.

.

sobota, 19 kwietnia 2014

Chrystus zmartwychwstał Alleluja

Dopiero odkąd uczestniczę w całym triduum paschalnym i w Wielki Czwartek i Wielki Piątek i w Wielką Sobotę  - udaje mi się, oczywiście czasem lepiej czasem gorzej, ale bardziej duchowo i religijnie przygotować się do Wielkiej Nocy. Wcześniej w sobotnie wieczory działałam pracowicie w domu, w kościele byłam w czwartek i piątek, teraz wychodzę do kościoła na tę wyjątkową liturgię. Mój mąż mnie tego nauczył i jestem mu za to wdzięczna. W tym roku miałam też postanowienie, by w poście czytać codziennie fragment Pisma Świętego. Mogę powiedzieć, że udało mi się prawie w 90 %. Przy lekturze Biblii pozostanę dłużej, by co kilka dni przynajmniej czytać choć fragment.

Chrystus Zmartwychwstał - już niedługo będziemy to świętować. Życzę wszystkim spokojnych, radosnych, przeżytych w rodzinnej atmosferze i duchowo świąt, bo w końcu te dni mają przede wszystkim wymiar religijny i o tym warto pamiętać. 

Zdjęcie znalezione na tej stronie.

środa, 19 marca 2014

Przepyszne owsiane ciasteczka i ostatnie lektury

Do niedawna nie przepadałam za owsianymi ciasteczkami - powód - nie miałam dobrego przepisu. Odkąd poszukuję innych receptur na słodkości odkrywam wiele nowych blogów i świetnych pomysłów. Postanowiłam przetestować ciasteczka owsiane z bloga zufikowo z tego przepisu, akurat miałam wszystkie składniki w domu, więc dosłownie kilka dni po znalezieniu przepisu wzięłam się za pieczenie. Przyznam, że lekko się stresowałam. Okazało się, że całkiem niepotrzebnie, bo wyszły świetne. Jak dla mnie to idealne połączenie słonecznika, wiórek kokosowych i miodu. Przepis zmieniłam o tyle, że nie podprażyłam słonecznika. Ciasteczka są wyśmienite. Zajadałam się nimi jak szalona.


Zachęcona sukcesem postanowiłam sprawdzić ten przepis. Znowu prym wiodły płatki owsiane, tym razem  z masłem orzechowym, kakao i polane rozpuszczoną mleczną czekoladą. Trochę za długo przetrzymałam je w piekarniku i pierwszego dnia były odrobinę za suche, w kolejne dni nabierały wilgotności i były coraz lepsze. Trzymałam je pod przykryciem, by nie wietrzały. Co za zapach unosił się, gdy podnosiłam klosz, dominował aromat masła orzechowego i kakao. Pyszności. Oba przepisy wejdą na stałe do mojej kuchni.


Cały czas sporo czytam i przyznam,że nie miałam szczęścia w wyborach dwóch tytułów. Mam stary egzemplarz W 80 dni dookoła świata Juliusza Verne'a. Latami zaczytywałam się w jego powieściach o rozbitkach. Szczególnie ukochałam Tajemniczą wyspę, nie zliczę ile razy do niej wracałam. Jednak W 80 dni... mnie nie zauroczyło, wręcz przeciwnie bo zmęczyło i w sumie czytałam, aby doczytać do końca, a nie z zainteresowania co będzie dalej. Mało sympatyczny główny bohater Fileas Fogg, który bez żadnego zainteresowania przemierzał świat, aby tylko wygrać zakład, nie poprawiał sytuacji. Nie polecam, ale nadal zachęcam każdego do lektury Tajemniczej wyspy - jak dla mnie to tysiąc razy lepsze niż wszystkie filmy o rozbitkach. 


Jako wzrokowca łatwo mnie skusić okładką... Przyznaję się bez bicia. Różnie na tym wychodzę, raz lepiej, raz gorzej. Podczas niedawnych zakupów wybrałam między innymi Klub porcelanowej filiżanki Vanessy Greene. Podoba mi się pomysł, bohaterki są sympatyczne, jest szczęśliwe zakończenie. Nie wiem czy wspominałam, ale nie lubię złych zakończeń w książkach. Klub jest typowym kobiecym czytadłem ( w pozytywnym słowa tego znaczeniu, bo nie jest ckliwie i różowo), ciepłym, dobrym na poprawę humoru. Nie czułam fajerwerków, ale nie zawsze trzeba je czuć, by być zadowolonym z lektury. Przyznam, że autorka mnie kompletnie zaskoczyła z  wątkiem małżeńskim jednej z bohaterek. Motyw filiżanek jest kobiecy i jest ciekawie przedstawiony.


