadków. Nie cierpię prognozy pogody. Nie jestem fanką seriali.
- Kolekcjonuję aniołki, ich figurki, zdjęcia, książki o nich, zakładki itp.
Do zabawy zapraszam Książkowca i Z głową w książce.
- Nie przepadam za książkami z bibliotek. Lubię nowe książki, pachnące jeszcze farbą drukarską i niezniszczone. Cierpi na tym portfel, ale cóż... Ponadto jak jakaś książka mi się wyjatkowo podoba, to bardzo zależy mi na własnym egzemplarzu. Do dobrych książek wracam nieraz.
- Lubię zakładki do książek, mam ich niemało i kolekcja jest nadal powiększana. Nie lubię zakładania książki byle czym.
- Mam słabość do oglądania i wyszukiwania wyjątkowych fotografii. Poza tym sama fotografuję, oczywiście amatorsko, ale sprawia mi to wiele radości i satysfakcji. Odkąd mam wymarzoną lustrzankę, to mam radochę jak dziecko z zabawkami :) Wyjątkowy sentyment mam do biało-czarnych fotografii i tych w kolorze sepii. Mają niepowtarzalny urok.
- Mam psa, któremu trzeba obcinać włosy, bo mu rosną całe życie. A latem byłoby mu zbyt gorąco. Ma juz 9 lat.
- Lubię smak truskawek, to moje ulubione owoce. Niezbyt często gotuję, ale ogólnie lubię tę czynność. Lubię testować nowe przepisy i smaki. Książki kucharskie mają ważne miejsce w mojej biblioteczce. Baaardzo lubię piec i jeść ciasta. Zdecydowanie bardziej lubię smakować ciasta własnej roboty niż słodycze.
- Lubię zapach powietrza po deszczu.
- Herbatę i kawę piję w dużych ilościach. Z herbat moja ulubiona to Earl Grey, a do kawy leję duuużo mleka. Niektórzy mówią, że piję mleko z kawą, coś w tym jest.
- Jestem ofiarą arachnofobii. Tepię te stworzenia w domu. Boję się unieszkodliwić sama dużego pająka, a czasem nawet do unicestwienia maleńkiego wołam męża. Wszelkie pająki i robaki traktuję jak wrogów.
- Odkąd zaczęłam urządzać mieszkanie, zaczęłam się pasjonować wystrojem wnętrz. Maniakalnie kupuję czasopisma o tej tematyce. Moje ulubione to "Moje mieszkanie", "Mój piękny dom" i "Weranda". Właśnie w tej kolejności. Marzę o urządzaniu własnego domu czy mieszkania, które nie będzie wynajmowane tylko moje na własność. Ogromną frajdę sprawia mi zajmowanie sie upiększaniem mojego gniazdka.
- Ulubiony kolor to fioletowy. Jak nazwa bloga wskazuje :) Kiedyś 70% moich ubrań stanowiły rzeczy różnych odcieniach tego koloru. Teraz mam ubrania w rożnych odcieniach, ale do fioletu mam słabość cały czas. To chyba nieuleczalne.
- Nie jestem pedantką, ale lubię porządek. Najbardziej nie lubię mycia okien. To jedno z najmniej przyjemnych zajęć. Męczę się podczas tej czynności przeokropnie.
- Jestem zmarzluchem i w chłodnych miesiącach ubieram się na cebulkę.
- Lubię sztuczną biżuterię, bo daje mi mozliwość dobrania kolczyków do ubioru i komfort zmian.
- Często chodzę na bosaka po domu mimo, że mam zimną terakotową podłogę w kuchni i łazience.
- Nie znoszę dźwięku jaki wydaje skrobanie styropianem o szybę, chamstwa i głupoty.
- Jak dla mnie telewizja mogłaby nie istnieć, wystarczyłoby mi DVD. Bardzo nie lubię wiadomości, które są właściwie kroniką zdarzeń i wypadków. Nie cierpię prognozy pogody. Nie jestem fanką seriali.
- Kolekcjonuję aniołki, ich figurki, zdjęcia, książki o nich, zakładki itp.
Do zabawy zapraszam Książkowca i Z głową w książce.
poniedziałek, 6 czerwca 2011
Jodi Picoult, Deszczowa noc
Fabuła kręci się wokół kontrowersyjnego tematu, co w moim odczuciu nie jest zaletą tej książki. Jestem zdecydowanym przeciwnikiem aborcji czy eutanazji, bo uważam, że nie ma co się oszukiwać terminologią, bo przecież to po prostu morderstwa. W realnym świecie nie wszystko jest czarno-białe, bo są odcienie szarości. Nie unikniemy tego. Trudno wydawać sądy o innych osobach, gdy nie jest się w ich sytuacji. Człowiek który nie ma bliskiej osoby cierpiącej na bolesną i nieuleczalną chorobę, nie wie co się wtedy odczuwa. Natomiast uważam, że zło powinno się jednoznacznie określać i negować. Nie jestem zwolennikiem "pomagania" chorym ludziom w zejściu z tego świata. Władcą życia i śmierci jest Bóg, a nie człowiek. Książka przypomina mi trochę te wszystkie "wielkie produkcje" typu "Oceans Eleven", gdzie główni bohaterowi popełniają czyny złe moralnie, bo np. planują skok na kasyno czy bank, a widz im kibicuje i na koniec cieszy się, że uniknęli ujęcia przez policję. Nie podoba mi się taki relatywizm. Kropka. Najgorsze jest to, że te relatywistyczne dywagacje zajmują lwią część książki.
Szczerze to irytował mnie strasznie Cameron McDonald i jego niedojrzałe podejście do miłości. Rozumiem, że się zakochał, ale skąd może wiedzieć, że kocha? Natomiast od momentu, kiedy spotkał Mię, to czuje, że to jego druga połowa... mimo, że jeszcze jej nie poznał... Bez komentarza.
Natomiast muszę przyznać autorce, że ma świetny styl. Podoba mi się niezwykle plastyczny opis poszczególnych fragmentów jakby to były właściwie kadry z filmu, a nie fragmenty powieści. Picoult nie tylko opisuje spotkanie dwóch, osób, nie tylko streszcza dialogi. Pisarka zwraca uwagę na takie drobiazgi jak np. drżenie kolan czy dłoni. Widać u niej większą niż u innych pisarzy wrażliwość na szczegół i umiejętność przekucia tej zdolności na twórczość. Momentami miałam wrażenie, że oglądam film, a nie czytam książkę, bo tak łatwo i dokładnie można zwizualizować sobie wszystko podczas lektury. To ogromna zaleta książki. Właśnie z tego powodu sięgnę po kolejne książki Jodi Picoult.