Niestety ostatnia lektura mnie zawiodła i to bardzo. Chodzi o Smak szczęścia Santy Montefiore. Wcześniej czytałam Francuskiego ogrodnika i przyznam, że mile wspominam tamten tytuł, jednak Smak szczęścia już nie. Po pierwsze raziło mnie opisywanie na każdym kroku marek i projektantów odzieży, obuwia i torebek Angeliki i jej przyjaciółek. Nie mam nic przeciwko opisywaniu życia bogatych ludzi, ale robienie tego poprzez metki ich rzeczy jest jak dla mnie kompletną pomyłką. Tym bardziej, że naprawdę było to nagminne, w pewnym momencie zaczęło mi już działać na nerwy. Poza tym książka kręci się bowiem wokół tematu zdrady małżeńskiej. Angelika powoli zaczyna się fascynować i stopniowo zakochiwać w pewnym mężczyźnie, którego oczywiście idealizuje i którego porównuje do męża. W tym porównaniu blado wypada mąż jako ten znany, nie wywołujący motylków w brzuchu, a ostatnio zaniedbujący żonę. Kobieta bez większego przemyślenia rzuca się w romans, którego potem oczywiście żałuje. Nie urzekło mnie nic w tej książce, nawet tak podziwiana przez Angelikę Republika Południowej Afryki. Opisy przyrody czy miejsc mi się nie podobały, a lubię dobre opisy. Kompletnie nie podobała mi się książka. Oceniam ją jako słabą.


poniedziałek, 17 marca 2014

Biurko i okolice

Wyzwanie fotograficzne z bloga we grochy zmusiło mnie do pomyślenia nad stylizacją biurka, na którym ostatnio miałam, że tak powiem lekki nieład. Dzisiaj posprzątałam i sfotografowałam. Udało mi się zrobić zdjęcie, gdy świeciło słońce mimo niezwykle kapryśnej pogody za oknem. Na moim biurku stoi zawsze lampka, kubek z długopisami, karteczki, książki obecnie czytane, nowe, pożyczone bądź dopiero przeczytane, na wierzchu stosu zielony zeszyt z przepisami. Obecne na zdjęciu tytuły to najnowsze zakupy, czekające cierpliwie na swój czas. Donica z motylami kupiona na przecenie jest tak letnia i wiosenna, że mimo iż jeszcze pusta, to stoi na biurku, które rozwesela.


Na biurku bądź w pobliżu jest też książka-pojemnik z zakładkami do książek. Świeży zakup, wizualnie nie spełnia moich oczekiwań, więc w wolnej chwili muszę się nią zająć, ale jako pojemnik doskonale spełnia swoje zadanie.


Trochę ich się uzbierało. Mam kilka naprawdę starych, jeszcze z dzieciństwa między innymi tę białą w delikatny kwiatowy motyw z pofalowanymi brzegami i japońskimi napisami oraz kwiaty z pszczołą o złoconych brzegach. Na zakładkę idealne są także pocztówki np. od rodziców z sanatorium w Ciechocinku czy przyjaciółki z wakacji w Holandii. Mam jedną drewnianą z biedronkami, kilka szydełkowych, między innymi różową wydzierganą przez mamę, materiałowych od blogowej koleżanki, magnetyczną świnkę czy plastikową łyżeczką z wiadomego popularnego baru szybkiej obsługi, nie stołuję się tam, bo jedzenie jest niezdrowe i mi nie smakuje, ale kawę mają wyjątkową, a mieszadełko jest płaskie i świetnie się sprawdza jako zakładka.


W jednej z szafek leży spora sterta czasopism Sielskie życie i Moje mieszkanie. To jedyne tytuły które kupuję regularnie. Czasem zdarza się mi się kupić jakiś magazyn kulinarny, ale nie są to zakupy regularne.


W dwóch sporych plastikowych pojemnikach z przykrywami trzymam mój zestaw do decoupage. W jednym mam sporą kolekcję serwetek, a w drugim wszelkie niezbędne utensylia czyli farby, lakier, klej, pędzle, gąbki, słoiki, folie ochronne do podłożenia, by nie brudzić stołu czy biurka.