______________________________________________
Nie będę dzisiaj publikować kolejnego posta, więc robię dopisek do powyższego. Chciałam podzielić się z Wami radością jaka mnie dziś spotkała. Po powrocie ujrzałam na stole grubą kopertę z miłą zawartością. Dotarła do mnie paczka z książkami z wymiany wakacyjnej u Miqaisonfire http://miqaisonfire.wordpress.com/. W środku były aż DWIE książki, dwie zakładki i czekolada ( jakaś wspaniała osóbka telepatycznie domyśliła się, że ostatnio trzymam linię i sprezentowała mi gorzką czekoladę). Przykro mi, ale nie potrafię rozczytać nazwiska, nie było adresu bloga, więc nie wiem, kto sprawił mi tę niespodziankę. Dziękuję Miqaisonfire za zorganizowanie wymiany i osobie, która wysłała mi paczkę. Książek obu nie czytałam, więc już nie mogę doczekać się lektury :) Dostałam dwa kryminały :):):)
Nie wiem kto wpadł po raz pierwszy na pomysł blogowej wymiany książkowej, ale należą się jej/jemu gratulacje, uściski i szacunek za pomysł, czyż nie?
Szczerze to irytował mnie strasznie Cameron McDonald i jego niedojrzałe podejście do miłości. Rozumiem, że się zakochał, ale skąd może wiedzieć, że kocha? Natomiast od momentu, kiedy spotkał Mię, to czuje, że to jego druga połowa... mimo, że jeszcze jej nie poznał... Bez komentarza.
Natomiast muszę przyznać autorce, że ma świetny styl. Podoba mi się niezwykle plastyczny opis poszczególnych fragmentów jakby to były właściwie kadry z filmu, a nie fragmenty powieści. Picoult nie tylko opisuje spotkanie dwóch, osób, nie tylko streszcza dialogi. Pisarka zwraca uwagę na takie drobiazgi jak np. drżenie kolan czy dłoni. Widać u niej większą niż u innych pisarzy wrażliwość na szczegół i umiejętność przekucia tej zdolności na twórczość. Momentami miałam wrażenie, że oglądam film, a nie czytam książkę, bo tak łatwo i dokładnie można zwizualizować sobie wszystko podczas lektury. To ogromna zaleta książki. Właśnie z tego powodu sięgnę po kolejne książki Jodi Picoult.
______________________________________________
Nie będę dzisiaj publikować kolejnego posta, więc robię dopisek do powyższego. Chciałam podzielić się z Wami radością jaka mnie dziś spotkała. Po powrocie ujrzałam na stole grubą kopertę z miłą zawartością. Dotarła do mnie paczka z książkami z wymiany wakacyjnej u Miqaisonfire http://miqaisonfire.wordpress.com/. W środku były aż DWIE książki, dwie zakładki i czekolada ( jakaś wspaniała osóbka telepatycznie domyśliła się, że ostatnio trzymam linię i sprezentowała mi gorzką czekoladę). Przykro mi, ale nie potrafię rozczytać nazwiska, nie było adresu bloga, więc nie wiem, kto sprawił mi tę niespodziankę. Dziękuję Miqaisonfire za zorganizowanie wymiany i osobie, która wysłała mi paczkę. Książek obu nie czytałam, więc już nie mogę doczekać się lektury :) Dostałam dwa kryminały :):):)
Nie wiem kto wpadł po raz pierwszy na pomysł blogowej wymiany książkowej, ale należą się jej/jemu gratulacje, uściski i szacunek za pomysł, czyż nie?
czwartek, 2 czerwca 2011
Ratunku! Pomocy! Awaria bloggera???
Niestety nie jest geniuszem w kwestiach technicznych czy informatycznych... A szkoda bo taka wiedza by mi sie nieraz przydała. Nie wiem co mam robić, a może ktoś miał już podobny problem. Kwestia dotyczy bloggera. Od pewnego czasu odwiedzając blogi, nie mogę dodać ich do obserwowanych. Na każdym blogu pod słowem OBSERWATORZY jest puste miejsce. Nie wyświetlają mi się ani osoby obserwujące dany blog ani nie ma klawisza "obserwuj". W rezultacie nie mogę dodać żadnego bloga do obserwowanych przeze mnie. Nie wiem czemu. Czy zdarzyła się komuś powyższa sytuacja? Czy ktoś wie jak ten problem można naprawić?? Bo ja nie mam pojęcia.
niedziela, 29 maja 2011
Wywiad z Olgą Rudnicką
Publikuję obiecany na początku maja wywiad. Zapraszam do lektury i zapoznania się z odpowiedziami.
Co sądzi Twoja mama o Twoich powieściach?
Miqaisonfire: co w Pani życiu stanowi największe natchnienie? Co spowodowało, że postanowiła Pani zabrać się za pisanie?
Wyrażenie natchnienie jest stanowczo przereklamowane. Gdybym miała siadać do pisania tylko wówczas, gdy czuję głęboką wewnętrzną potrzebę, nie dopilnowałabym żadnego terminu. To kwestia dyscypliny i regularności. Oczywiście, są dni, gdy w ciągu kilku godzin napiszę z 20 stron tekstu i nie pytajcie jak to możliwe, bo sama nie wiem. Palce same płyną po klawiaturze, bo w normalnym trybie jakoś wolniej mi to idzie. A są dni, że w ciągu kilku godzin powstaną dwa zdania, które zostają skasowane, a ja mam ochotę wyć z rozpaczy. Kwestia zabrania się za pisanie nie była wynikiem świadomej decyzji. To była forma spisywania myśli, snów, które potem przeradzały się w małe opowiadania. Im byłam starsza tym więcej się tego tworzyło. Nie potrafię powiedzieć, co stanowi moje natchnienie, ale wiem, że kiedy nie piszę, brakuje mi tego. Moje myśli zaczynają się skupiać wokół postaci, wątków powieści i zdarza mi się „odpływać” nawet jak jestem wśród ludzi.
Catherine: A ja chciałabym się spytać jaką książkę lubi Pani czytać najbardziej ?
Nie mam jednej ulubionej. Mam ulubionych autorów, do których ostatnio dołączył Stieg Larsson i Robin Cook.
Miqaisonfire: Którą książkę pisało się Pani "najfajniej"? Czyli przy tworzeniu której książki, prace, zbieranie materiałów mijało najszybciej i najprzyjemniej?
„Martwe Jezioro”. W zamyśle miało to być opowiadanie, które mi się rozrosło i pisałam je dla siebie. Nie myślałam o czytelnikach, o wydawcy. To było hobby. Kiedy pod wpływem impulsu wysłałam ją do wydawcy i została przyjęta nikt nie był chyba bardziej zdziwiony niż ja. Nigdy nie myślałam o sobie w kategoriach zostania pisarką. I nadal się za pisarkę nie uważam. Jestem autorką, a do zostania pisarką wiele mi brakuje.
Kiedy planuje Pani wydać jakąś kolejną książkę i czy ma Pani na nią już pomysł?
O wydaniu powieści decyduje wydawca. Owszem, pracuję nad kolejną powieścią i jestem mniej więcej w 2/3 akcji oraz znam ostatnie zdanie. Czy zostanie zaakceptowana? To się dopiero okaże. Chciałabym jeszcze powiedzieć, że kiedy ukazuje się powieść na rynku to prace nad nią są zakończone znacznie wcześniej. Ostatnie poprawki do „Natalii 5” , które ukazały się w kwietniu zakończyłam chyba w październiku 2010 roku, niemal natychmiast zaczęłam zbierać materiały do nowej powieści, nad którą pracuję od grudnia ubiegłego roku.