Pozostając w temacie decoupage, zastanawiam się czy by nie zająć się lampką. Mam ją od lat i myślę, że przyda jej się mała metamorfoza.

niedziela, 2 marca 2014

A w sobotę i niedzielę miło mieć czas

Odkąd pracuję weekendami, bardziej cenię każdą wolną sobotę i niedzielę. Staram się je dobrze wykorzystać, by wreszcie dopieścić dom, mieć przyjemność pichcenia i odpocząć. Lubię niespiesznie  zajmować się domem, celebrować te chwile i leniwie cieszyć się każdym takim momentem. Czasem leniwie, innym razem tempo jest szybsze, ale niezmiennie jest przyjemnie.

Dzisiaj miałam chęć i czas, by upiec ciasto. Przetestowałam nową formę do pieczenia. Ciasto kruche powstało "na oko", bo chciałam nauczyć się rozpoznania konsystencji z racji użycia składników czyli mąki kukurydzianej, proszku do pieczenia, żółtek, oleju rzepakowego, odrobiny cukru białego aromatyzowanego cynamonem ( to ten słoik w tle, sama zrobiłam ten wynalazek, ale się namęczyłam przy ścieraniu kory cynamonowej na tarce) i cukru brązowego.

Na ciasto bułka tarta i potem jabłka podduszone z odrobiną masła, miodu, cynamonu i wody.


Na wierzch poszła kruszonka z oleju, mąki kukurydzianej i odrobiny cukru pudru.


Po 50 minutach w piekarniku wreszcie gotowa.


Smakowało :) Nie ma to jak niedzielna kawa z ciepłą szarlotką w gronie rodzinnym. Bezcenne. Warto celebrować takie chwile.


 Najnowsze książkowe zdobycze w uszytej własnoręcznie torbie :) Oczywiście nie całkiem samodzielnie, tylko pod czujnym okiem eksperta czyli cioci, która mnie uczyła szyć. Pierwsza lekcja za mną, jej efekt codziennie mi towarzyszy i bardzo go lubię i za kształt i za kolor i za włożoną pracę w wykonanie.



czwartek, 27 lutego 2014

Wypastowałam sobie nie podłogę, ale lodówkę

Zapastowałam się czyli zrobiłam pasty do jedzenia sztuk dwie. Często nie mam pomysłu, co by tu w piątek zaserwować. Ostatnio naszło mnie na pasty. Staram się mieć w spiżarce ( moja jest mikroskopijna, bo to po prostu dolna szafka w kuchni, ale dumnie mi służy) zapasy m.in. konserw, dzięki temu nie muszę co chwila biegać do sklepu. Właśnie konserwa rybna mnie do tego natchnęła tydzień temu. Miałam akurat śledzie wędzone. Kupiłam je dość niepewnie, bo te ryby jadłam dotąd w wersji marynowanej i raz pieczonej, ale wędzone smakują wyśmienicie. Zmiksowałam je z suszonymi pomidorami ( UWAGA - pisałam, że więcej ich nie zrobię, to było w dniu pichcenia, po czasie muszę przyznać, gdy prawie wszystkie słoiczki znikły, że smakują wyśmienicie, szczególnie w różnych pastach, więc kto wie, może jednak pokuszę się latem o nowe słoiki...), mrożonym koperkiem - ach jaki zapach unosił się z pojemniczka, gdy go otworzyłam, szczyptą czarnego pieprzu i kurkumą ( bo jest bardzo zdrowa i staram się jej używać w wielu daniach) oraz odrobiną majonezu  ( kupnego, więc był z całych jajek, spróbuję zrobić swój z samych żółtek).


Dzisiaj przygotowałam dwie kolejne. Pierwsza znowu rybna, tym razem z pachnącej wędzonej makreli, suszonych pomidorów, koperku, czarnego pieprzu. Małą niedogodnością było obieranie ryby z ości, nie przepadam za tym, ale smak wynagradza ten trud. Porządnie zmiksowałam, by żadna ewentualna ość się nie ostała. Druga pasta jest z soczewicy. Gotowałam soczewicę około 30 minut, wody dałam tyle, by ziarna były zamoczone, w międzyczasie, gdy wody ubywało, kilka razy jej dolewałam. Do ugotowanej na miękko soczewicy dodałam podsmażoną, drobno pokrojoną cebulkę, posoliłam, doprawiłam czarnym i ziołowym pieprzem i dokładnie zmiksowałam. Jutro będzie jak znalazł i na śniadanie i do pracy. 