Kawusia: Czy dajesz do przeczytania swoją powieść jeszcze przed drukiem (komuś zaufanemu np. mamie) ?
Absolutnie nie. Jestem paranoiczką w tym względzie i najchętniej nawet wydawcy nie mówiłabym nad czym aktualnie pracuję. Ale tak się nie da. Wydawca rzecz jasna musi wiedzieć co aktualnie robię, chociaż sam mnie uczula, że o pomysłach się głośno nie dyskutuje. Przy powieści, nad którą teraz pracuję umówiłam się z moim konsultantem, że po zakończeniu wersji roboczej prześlę mu do oceny. Ale to absolutny wyjątek podyktowany tematyką powieści. Jest jeszcze jeden powód, dla którego nie pokazuję moich tekstów wcześniej, chociaż zdarza mi się z zaufaną osobą rozmawiać o koncepcji czy bohaterach. Mianowicie, nie wszystkim moje książki się podobają. Nie żądam od przyjaciół uwielbienia, ale negatywna opinia we wstępnej fazie mogłaby podciąć mi skrzydła.
Co sądzi Twoja mama o Twoich powieściach?
Mama zachwyca się trzymając powieść w ręce, ale jako recenzent jest absolutnie do niczego. Najczęściej oburza się, że w tekście są przekleństwa, a przy „Lilith” i scenach seksu słyszałam przez kilka dni: - Co ludzie powiedzą! Nie potrafi oddzielić mnie od powieści. Przeklina bohater a nie ja.
Kiedyś w wywiadzie radiowym pewna piosenkarka przyznała że nie słucha radia aby jej twórczość była tylko jej a nie zainspirowana cudzymi utworami, żeby nie posądzono jej o plagiat. Czy Ty Olgo czytając tak wiele książek nie boisz się, że stworzysz coś podobnego, co już ktoś napisał?
Owszem. To jest pewien problem. Trudno wymyśleć coś, czego jeszcze nie było. Ale staram się. Czasami zdarza mi się takie uczucie, że już gdzieś to widziałam, czytałam, słyszałam, ale na szczęście okazuje się, że jest to pomysł, który zapisałam 3-4 lata temu i teraz powtórnie przyszedł mi do głowy.
Łukasz: Skąd czerpie Pani natchnienie??
Jak się Pani czuje jako coraz bardziej popularna pisarka??
Jak się Pani czuje jako coraz bardziej popularna pisarka??
Natchnienie czerpię z głowy. Pomysły też. To prostu są i nie da się tego racjonalnie wytłumaczyć. Nie czuję się popularną pisarką. Może dlatego, że na co dzień pracuję jako asystentka osób niepełnosprawnych, a ten zawód naprawdę uczy pokory. Cieszy mnie natomiast zainteresowanie moimi powieściami, chociaż zainteresowanie mną, jako osobą, jest peszące.
Ania: Jak długo trwa praca nad jedną powieścią? Ile czasu trwa od narodzenia pomysłu na książkę do skończenia pracy nad powieścią?
Coraz dłużej. „Martwe Jezioro” powstało w ciągu kilku tygodni żmudnego, wielogodzinnego pisania. Druga powieść też. Czułam się jak na fali. To po prostu ze mnie wypływało. Tylko, że to były powieści dość proste, jednowątkowe. Każda kolejna książka pochłania więcej czasu, na szczęście zauważyłam, że manualnie zwiększyła mi się prędkość pisania. Więcej materiałów, więcej przemyśleń, więcej różnorodnych wątków. Można powiedzieć, że moje powieści dojrzewają wraz ze mną. Praca nad „Natalii 5” trwała kilka miesięcy plus poprawki. Naprawdę nie ma reguły. Czasami piszę dwie godziny, czasami sześć. Staram się pisać codziennie po kilka godzin, nie zawsze się udaje.
Do której własnej książki ma Pani największy sentyment?
Jeszcze niedawno powiedziałabym, że do „Martwego Jeziora”, bo było pierwsze i przez to szczególne. Ale obecnie kocham moje Natalie i z nimi czuję się najmocniej związana. Dla mnie to żywe osoby.
Aneta: Na okładkach swych książek jako literackich mistrzów wymieniasz Stephena Kinga, Alexa Kavę, Harlana Cobena oraz Tess Gerritsen. Kto jest Twoim ulubionym pisarzem polskim wśród aktualnie tworzących oraz kto spośród klasyków literatury polskiej?
Nie czytam wiele polskiej literatury. Właściwie poza Chmielewską nie jestem w stanie przypomnieć sobie innego autora, który zrobiłby na mnie wrażenie. Z klasyków zdecydowanie Stefan Żeromski.
Aneta: Masz jakieś przyzwyczajenia podczas czytania? Np. miejsce, pozycja, pora dnia, czy jesz podczas czytania itd.?
Nie, czytam zawsze i wszędzie. Do czytania wystarcza mi odrobina światła i kąt. Jedyne czego nie robię podczas czytania to nie jem. Nienawidzę jadłospisu na książce ani tłustych plam.
Aneta: Pisałaś kiedyś na swoim blogu, że tworzysz powieści z laptopem na kolanach, czy masz jakieś rytuały związane z pisaniem? Czy jest coś, bez czego nie możesz zasiąść do pracy nad książką?
Tak, zamieniam wówczas pokój w grobowiec. Specjalnie założyłam rolety, bo dzienne światło zaczęło mi przeszkadzać. Muszę mieć absolutny spokój. Lampka, laptop i ja. Zakładam słuchawki na uszy i włączam muzykę, żeby mnie obce dźwięki nie rozpraszały. Kiedyś zdarzyła mi się zabawna sytuacja, bo założyłam słuchawki, ale do laptopa ich nie podłączyłam. Muzyka sączyła się z głośników, a ja sobie siedziałam z kabelkami zwisającymi z uszu. I ruch. Strasznie mi przeszkadza, gdy kątem oka dostrzegam jak coś się rusza w pokoju. Dlatego zawsze mam zamknięte drzwi i nawet mojego biednego psa wyrzucam. Przeszkadza mi, że jego klatka piersiowa się rusza podczas oddychania. Wiem, że to strasznie brzmi, ale tak jest. Jakikolwiek ruch wyrywa mnie ze stanu skupienia i zamiast myśleć o wątku, to dostaję rozbieżnego zeza i jedno oko w monitorze, a drugie w śpiącym psie było utkwione.
Aneta: Co najbardziej lubisz podczas pracy nad powieścią?
Lubię jak akcja płynie. Nie zapominam słów. Wiem co mam pisać. Najbardziej lubię takie chwile, gdy etap myślenia jest poza mną a wszystko zdaje się dziać samo. To tak jakby akcja i postacie ożyły, ja staję się obserwatorem i opisuję tylko to co widzę i słyszę.
Aneta: Czego nie lubisz podczas pracy nad powieścią?
Zatorów. Wiem co ma być dalej. Mam rozpisany konspekt. Mniej lub bardziej szczegółowy. I nic. Ani słowa nie mogę napisać, a co napiszę to skasuję. A już szczególnie jestem wściekła na siebie jak mi się koncepcja w trakcie zmieni i muszę się cofać do początku powieści.
Aneta: Czytałam kiedyś w jakimś wywiadzie z pewną pisarką, że dopóki nie skończy książki, to nie czyta, by podświadomie nie pisać podobnie do czytanego w danym momencie autora. Czy masz podobnie?
Nie, nie mam. A może nie zwróciłam na to uwagi… Nie zauważyłam jednak, żebym kopiowała styl jakiegoś innego pisarza. Wolę myśleć, że mam własny i używając słów Natalii – tej wersji zamierzam się trzymać.
Aneta: Czy chciałabyś poświęcić się w 100% pisaniu czy traktujesz je jako dodatkowe zajęcie?
Z jednej strony tak, chciałabym się poświęcić pisaniu. Z drugiej, nadal chcę pracować z osobami niepełnosprawnymi. Z pewnością pisanie nie jest dodatkowym zajęciem i nie będzie. Chcę być tym i tym i teraz tylko muszę wykombinować jak to wszystko pogodzić. Na razie mi się udaje. Co będzie dalej to się zobaczy. Natomiast już teraz mam świadomość, że jeśli będę musiała z czegoż zrezygnować by móc pisać, to tak się stanie. Zrezygnuję.
Aneta: Jaki masz wpływ na wygląd okładki?
Żaden.
Aneta: Czy zanim zaczęłaś pisać Martwe jezioro, planowałaś pisanie, chciałaś być pisarką?
Lubiłam pisać dla siebie. Takie moje opowiadania. W szkole nie lubiłam pisać, bo trzeba było pod klucz a to mi nie odpowiadało. Pisałam więc cokolwiek byle było na temat i mieć święty spokój. Nigdy nie sądziłam, że napiszę coś co zostanie wydane, więc nie mogę mówić jak od dziecka marzyłam by pisać. Ja po prostu pisałam, a reszta potoczyła się sama. Natomiast od dziecka uwielbiałam wymyślać historie.
Aneta: Jakie jest Twoje zdanie na temat czy pisania można się nauczyć czy z tym talentem trzeba się urodzić?
Nie wiem. Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Nie czuję też jakobym miała talent. Cały czas mnie zdumiewa, że to co piszę ktoś lubi czytać. Wydaje mi się jednak, że jak się lubi tworzyć to trzeba to robić.
Aneta: Jak radzisz sobie z pogodzeniem pracy zawodowej, pisania, przeróżnych obowiązków oraz życia towarzyskiego?
Wbrew pozorom nie jest to aż tak trudne jak by się wydawało. Pracuję po kilka godzin dziennie. Czasami jestem w domu o 14, czasami o 15, zdarzały się dni, że mój dzień pracy kończył się o 12. Mam więc wystarczająco dużo czasu na pisanie. Praktycznie całe popołudnie i wieczór, z przerwą na jazdę konną czy trening. Jeżdżę w tej chwili dwa razy w tygodniu i jazda konna plus dotarcie na miejsce i z powrotem zajmuje jakieś dwie godziny. Nie jest to tak czasochłonne jak się wydaje. Zawsze mnie dziwi jak ktoś się dziwi, że skąd mam czas na konie. A czy ja cały dzień siedzę w stajni i żrę owies? Życie towarzyskie trochę kuleje, ale wszyscy moim przyjaciele też dorośli, mają pracę, własne życie. Z moją drugą połową widzimy się tylko w weekendy, więc cały tydzień mam właściwie dla siebie.
Aneta: Jak postrzegają Cię znajomi i rodzina jako pisarkę? Czy byli zaskoczeni, gdy wydałaś pierwszą książkę?
Przyjaciele traktują mnie dokładnie tak samo. Początkowo znalazło się sporo znajomych, którzy podobno byli ze mną bardzo zaprzyjaźnieni, a ja nie mogłam nigdzie ani twarzy ani nazwiska umiejscowić. Takie życie. Teraz wszyscy się przyzwyczaili i takie sytuacje już się nie zdarzają. Gdy wydałam pierwszą książkę to niewątpliwie najbardziej zaskoczeni byli moi nauczyciele. Nigdy się nie angażowałam jeśli mnie coś nie interesowało. A najczęściej mnie nie interesowało. Na studiach też siadałam w ostatnim rzędzie z książką pod ławką. A potem zakuwałam w domu, żeby egzamin zdać. Ale coś za coś. Natomiast przyjaciele, przed którymi nie przyznawałam się do pisania, bo to takie moje hobby było i zupełnie niemodne, wcale nie byli zaskoczeni. Okazało się, że kilka osób doskonale wiedziało, że piszę, choć nikt nie miał pojęcia, że wysłałam maszynopis do wydawcy. Kiepsko się kamuflowałam jak widać. Najbardziej zaskoczona to byłam ja, że z mojego najbliższego otoczenia niewiele osób było tym zaskoczonych. Jeden z kolegów stwierdził, że jego to nie dziwi. Zawsze cos gryzmoliłam.
Aneta: Prowadzisz bloga (http://rudnickaolga.pl/), co było motywem jego założenia i jak Ci się podoba ta forma kontaktu z czytelnikami?
Chciałam mieć kontakt z czytelnikami. Uznałam, że taka forma będzie odpowiednia, choć zdarza mi się, że nie mam o czym pisać, a coś napisać trzeba. Forma bardzo mi się podoba, co można przeczytać na moim blogu. Bardzo sympatyczne jest osobiste spotkanie osób, które regularnie czytują blog, jak miało ostatnio miejsce w Międzyzdrojach i Warszawie. Mimo, że wielu czytelników nigdy nie spotkam, nie są dla mnie obcy.
Aneta: Co sądzisz nt. popularnych ostatnio e-booków? Czy uważasz, że są realnym zagrożeniem dla tradycyjnych książek?
Nie. Nie sądzę. Zdarza mi się czytać e-booki, ale nawet jeśli mam coś w wersji elektronicznej i tak muszę to posiadać fizycznie, w formie papierowej i na półce. Osobiście wolę jednak formę tradycyjną, chociaż podczas targów książki w Warszawie bardzo zainteresowały mnie czytniki. Nie zdecydowałam się wówczas na zakup, ale nie wykluczam tego.
Aneta: Jakie jest Twoje zdanie nt. pożyczania książek? Czego nie tolerujesz podczas pożyczania?