W tle mój nowy i wielki emaliowany kubek z dziubkiem z Olkusza w modnym pastelowym odcieniu. Marzył mi się taki od dłuższego czasu. Teraz pełni funkcję pojemnika na wszelkie kuchenne utensylia, ale będzie miał tez inne zastosowania. Marzy mi się jeszcze emaliowany dzbanek do parzenia herbaty i ziół, czekam na ten wymarzony i upatrzony, na razie są braki w magazynie :( Ale spokojnie, uzbroiłam się w cierpliwość.

Dzisiaj ostatni dzień wyzwania fotograficznego z bloga we grochy o tym samym tytule, co nazwa bloga Weroniki. Myślałam, że ominę ten etap, bo grochów u mnie ani widu ani słychu, ale znalazłam dwa przedmioty w kropki. To jedyne groszki, innych nie mam. Dopóki nie zaczęłam przeglądać mieszkania pod kątem tego zdjęcia, nawet nie wiedziałam, że z kropkami tak u mnie krucho... :)


poniedziałek, 24 lutego 2014

Słodkości bez mleka, jajek i pszenicy

Niby banalne, ale prawdziwe, że potrzeba matką wynalazków. Obawiałam się początkowo, że na diecie bez krowiego mleka, białka jaja i pszenicy będzie wyjątkowo ciężko w kwestii słodkości. Fakt trzeba pokombinować, używać innych mąk niż pszenna, czasem mieszanek mąk w odpowiednich proporcjach. Muszę wiedzieć czym zastąpić masło, przecież jest olej czy oliwa. Już wiem, że konsystencję jaką daje jajko osiągnę np. bananem, startym siemieniem lnianym czy mąką ziemniaczaną. Powoli się uczę. Gdy robiłam po raz pierwszy dietetyczne naleśniki, to mleko krowie zastąpiłam kozim, mąkę pszenną kukurydzianą i gryczaną, gorzej było z konsystencją. Pierwszy naleśnik prawie zawsze nie wychodzi, ale mój był doprawdy do niczego, bo nie miał typowego, okrągłego kształtu, tylko składał się z kilkunastu małych kawałków, bo najnormalniej w świecie łobuz się porozrywał. Przepis na naleśniki muszę doszlifować :)

Ciasta bez powyższych składników to wyższa szkoła jazdy ( buszuję w sieci w poszukiwaniu receptur, a na całe szczęście jest ich masa), na razie osładzam sobie życie szybkimi i prostymi przepisami. Niedawno zrobiłam sobie lody, takie sorbetowe. Pokroiłam i zblenderowałam 2 banany, dodałam garść rozmrożonych jagód (dobrze mieć zamrożone owoce i raczyć się nimi o tej porze roku) i zamroziłam. Jadłam posypane obficie pokrojoną gorzką czekoladą. Pycha mówię Wam. Mam w planach lody o bardziej kremowej konsystencji z dodatkiem mleka kokosowego.


Kolejnym sprawdzonym i banalnie prostym deserem są galaretki z owocami. Akurat miałam w domu banana, więc ten owoc trafił pod nóż, następnie w szklankę. Potem jedynie pozostało mi zalać go tężejącą galaretką i do lodówki. Pozostało mi oczekiwanie na stężenie galaretki. Ten szybki deser można zrobić, gdy nie ma się siły ani ochoty na coś bardziej skomplikowanego, a smakowo zaspokoi słodkie zachcianki.


Wczoraj robiłam jabłka pod kruszonką, dzisiaj śliwki. Użyłam oleju słonecznikowego, mąki kukurydzianej i cukru pudru. Postanowiłam, że będę robiła "na oko", by opanować konsystencję. Rezultat był taki, że wczoraj dałam za mało oleju i była sypka, ale smaczna, dzisiaj było w sam raz i kruszona wyszła idealna. Jak dla mnie bomba, nie brakuje mi tu masła ani mąki pszennej. Jedynym minusem przepisu jest jego estetyka, bo nie da się ładnie nałożyć porcji na talerz, więc zaliczam je do takich dań codziennych, domowych, niekoniecznie gdy mamy gości i chcemy się popisać wyglądem.


Zawsze gdy brakuje mi miejsca w zamrażaczu i potrzebuję pilnie się czegoś pozbyć, a mam niewiele czasu na długie gotowanie, wyciągam owoce i robię kompot. Dzisiejszy powstał z mrożonych śliwek, malin i świeżych jabłek. Pyszne i zdrowe. Mało pracy, a jest smaczne i zdrowe. Od dłuższego czasu nie kupuję soków, tylko używam tych z piwnicy zrobionych przeze mnie czy mamę albo gotuję kompoty.


poniedziałek, 10 lutego 2014

Elizabeth Kostova, Łabędź i złodzieje oraz tęsknota za wiosną

Przeczytałam ostatnio Łabędzia i złodziei Elizabeth Kostovej. Książka to prezent świąteczny od przyjaciółki. Książkę oceniam na dobry z plusem. Moja opinia wynika z porównania tytułu z genialnym i wybitnym jak dla mnie Historykiem tej autorki. Łabędź i złodzieje opowiada historię pewnego malarza Roberta Oliviera, nie potrafiłam go polubić, więc ma to wpływ na moją ocenę. Natomiast sama fabuła jest ciekawa, podobało mi się zaskakujące zakończenie wyjaśniające tajemnicę tytułowego łabędzia, intryga ciekawie zarysowana. Książka przeznaczona do niespiesznej lektury, zawiera smaczki dla osób interesujących się malarstwem z naciskiem na impresjonizm ( który bardzo lubię). Kostova z powodzeniem zachwyca stylem, choć nie aż z taką wirtuozerią jak w Historyku, którego ostatnio kupiłam i wkrótce zaserwuję sobie ponowną lekturę.


Wreszcie dnie są coraz dłuższe i o godzinie 16 nie jest jeszcze ciemno za oknem. Powietrze już inaczej pachnie. Ostatnie dni były bardzo słoneczne, dzięki czemu miałam więcej energii. Dzisiaj było bardziej pochmurnie, na trochę tylko wyszło słońce zza chmur, ale przez ten moment niebo było naprawdę meganiebieskie. Mam nadzieję, że będzie już coraz mniej dni, gdy niebo zakryte jest grubą warstwą szarości i nie widać słońca.

Czekając cierpliwie na wiosnę i pierwsze kwiaty w ogrodzie cieszę oczy poniższymi fotografiami. Jestem ciekawa tulipanów, bo jesienią zasadziłam kilka całkiem nowych i ciekawych cebulek. Mam nadzieję, że nie zrobią mi psikusa i zakwitną.  

Aż mi się nie chce wierzyć, że kiedyś nie lubiłam tych kwiatów. Różnorodność dalii jest zadziwiająca i w kwestii kształtów płatków, wysokości roślin jak i kolorów. Moja mama sadzi je od lat i nazywa georginiami, moje babcie też je lubiły, ale u nich funkcjonowały pod nazwą organy.



Niezmiennie zadziwia mnie jak tak delikatna, piękna i pachnąca roślinka jak konwalia może być trująca, a jednak trzeba uważać, bo każda część tej rośliny jest niebezpieczna po zjedzeniu. Subtelność kwiatów konwalii mnie urzeka. Mam w ogrodzie kępę konwalii, ale jakoś średnio kwitną, może mają zbyt mało słońca.


Róże hodowane z sukcesem przez moich rodziców są piękne, choć niestety jako kwiaty cięte nie cieszą zbyt długo. Lubię przy okazji imprez na świeżym powietrzu robić z nich takie bukiety z małą świeczką tu i ówdzie. W ładnej misie są żywą ozdobą stołu.


Ten biały kwiat to bodajże kosmos, uchował się przed ścięcie. Po zakwitnięciu zachwycił i jego byt można uznać za bezpieczny :)


Nazwy fioletowego przystojniaka nie znam, ale kocham od lat kolor fioletowy, więc znalazł się we flakonie.

poniedziałek, 3 lutego 2014

Damska torebka na zewnątrz i od środka

Nadszedł czas na kolejny post z wyzwania fotograficznego na blogu we grochy. Drugi temat zdjęcia to TORBA i jej wnętrze. Świetny temat. Nasze torby, te większe, mniejsze i całkiem malutkie mają ciekawą, bliską nam i pełną praktycznych rzeczy osobowość. W końcu torebka to wielka przyjaciółka każdej kobiety. Od dobrych kilku lat moje torby były dinozaurami, naprawdę niemałe, oczywiście pełne samych potrzebnych przedmiotów i ciężkie. Niedawno doszłam do wniosku, że szkoda mojego kręgosłupa i warto ograniczyć zawartość do absolutnego minimum. Warunkiem tej przemiany był zakup mniejszej torebki, bo mając dużą nie potrafię nosić w niej niewiele. Łatwo nie było, bo jak wiadomo w sklepach wybór jest niemały, ale jak już szuka się czegoś dla siebie, to trzeba się nachodzić. Udało się i od dobrych kilku miesięcy mam torbę może nie najmniejszą, ale niewielką. Czasem nie mieszczę się ze wszystkim, więc zabieram materiałową torbę zakupową i w niej lądują przede wszystkim książki czy jedzenie do pracy. 
Planowałam zrobić zdjęcie przy świetle zastanym, ale jak wracam z pracy, to jest zbyt ciemno albo zapominam. Postanowiłam, że fotografuję dzisiaj i koniec, bo potem nie wyrobię się w zaplanowanym terminie. Zdjęcie robione po 21:00 przy sztucznym świetle. Fotografia bardziej prawdziwa być nie mogła, to realny zapis tego, co noszę w torebce.
Mój torebkowy niezbędnik to portfel, telefon, krem do rąk, błyszczyk do ust, lusterko, szczotka do włosów, tabletki przeciwbólowe, chusteczki higieniczne, różaniec, kalendarz, długopis, klucze i książka.
A sama torebka, dźwigająca powyższe skarby wygląda tak:
 