Musze odpowiadać? Wyjdę na straszną zołzę. Może lepiej zacznę od drugiego pytania, bo to będzie stanowić wyjaśnienie odpowiedzi na pierwsze. Nie toleruję przetrzymywania książek. Jak można jedną książkę czytać kilka tygodni, a ja mam dziurę na półce? To mnie strasznie irytuje. Bo najpierw jest pożycz, pożycz, a potem: jeszcze nie zaczęłam czytać; nie mam czasu; no, już jestem na setnej stronie (książka ma 300 a osoba ma ją już miesiąc). A już szczególnie szlag mnie trafia jak się domagam zwrotu po 2-3 miesiącach, bo mnie już diabli biorą i okazuje się, że aktualnie czyta ją kuzynka kuzynki, która pożyczyła ją od kuzyna dziewczyny itd. itp. Więc odpowiadając na pytanie pierwsze: skończyłam z pożyczaniem książek. Pożyczam tylko kilku osobom, które je szanują, nie gniotą, nie plamią, nie używają jako podpórki pod drzwi balkonowe, oddają w terminie, nie puszczają w obieg, a jedna osoba jak mi w ten weekend nie odda trzeciej części trylogii Larsona trafi na czarną listę.
Dziękuję za zgodę na wywiad i udzielone odpowiedzi.
(Zdjęcie pobrane z bloga autorki)
(Zdjęcie pobrane z bloga autorki)
wtorek, 24 maja 2011
Joanna Jodełka, Grzechotka
Wczoraj odzyskałam książkę, dlatego dzisiaj publikuję, obiecaną jeszcze w kwietniu, recenzję. Grzechotkę zdecydowanie polecam wszystkim. Dawno nie czytałam tak dobrze napisanej książki. Stylistyczny majstersztyk. Wysmakowane metafory. Piękny, doszlifowany język. Wynotowane cytaty:
"Budziła się powoli, bardzo powoli, ciężko. Powieki mrugały jakby nie chciały się ze sobą rozstać - od siebie do siebie".
"Plan był jasny: książka, koc, herbata, ptasie mleczko. To wszystko w różnych, nie do końca jeszcze ustalonych proporcjach. Deszcz za oknem do dekoracji i akompaniamentu. Tak od rana do wieczora. Rozmyślanie o tym sprawiło, że poczuła się tak jakby sama siebie posłodziła. Idealnie".
"Deszcz płakał po szybie albo tańczył po parapecie, usypiając świat dookoła."
Takich zdań - perełek jest mnóstwo. Niektóre czyta się jak poezję. Taki sposób pisania bardzo mi się podoba. Zakończenie i zamieszanie z wynikami Majchrzaka jest niejasne. Z drugiej strony otwarte zakończenie daje nadzieję na kontynuację, którą chętnie przeczytam. Okładka jest ciemna, nie przyciaga wzroku. Z drugiej strony tematyka jest mroczna, więc komponuje się z treścią. Kogo nie zainteresuje książka, w której ciężarna kobieta budzi się, a tu nie ma ani dużego brzucha ani nie ma dziecka? Intrygujący pomysł na powieść, akcja bardzo ciekawie poprowadzona.
"Budziła się powoli, bardzo powoli, ciężko. Powieki mrugały jakby nie chciały się ze sobą rozstać - od siebie do siebie".
"Plan był jasny: książka, koc, herbata, ptasie mleczko. To wszystko w różnych, nie do końca jeszcze ustalonych proporcjach. Deszcz za oknem do dekoracji i akompaniamentu. Tak od rana do wieczora. Rozmyślanie o tym sprawiło, że poczuła się tak jakby sama siebie posłodziła. Idealnie".
"Deszcz płakał po szybie albo tańczył po parapecie, usypiając świat dookoła."
Takich zdań - perełek jest mnóstwo. Niektóre czyta się jak poezję. Taki sposób pisania bardzo mi się podoba. Zakończenie i zamieszanie z wynikami Majchrzaka jest niejasne. Z drugiej strony otwarte zakończenie daje nadzieję na kontynuację, którą chętnie przeczytam. Okładka jest ciemna, nie przyciaga wzroku. Z drugiej strony tematyka jest mroczna, więc komponuje się z treścią. Kogo nie zainteresuje książka, w której ciężarna kobieta budzi się, a tu nie ma ani dużego brzucha ani nie ma dziecka? Intrygujący pomysł na powieść, akcja bardzo ciekawie poprowadzona.
czwartek, 19 maja 2011
Joanna Chmielewska, Klin
Swego czasu była wydawana kolekcja kryminałów Joanny Chmielewskiej. Planowałam nabyć całą serię, ale nie wyszło. W rezultacie mam pierwszy tom. Leżał u mnie od miesięcy. Wczoraj szukałam czegoś do poczytania z książek, których jeszcze nie znam. Zaczęłam i skończyłam w jeden dzień :) Kto zna autorkę, ten wie, czego można się po niej spodziewać, kto nie zna, niech czym prędzej pozna. Główna bohaterka nosi imię i nazwisko pisarki. Akcja jest od samego początku tak zamotana, że momentami ciężko się połapać o co właściwie chodzi. Joanna jest kompletnie postrzeloną osobą, ma talent do wplątywania się w najbardziej zamieszane i absurdalne sytuacje oraz dyskusje jakie można sobie wyobrazić. Zwykły człowiek jak odbiera telefon i słyszy bzdurny tekst albo zapytanie o całkiem obcą osobę, to mówi "pomyłka". Bohaterka książki do normalnych nie należy i zamiast powiedzieć pomyłka, to odpowiada i kontynuuje dyskusję mimo że nie ma pojęcia o czym mowa i tak zaczyna się sytuacja, gdzie absurd goni absurd, a czytelnik jest zaskakiwany co chwila pomysłowością i nieskoordynowanymi zachowaniami bohaterki. Intryga skomplikowana jak na Chmielewską przystało. Poczucie humoru wybitne, bo co chwila miałam ochotę wybuchnąć śmiechem, tylko zakończenie pozostawiło lekki niedosyt, gdyż nie wszystko zostało wyjaśnione.