wtorek, 21 stycznia 2014

Kate Morton - tym razem będę ganić

Jeszcze do niedawna określałam Kate Morton jako moją ulubioną pisarkę. Twierdziłam to na podstawie lektury dwóch fenomenalnych książek. Obie i Milczący zamek i Zapomniany ogród mnie urzekły. Zachwycałam się słownictwem, fabułą, atmosferą książki. W dwóch tytułach teraźniejszość przeplata się z przeszłością, jednak to w opisywaniu przeszłości Morton jest mistrzynią. Umiejętnie opisuje historie toczące się w XIX wieku i na początku XX i naprawdę robi to świetnie. Plastyczne opisy i niezwykły styl podziwiałam co kilka stron i częściej.  Milczący zamek przeczytałam dwukrotnie, Zapomniany ogród też, bo to świetne książki. Jesienią zdobyłam dwie książki tej autorki, jej debiut czyli Dom w Riverton oraz pachnącego świeżością Strażnika tajemnic. Cieszyłam się jak dziecko z zakupu i niecierpliwiłam się na lekturę.


Niestety jedna i druga książka mnie zawiodła, znudziła, męczyłam się, by doczytać je do końca. W ogóle nie czułam tego czaru, który tak mnie urzekł w pozostałych jej książkach. Nie było tej magii, nie czułam nawet jej śladu. Książki przeczytałam jeszcze w 2013, ale nie miałam ochoty ich recenzować, tak się zniechęciłam. Jednak po przemyśleniu, postanowiłam napisać co sądzę na ich temat, może komuś przyda się i negatywna opinia, by przemyśleć ewentualny zakup. Mnie żal każdej złotówki wydanej na te książki.

W Domu w Riverton irytowała mnie już sama główna bohaterka, Grace, dla której służenie swej pani jest sensem życia i która przedkłada trwanie przy bogatej i nie doceniającej tego Hannah nad własne życie osobiste, które miało szansę się ułożyć, gdyby odeszła z pracy i rozpoczęła wspólne życie z mężczyzną, ale nie opieka nad Hannah jest ważniejsza. Pracodawczyni oczywiście tego nie docenia i nie ma pojęcia o poświęceniach dla niej w wykonaniu służącej. Naiwność i głupota Grace bardzo mnie denerwowały. Wielka tajemnica, która z z czasem wychodzi na jaw, że służąca Grace i Hannah są przyrodnimi siostrami nie robi wrażenia na czytelniku, bo i słabo jest wykorzystany ten pomysł. Współczesny wątek próby wyjaśnienia śmierci pewnego poety i niby "wstrząsającej tajemnicy" jak opisano z tyłu okładki nie są ani wstrząsające ani tajemnicze. Żadna z postaci nie wzbudziła mojej sympatii, żadnej nie kibicowałam, z żadną się nie zżyłam.

Strażnik tajemnic ma szumny tytuł, ale treść zawodzi już od pierwszych stron. Tutaj szybciej powiało nudą niż w powyższej książce. Już od pierwszych stron szału nie było.Niewiele pamiętam z fabuły, bo i nie warto. Zawiodłam się po raz drugi na Kate Morton. Nie moja bajka i tyle. Żadna tajemnica z tym niewyjaśnionym morderstwem sprzed lat, może i było trochę zaskakujące "kto" i "dlaczego", ale całe to "pomiędzy" "kto" i "dlaczego" czyli cała książka była dla mnie zwykłą stratą czasu. Nieciekawe postaci, nieintrygująca fabuła, brak czaru w słowach, ogólnie akcja ciągnie się jak przysłowiowe flaki z olejem.

Szczegółowej recenzji nie będzie, bo książki przeczytałam jesienią, dlatego opisuję bardziej odczucia i moją ogólną opinię. Obie książki są słabe, nudne, niewarte czytania, niewarte zakupu. Taka jest moja subiektywna opinia. Kate Morton nie jest już jedną z moich ulubionych autorek, ale jej Milczący zamek i Zapomniany ogród są nadal jednymi z moich ulubionych książek.

wtorek, 14 stycznia 2014

Wyzwanie fotograficzne

Pierwszy raz biorę udział w wyzwaniu fotograficznym. Organizatorką wyzwania jest autorka bloga we grochy. Spodobał mi się bardzo temat pierwszego zdjęcia czyli HERBATA. Długo nie mogłam się zdecydować co dokładnie ma się na nim znaleźć, więc okazało się, że jest na nim całe mnóstwo rzeczy. Herbata dla mnie to przede wszystkim czarna sypana lub torebkowa, zwykła lub kultowy Earl Grey, z przeróżnymi dodatkami np. cytryną, pomarańczą i goździkami, sokiem, startym na tarce imbirem, miętą, melisą. Słodzę białym lub brązowym cukrem, a często miodem szczególnie o tej porze roku. Ważna kwestia to temperatura, lubię gorącą lub mocno ciepłą, nie przepadam za chłodną, źle wtedy smakuje. Herbatę najczęściej pijam w szklankach, mam specjalne w rozmiarze XXL :) Czasami w filiżankach, przy specjalnej okazji lub by poprawić sobie humor. Prawie zawsze parzę ją w dzbanku pod przykryciem. Minusem szklanych dzbanków jest ich kruchość. Obecny na zdjęciu czerwony zauważyłam dziś, że mi pękł, więc pora na wyprawę po nowy, niezbędny sprzęt.


I baner wyzwania.

czwartek, 9 stycznia 2014

Śniadanie bez zwykłego mleka

Ze względów zdrowotnych postanowiłam przejść na dietę. Okazało się, że krowie mleko, pszenica i białko kurze mi szkodzi. Od nowa będę uczyła się gotowania, pieczenia, zwracania uwagi na skład. W dobie internetu, blogów i portali kulinarnych nie jest to trudne, bo właściwie i chleb i ciasto na pierogi czy drożdżowe można upiec bez mąki pszennej czy jajek. A jaka jest różnorodność samych mąk i mlek. Roślinne mleko nie jest tak smaczne jak krowie, ale czego nie robi się dla zdrowia. Gdy piłam kawę z mlekiem ryżowym po raz pierwszy, to męczyłam każdy łyk, teraz po kilkunastu filiżankach zaczynam się przyzwyczajać. Ciekawe które mleko zasmakuje mi najbardziej. Obstawiam że kokosowe, ale wyjdzie w praniu. Muszę uzupełnić braki w temacie dietetyki, zawartości poszczególnych składników odżywczych. Na razie jestem jeszcze bardzo słaba w tej tematyce, ale wkrótce to nadrobię.



Składniki dzisiejszego śniadania:

garść płatków kukurydzianych
ziarna słonecznika
kilka pokrojonych orzechów nerkowca
kilka pokrojonych suszonych śliwek
odrobina mleka ryżowego

Dałam tylko trochę mleka, bo oswajam się z jego smakiem i nie mogę powiedzieć, że jestem jego fanką. Z uwagi na niewielką ilość mleka, jego smak był niewyczuwalny. Byłam mile zaskoczona idealną harmonią smaków nerkowców, słonecznika, śliwek i płatków. Bardzo smaczne i co ważne pożywne śniadanie. Słoneczniki uzupełniły mi wapń, którego brak w mleku pochodzenia roślinnego.

wtorek, 31 grudnia 2013

Boże Narodzenie w moim obiektywie

Tegoroczne święta minęły mi w miłej, rodzinnej atmosferze, przeżyłam je także duchowo z czego się cieszę. Mimo zmęczenia i zaspania udało mi się być na pasterce. Pod kątem kulinarnym wiele było tradycji, przede wszystkim w wieczór wigilijny, ale pojawiły się i udane nowości jak np. rozpływająca się w ustach wołowina po burgundzku. Wybrałam wersję duszenia, a nie pieczenia tej świetnej potrawy. Kto nie zna jeszcze smaku tak przyrządzonej wołowiny, niech spróbuje, nie pożałuje. Na lodówce uchowały się jeszcze listy potraw :) Potrawy były przygotowywane przez cztery osoby, więc nie było nawału pracy.