------------------------------------------------------------------------------
Przypominam, że zbieram pytania do wywiadu z pisarką Olgą Rudnicką. Zachęcam do zadawania pytań pod postem z 6 maja. Dziękuję za uwagę :)
poniedziałek, 16 maja 2011
Martyna Wojciechowska, Przesunąć horyzont
O książce przeczytałam kilka pochlebnych recenzji i pobiegłam ją nabyć. Już na wstępie zirytował mnie fakt, że była zafoliowana. To nie fair wobec czytelnika, który buszuje w księgarni. Warty odnotowania jest fakt, iż autorka ma dystans do siebie, gdyż już na okładce umieściła swoje zdjęcie, na którym wygląda normalnie czyli jak kobieta, która właśnie zdobywa najwyższy szczyt świata, a nie jak sexy wamp w pełnym makijażu i jeszcze doprawiony photoshopem. Punkt dla Martyny za naturalność. Książka jest wydana na śliskim, albumowym papierze. Zawiera mnóstwo zdjęć. Niektóre fotografie są piękne i długo można się nimi zachwycać. Zrozumiałabym kilka, ok nawet kilkanaście zdjęć z Martyną w roli głównej, ale aż tyle to jednak przesada. Ciekawa jest sama idea przesuwania horyzontu czyli wyznaczania sobie celów w życiu, począwszy od najmniejszych aż po te większe i to właśnie sukcesywne przesuwanie horyzontu, a nie stanie w miejscu. Przed lekturą książki nie wiedziałam, że autorka miała złamany kręgosłup. Postanowiła jednak, że wejdzie na Mount Everest. Ciężka rehabilitacja, potem praca nad kondycją, przygotowania fizyczne, psychiczne i logistyczne do wyprawy to ooogrooom pracy. Wejść na tę górę udało się do 2002 roku 1200 osobom, a 200 osób straciło tam życie. Książkę czyta się dobrze. Martyna szczegółowo opisuje trudy wspinaczki, problemy zdrowotne w górach, systematyczną aklimatyzację ( gdyby helikopter czy samolot zostawił na szczycie człowieka, to zmarłby w ciągu kilku minut, aklimatyzacja to niezbędne przyzwyczajanie organizmu do wysokości czyli przerwy oraz czasem schodzenie niżej na nocleg), reakcje ciała i umysłu na ogromny wysiłek w niskiej temperaturze i na tej wysokości. Autorka przyznaje, że książka powstała podczas wyprawy na najwyższy szczyt świata, więc jest swego rodzaju dziennikiem. Pozycja ta jest ilustracją pokonywania słabości własnego ciała, powolnego dążenia do spełnienia marzenia i to mi się najbardziej w niej podobało. Abstrahując od Martyny Wojciechowskiej medialnej, bo nie wszystko mi się w jej zachowaniu i decyzjach podoba, ale to inna kwestia, podziwiam ją za to, że miała takie marzenie, by zdobyć szczyt Himalajów, szczyt świata i że to marzenie konsekwentnie realizowała i za to że jej się udało. Ja mam lęk wysokości i ciężko było mi wejść i zejść znad Morskiego Oka nad Czarny Staw pod Rysami, więc chylę czoła przed takim wyczynem. Wszystkim milośnikom gór na pewno się spodoba a i osobom potrzebującym motywacji do działania, do zmiany, do realizowania pasji, marzeń i celów także.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------
Zachęcam do zadawania pytań Oldze Rudnickiej pod postem z 6 maja. Pytania zbieram do 24 maja. O co chcielibyście zapytać pisarkę? Interesuje Was praca na powieścią? Inspiracje?
wtorek, 10 maja 2011
O książek pożyczaniu
Zawsze chętnie dzieliłam się moimi skarbami książkowymi z przyjaciółmi i rodziną. Mam uzbierany już jakis księgozbiór przez te lata. Część książek dostałam, ale ogromną większość zdobyłam sama. Kupiłam za własne ciężko zarobione pieniądze. Z tego powodu te tomy są mi jeszcze bliższe. Ostatnio zaczęłam się zniechęcać do pożyczania, bo albo ktoś zbyt długo trzyma moją książkę i trzeba samemu dopominać się o zwrot, albo egzemplarz wraca zniszczony bez słowa przepraszam nawet, część osób nie szanuje książek, czyta byle jak, zagina rogi zamiast korzystać z zakładek i w ten sposób czyta, że książka wraca w takim stanie, że nie chce się zamknąć. Powyższe i inne sytuacje zmuszają mnie do zastanowienia czy danej osobie pożyczę książkę. Ponadto od pewnego czasu skrupulatnie notuję komu pożyczam. To przykre, gdyż uważam, że to osoba, która pożycza dzieło do lektury powinna pamiętać o terminie zwrotu i ostrożności przy korzystaniu.
Co powoduje, że nie pożyczacie już książki danemu osobnikowi?
Jakiego znieważenia swojej książki nie tolerujecie?
Chętnie pożyczacie czy trudno Wam rozstać się z książkami?
Co powoduje, że nie pożyczacie już książki danemu osobnikowi?
Jakiego znieważenia swojej książki nie tolerujecie?
Chętnie pożyczacie czy trudno Wam rozstać się z książkami?
piątek, 6 maja 2011
Wywiad z Olgą Rudnicką
Olga Rudnicka wyraziła zgodę na wywiad. Zbieram pytania, jakie chciałabym zadać pisarce. Zapraszam wszystkich do zadawania pytań Oldze. Wywiad będzie opublikowany na blogu. Zachęcam do zostawiania pytań w komentarzach do dnia 24 maja.
Zdjęcie pobrane z galerii na blogu pisarki http://rudnickaolga.pl/
Zdjęcie pobrane z galerii na blogu pisarki http://rudnickaolga.pl/
środa, 4 maja 2011
Olga Rudnicka, Natalii 5
Długo na to czekałam, ale wreszcie stało się. Pragnę uroczyście obwieścić, że znalazłam swoją ulubioną polską pisarkę (z grona aktualnie tworzących). To zgodnie z tytułem posta Olga Rudnicka. Cały jej dotychczasowy dorobek literacki przeczytałam. Wszystkie jej książki mi się podobały. Każdy z 6 tomów stoi dumnie na półce mojej domowej biblioteczki. Jestem pod ogromnym wrażeniem, że tak młoda pisarka (rocznik 1988) może się poszczycić tak obfitą ilościowo i dobrą jakościowo listą dzieł. Podziwiam ją za to. Cechy wyróżniające warsztat literacki Olgi Rudnickiej to: genialna intryga, sprawnie poprowadzona fabuła, ciekawie wykreowani bohaterowie, wciągające pomysły kryminalne, niezrównane poczucie humoru ( które osiągnęło apogeum w Natalii 5). I jeszcze jedno – ewidentnie widać rozwój pisarki, bo najnowsza książka jest najlepsza, przynajmniej w mojej subiektywnej opinii. Co oczywiście nie znaczy, że pierwsze są gorsze, są dobre, ale ogromnym plusem jest to, że Olga Rudnicka doskonali swój warsztat pisarski. Irytuje mnie, że osoby posiadające taki talent są jeszcze tak mało znane, ale to mam nadzieję, że do czasu. Są książki, które przeczyta się raz i już się do nich nie wraca, ale do tych tomów wrócę jeszcze nie raz.
Natalii 5 czytałam 3-4 dni, ale tylko dlatego, że pracuję. Gdybym miała urlop, to dzieło połknęłabym w jeden dzień. Akcja tak mnie wciągnęła, że jednego dnia udało mi się oderwać od lektury dopiero mocno po 2 w nocy... Sam pomysł umieszczenia w książce pięciu bohaterek o tożsamym imieniu i nazwisku jest nowatorski, jego realizacja doskonała. Początkowo nie mogłam się połapać która Natalia jest którą Natalią, ale autorka zgrabnie rozwiązała tę kwestię i zdecydowanie ułatwiła to czytelnikom. Każda Natalia jest inna, każda jest bardzo plastycznie i ciekawie wykreowana. Autorka ma niebywałą zdolność kreowania komizmu sytuacyjnego i słownego. Książka jest wspaniałym, silnie wciągającym w swój świat kryminałem a jednocześnie mocno skrzy się humorem. Zaintrygowała mnie i jednocześnie co chwila rozśmieszała. Ma jeden minus. Że już się skończyła, bo mimo 560 stron, dla mnie to mało i tak dobrze napisanej książki chętnie przeczytałabym ponad 1000 stron. Z drugiej strony te 1000 stron także by się w pewnym momencie skończyło.
Opis z okładki: " Pięć spadkobierczyń, które potrafią skomplikować najprostsze sprawy. Policja otrzymuje zgłoszenie o samobójstwie. Zamknięty od środka pokój. Martwy mężczyzna. Broń, na której znajdują się wyłącznie jego odciski palców. Jednak zdaniem komisarza Potockiego nie mogło to być samobójstwo. Ślady wykluczają również morderstwo. Zagadkowa śmierć jest dopiero początkiem zdarzeń, które skomplikują spadkobierczynie denata. W gabinecie notariusza pojawia się pięć kobiet. Każda rości sobie prawo do spadku. Każda z nich miała powód, by zabić. Każda z nich będzie kłamać i oszukiwać, by odzyskać zaginiony spadek”.
Więcej nt. bohaterek i wydarzeń nie zdradzę. Zachęcam do czytania. Polecam i fanom kryminałów i komedii i po prostu dobrej literatury. To jedna z najlepszych książek jakie przeczytałam.
wtorek, 3 maja 2011
Cytat o czytaniu
"Czytać należy intensywnie. Czasami powinieneś czytać z intensywnością większą od tej, z jaką pisano tekst, który czytasz. Czytać należy gorliwie, z pasją, z uwagą i bezlitośnie. Autor może paplać, lecz ty czytaj rozumnie; każde słowo, jedno po drugim, tam i z powrotem, wsłuchując się w książkę, wypatrując śladów, które prowadzą w gąszcz, uważając na tajemnicze sygnały, które sam autor mógł przeoczyć, gdy kroczył naprzód w puszczy swojego dzieła. Nigdy nie należy czytać lekceważąco, od niechcenia, jak ktoś, kogo zaproszono na królewską ucztę, a on tylko dłubie końcem widelca w potrawach. Czytać trzeba elegancko, wielkodusznie. Czytać należy tak, jakbyś w celi śmierci czytał ostatnią książkę, którą ci przyniósł strażnik więzienny. Czytać trzeba na śmierć i życie, bo to największy ludzki dar. Pomyśl: tylko człowiek umie czytać".
Sandor Marai, Księga ziół, Warszawa 2006.
Sandor Marai, Księga ziół, Warszawa 2006.
A Wy co sądzicie nt. czytania?
Powyższy cytat wygrzebałam ze sterty notatek ze studiów. Postanowiłam założyć zeszyt z cytatami. Miałam wcześniej podobny, ale miał za duży format i się nie sprawdził. Mam akurat taki ładnie wydany zeszyt w klasycznym formacie, twardej oprawie i ciekawej okładce. Mam manię zeszytową, gdyż nie lubię, nie toleruję brzydkich i byle jakich. Moje bruliony zawsze były starannie dobierane, bo i przyjemniej mi było z takich korzystać. Do dzisiaj mi tak zostało. Z racji tego zeszyt, który zaopiekuje się ukochanymi wypisami z różnych autorów musi spełniać moje wymagania estetyczne. I wreszcie przyda się na coś konkretnego, bo leży już tak bezczynnie od ponad roku. Mam za duży nieład w cytatach, chce je jakoś zorganizować. Lubię notować fragmenty książek dot. czytania, ale nie tylko.
Wy także prowadzicie takie zeszyty? Czy lubicie gromadzić cytaty? Macie jakieś zwyczaje z tym związane?
piątek, 29 kwietnia 2011
Dzisiaj króciutko
Grzechotka przeczytana przedwczoraj, dzisiaj ją pożyczyłam koleżance. Zapomniałam wcześniej obfotografować, więc na recenzję trzeba poczekać...
Dzisiaj rozpoczynam lekturę Natalii 5 Olgi Rudnickiej, którą nabyłam wczoraj. To już szósta ( ! ) książka tej młodej pisarki. Czytałam i posiadam w księgozbiorze jej poprzednie tytuły i szczerze polecam wszystkim. Za jakiś czas na blogu pojawią się recenzje jej książek.
Dzisiaj życzę wszystkim udanego i mile spędzonego weekendu majowego :)
Dzisiaj rozpoczynam lekturę Natalii 5 Olgi Rudnickiej, którą nabyłam wczoraj. To już szósta ( ! ) książka tej młodej pisarki. Czytałam i posiadam w księgozbiorze jej poprzednie tytuły i szczerze polecam wszystkim. Za jakiś czas na blogu pojawią się recenzje jej książek.
Dzisiaj życzę wszystkim udanego i mile spędzonego weekendu majowego :)
wtorek, 19 kwietnia 2011
Życie jest piękne
Dzisiaj po wyjątkowo ciężkim i dołującym dniu w pracy, kiedy nawet denerwować się nie miałam siły, tylko taka zgaszona i przymulona wróciłam ( nawet kawa nie pomogła i słodkie co nieco), okazało się.... że na stole w pokoju grzecznie czeka na mnie przesyłka. Oprócz miłego listu od przyjaciółki listonosz dostarczył mi wyczekiwaną książkę. To Grzechotka Joanny Jodełki. Książka jest moją pierwszą w życiu wygraną :) W tym miejscu dziękuję Tajemnicy33, która na swym blogu http://tajemnica33.blogspot.com/ ogłosiła konkurs, w którym miałam zaszczyt i przyjemność wygrania tego tytułu. Z Grzechotki wyjątkowo się cieszę, po pierwsze dlatego iż jeszcze nie znam twórczości Joanny Jodełki, po drugie gdyż za cel sobie postawiłam, już pewien czas temu, poszerzanie zakresu literatury z najnowszej literatury polskiej. A obecnie wydawane polskie dzieła zdecydowanie zasługują na bliższe spotkanie i są tego warte :) Recenzja na pewno pojawi się na blogu, a teraz lecę myć okna. Pozdrawiam wszystkich czytających i życzę radości wśród przedświątecznych przygotowań.
poniedziałek, 11 kwietnia 2011
Mój dobytek książkowy
Zauważyłam, że wiele osób prezentuje swe domowe biblioteczki, więc i ja postanowiłam się podzielić moją. Zapraszam do obejrzenia. Na pierwszy ogień idzie półka z grubymi tomiszczami m.in. 3 książkami ukochanego Waltera Moersa.
Następnie moja ulubiona, moje zdobycze z literatury najnowszej.
Na koniec półki z sypialni. Zbierane latami. Na samym dole półka z książkami zdradzającymi kierunek studiów, który skończyłam.
Następnie moja ulubiona, moje zdobycze z literatury najnowszej.