Piernik staropolski już po raz drugi towarzyszył mi w święta. Upiekłam go jeszcze w sobotę, po czym w poniedziałek przełożyłam. Długo nie mogłam się zdecydować czym go przełożyć. Ostatecznie zdecydowałam się na połączenie domowego dżemu z czarnej porzeczki wymieszanego z tężejącą galaretką. Smak tego owocu świetnie kontrastował z piernikiem. Ciasto wyszło twarde, więc niezbędne było zamknięcie go w pojemniku z kawałkiem jabłka, dzięki czemu idealnie zmiękł.




W Internecie znalazłam wiele pomysłów na świąteczne nalewki, które mnie zaintrygowały. Eksperymentowałam z przepisem z bloga pistachio. Zamiast wódki dałam wodę i spirytus, zmniejszyłam ilość cynamonu, nie rozpuszczałam miodu, bo się spieszyłam. Zrobiłam ją wg następujących proporcji:

1 szkl. przegotowanej wody
2 szkl. spirytusu
niecała szklanka miodu ( dałam ulubionego gryczanego)
pół laski wanilii
pół laski cukru waniliowego
2 cytryny
goździki
Cytryny sparzyłam wrzątkiem, pokroiłam w cienkie paski ( nie obierałam skórki). Miód wymieszałam z wodą. Wszystkie składniki trafiły do słoika. Codziennie potrząsałam słoikiem. Po raz pierwszy spróbowałam nalewki szóstego dnia, była smaczna, ale to jeszcze nie było to. Dziewiątego dnia była już bardzo smaczna.


W moim domu rodzinnym czasem był choinka żywa, czasem sztuczna.  Od kiedy jestem mężatką, kupuję żywą. W tym roku po raz pierwszy jest w doniczce. Ciekawe czy się przyjmie, gdy ją zasadzę. Byłoby fajnie. Mogłabym w przyszłym roku znowu ją ubrać. Wybór padł na jodłę, która nie zrzuca igieł, co jest idealnym rozwiązaniem, bo rzeczywiście jest czysto i nie muszę się martwić, że pies połknie mi igłę i zrobi sobie krzywdę.



Choinka jest bardzo ważnym atrybutem Bożego Narodzenia, ale lubię mieć ozdobione każde pomieszczenie świątecznymi akcentami. Mała szopka stoi w salonie w widocznym miejscu, bombki wiszą i w kuchni i pod żyrandolem. Światełka są nie tylko na choince, ale i na karniszu w sypialni i wielkim słoju w salonie. Pomysł włożenia lampek do słoja widziałam już wielokrotnie w prasie wnętrzarskiej jaki i w Internecie, w tym roku wreszcie i mnie udało się zrealizować to genialne rozwiązanie.





Już po raz drugi przed świętami wzięłam kilka dni urlopu, chcę by to się stało tradycją. Takie dni wolne dają możliwość spokojnego przygotowania do świąt, bez pośpiechu i stresu. Zdążyłam posprzątać ( choć nie gruntownie), upiec pierniki, ugotować wszystko, wyspowiadać się. Nie zostawiłam kupowania prezentów na ostatnią chwilę, więc ominęły mnie gigantyczne kolejki. Lekturami towarzyszącymi mi przed Bożym Narodzeniem były Natalie Olgi Rudnickiej. Oba tomy. Miło było wrócić raz jeszcze do tych historii, któe jeszcze nieraz przeczytam. 


Dzisiaj skończyłam czytać Strajk w Boże Narodzenie Sheili Roberts. Książka świetna, idealna na ten okres roku. Kupiłam ją prawie rok temu, ale chciałam przeczytać w okolicy świąt. Główne bohaterki postanawiają zastrajkować i nie uczestniczyć w przygotowaniach do Bożego Narodzenia, a wszystkimi obowiązkami postanawiają obarczyć swych mężów. Perypetie zarówno zbuntowanych kobiet jak i zarzuconych obowiązkami mężczyzn są bardzo ciekawe, momentami zabawne, kiedy indziej dają do myślenia. Podoba mi się, że autorka nie zapomniała o religijnym aspekcie świąt, bo jest wspomnienie i o spowiedzi, co jest rzadkim dzisiaj i niepopularnym motywem, plus dla Sheili Roberts. Książka lekka, sympatyczna, ale z mądrym przesłaniem dla obu płci, bo mimo że to kobiety strajkują, to nie ma wydźwięku feministycznego. Zdecydowanie polecam.