Na koniec półki z sypialni. Zbierane latami. Na samym dole półka z książkami zdradzającymi kierunek studiów, który skończyłam.
sobota, 9 kwietnia 2011
Ewa Stec, Klub Matek Swatek
Klub Matek Swatek momentami rozbawił mnie do łez. Perypetie bohaterów tak wciągają, że trudno się oderwać ( podczytywałam książkę w autobusie, ale to jednak błąd, bo zniszczyły mi się rogi okładki; muszę albo zaprzestać noszenia książek w torebce albo nosić je tak, by nie ulegały zniszczeniu). Dużym plusem książki jest wiek bohaterek, które mają lat 50+. Tytułowy klub to zorganizowana, energiczna, kreatywna i przedsiębiorcza grupa kobiet, które swym zachowaniem zaprzeczają stereotypom dotyczącym zachowań kobiet w, jak same siebie określają, wieku menopauzalnym. Pomysł torturowania ... golarką (!) zaskakujący i przezabawny. Prawie każda strona skrzy się humorem. Książka przypomina mi atmosferą komedię omyłek filmu To nie tak jak myślisz kotku. Autorka tak potrafi zamotać czytelnika, że w końcu nie wiedziałam kto jest kto i o co chodzi, ale w pozytywnym sensie ( momentami byłam tak skołowana jak przy czytaniu Joanny Chmielewskiej ). Słowa z okładki "Zabawna i romantyczna powieść. Wspaniała rozrywka i dla matki, i dla córki" nie oszukują czytelnika, gdyż są prawdziwe. Otwarte zakończenie sugeruje kontynuację, z którą chętnie się zapoznam. To lekka i przyjemna książka, która poprawi humor i całkiem oderwie od rzeczywistości. Czas poświęcony na lekturę Klubu Matek Swatek uważam za dobrze wykorzystany. Zdecydowanie polecam.
poniedziałek, 28 marca 2011
Charlaine Harris, Definitywnie martwy
Trudno wyłowić coś oryginalnego i naprawdę dobrze napisanego w zalewie literatury o wampirach. Seria o Sookie Stackhouse do takich także nie należy. Aktualnie czytam szósty tom. Na początku nawet mi się podobała, bo trzeba przyznać, że akcja wciąga i jak już się czyta, to jest się ciekawym co dalej. Jednak było tak tylko do drugiego czy trzeciego tomu, potem było coraz gorzej. Już wielokrotnie chciałam to rzucić i wziąć się za ciekawszą lekturę. Tytuły tomów absolutnie nie grzeszą kreatywnością, oto one:
1. Martwy aż do zmroku
2. U martwych w Dallas
3. Klub martwych
4. Martwy dla świata
5. Martwy jak zimny trup
6. Definitywnie martwy.
Szczerze? To czytając pierwszy tom miałam wrażenie, że napisała to młoda dziewczyna, być może nastolatka, gdyż jest napisana bardzo prosto niestety, co akurat tutaj plusem nie jest. Byłam w ciężkim szoku, gdy na stronie autorki sprawdziłam ile ma lat ! Pomysł na akcję może i jest ciekawy. Przyznam, że fabuła poprowadzona jest w taki sposób, że jak już zasiądziesz, to w miarę czytasz. W miarę, gdyż rewelacji niestety nie ma. Czyta się dlatego, aby dowiedzieć się co dalej się wydarzy, ale przyjemnym czytaniem to to nie jest. Mnóstwo literówek irytuje i naprawdę obniża jakość książki. Zawaliła korekta tekstu. Ilość tych błędów nie świadczy dobrze o wydaniu. Jeśli jest to seria, to w jakim celu narratorka wciąż się powtarza? Wraca do tego, co było opisane we wcześniejszych tomach. Powtarza się nagminnie i w sposób zbędny. Autorka zakłada, że czytelnicy mają bardzo krótką pamięć? Trochę ufności dla czytelnika. Trzeba przyznać, że do oryginalnych pomysłów należy ujawnienie wampirów oraz wynalezienie syntetycznej krwi przez Japończyków. Żenujące było zirytowanie Sookie, gdy przyjaciele ujrzeli jej szyję po pierwszej nocy z wampirem, która była wprost oburzona, że ktoś zerwał z niej chustę i parzy potępiająco i ze współczuciem na ślady ugryzień na jej szyi. Poniżej wszelkiego poziomu była scena, gdy Bill zamawiał syntetyczną krew w barze. Pił grupę zero, a Sookie zachwycała się w myślach jakie to słodkie, bo pije krew tej samej grupy co jej... Uważam, że zamiast skupiać się na za dużej różnorodności istot nadnaturalnych warto byłoby rozwinąć wątek z ujawnieniem wampirów. Po lekturze serii można mieć wrażenie, że świat jest pełen wampirów, zmiennokształtnych, menad, czarownic... Co za dużo, to nie zdrowo.
Zdjęcie pobrane ze strony wydawnictwa MAG.
1. Martwy aż do zmroku
2. U martwych w Dallas
3. Klub martwych
4. Martwy dla świata
5. Martwy jak zimny trup
6. Definitywnie martwy.
Szczerze? To czytając pierwszy tom miałam wrażenie, że napisała to młoda dziewczyna, być może nastolatka, gdyż jest napisana bardzo prosto niestety, co akurat tutaj plusem nie jest. Byłam w ciężkim szoku, gdy na stronie autorki sprawdziłam ile ma lat ! Pomysł na akcję może i jest ciekawy. Przyznam, że fabuła poprowadzona jest w taki sposób, że jak już zasiądziesz, to w miarę czytasz. W miarę, gdyż rewelacji niestety nie ma. Czyta się dlatego, aby dowiedzieć się co dalej się wydarzy, ale przyjemnym czytaniem to to nie jest. Mnóstwo literówek irytuje i naprawdę obniża jakość książki. Zawaliła korekta tekstu. Ilość tych błędów nie świadczy dobrze o wydaniu. Jeśli jest to seria, to w jakim celu narratorka wciąż się powtarza? Wraca do tego, co było opisane we wcześniejszych tomach. Powtarza się nagminnie i w sposób zbędny. Autorka zakłada, że czytelnicy mają bardzo krótką pamięć? Trochę ufności dla czytelnika. Trzeba przyznać, że do oryginalnych pomysłów należy ujawnienie wampirów oraz wynalezienie syntetycznej krwi przez Japończyków. Żenujące było zirytowanie Sookie, gdy przyjaciele ujrzeli jej szyję po pierwszej nocy z wampirem, która była wprost oburzona, że ktoś zerwał z niej chustę i parzy potępiająco i ze współczuciem na ślady ugryzień na jej szyi. Poniżej wszelkiego poziomu była scena, gdy Bill zamawiał syntetyczną krew w barze. Pił grupę zero, a Sookie zachwycała się w myślach jakie to słodkie, bo pije krew tej samej grupy co jej... Uważam, że zamiast skupiać się na za dużej różnorodności istot nadnaturalnych warto byłoby rozwinąć wątek z ujawnieniem wampirów. Po lekturze serii można mieć wrażenie, że świat jest pełen wampirów, zmiennokształtnych, menad, czarownic... Co za dużo, to nie zdrowo.
Zdjęcie pobrane ze strony wydawnictwa MAG.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




