.

.

niedziela, 12 października 2014

Jesienne migawki

Tegoroczna jesień nas rozpieszcza, szczególnie ostatnie dni. Jest ciepło, słonecznie, kolorowo, bo liście już zmieniają kolor i robi się coraz bardziej szeleszcząco pod stopami, co bardzo lubię. Poranki oczywiście są chłodniejsze, więc wychodząc rano z domu, otulam się apaszkami, nakładam kurtkę lub płaszcz, kilka razy zdarzyło mi się też nałożyć rękawiczki. Potem w ciągu dnia jest już przyjemnie i spokojnie można wracać w samym swetrze czy bluzce. Mam ostatnio sporo na głowie i zapomniałam jak piękny czas roku teraz mamy. Warto choć trochę, na miarę możliwości, go celebrować i cieszyć się darami jesieni, zanim niebo zasnuje gęsta, stalowa powłoka i zaczną z niego spadać krople, coraz większe i coraz szybciej. Wtedy też jest miło, ale dopiero gdy jest się w ciepłym pomieszczeniu, a zmarznięte uprzednio dłonie są rozgrzane, a przemoczone stopy wysuszone. Kto nie ma kaloszy, proponuję odhaczyć ten zakup. A teraz delektuję się piękną, polską, złotą jesienią.
 
 
Zajadam się orzechami laskowymi, które teraz smakują inaczej, są bardziej wilgotne i miękkie, najlepsze po prostu. Jak tylko kończy się zapas, wybieram się na targ po kolejne.
 
 
Świetne pomarańczowe wszechstronne w kuchni warzywo, które można przyrządzić i na słono i na słodko. Preferuję zupy dyniowe na słono, ale moja babcia robiła fenomenalną zupę na słodko z tak zwanymi kluskami rwanymi, to dopiero było mistrzostwo. Polecam też placki dyniowe, które robi się identycznie jak ziemniaczane, tylko zamiast ziemniaków dajemy dynię. Smaczna jest także marynowana. A moja mama robi fenomenalne gęste soki dyniowo-pomarańczowe, dyniowo-żurawinowe, dyniowo-śliwkowe, dyniowo-jabłkowe. Soki są o niebo lepsze od tych kupnych. Ciasta z dynią jeszcze nie jadłam, ale mam w planach.
 



Październikowy przegląd ulubionej prasy. Przyznam, że od pewnego czasu nie oglądam wiadomości, nie czytam prasy ani portali, gdzie opisywane są bieżące wydarzenia (czytaj kroniki zdarzeń i wypadków oraz subiektywnie przedstawiane wydarzenia) i jestem dzięki temu spokojniejsza i szczęśliwsza.
 
 
Nie mogę się napatrzeć na różnorodność kolorowych liści. Jest ich tak wiele, że można by fotografować i fotografować, bo prawie każdy przyciąga uwagę.
 
 
Trujący i niejadalny, ale jaki fotogeniczny.
 
 
Jesienne światło jest wyjątkowe. Bardzo lubię przy nim fotografować, zdjęcia wychodzą niezwykłe, tylko o tej porze roku jest takie światło.
 
 
Niby taki typowy widok - drzewo pokryte masą żółtych liści - ale nie potrafię przejść obojętnie :)
 
 
Na koniec to co bardzo lubię czyli dywany kolorowych i szeleszczących liści. Od dziecka tak mam, że lubię szurać stopami, gdy idę takim miejscem. Im głośniejszy szelest, tym lepiej. Im grubsza warstwa liści, a one bardziej suche, tym lepiej.

sobota, 4 października 2014

Szybki, prosty i smaczny deser z jesiennych malin

Mam na działce kilka krzaczków jesiennych malin, to niewiele, ale wystarcza, by sobie poskubać świeżych, by pomrozić na zimę, by czasem coś przyrządzić. Wczoraj zebrałam pełne kilogramowe wiadereczko po śmietanie. Miałam ochotę na dobry deser, ale taki pochłaniający niewiele czasu. Musiałam jedynie skoczyć do sklepu po śmietanę i zabrałam się do działania. Na dno szklanek poszły pokruszone biszkopciki, nie chciałam by były suche, więc skropiłam je nalewką truskawkową. Na to warstwa świeżych malin, następnie bita śmietana 30% z odrobiną cukru. Na sam wierzch tarta gorzka czekolada. Do tej pory ścierałam czekoladę na tarce, co było uciążliwe, bo sporo rozpuszczało się w trakcie i miałam brudne ręce. Wczoraj potraktowałam czekoladę obieraczką do warzyw - świetny sposób, polecam, podpatrzyłam to w jakimś programie kulinarnym. Mniej wysiłku, a lepsze efekty. Wracając do deseru wyszedł zaskakująco smaczny. Połączenie biszkopcików z nalewką, smaku mało słodkich malin i bitej śmietany ze znikomą ilością cukru oraz gorzkiej czekolady okazało się naprawdę mocne, deser zachwycił nawet osoby na ogół stroniące od słodkości.
 
 
Białko i mąka pszenna w biszkopcikach oraz śmietana nie powinny się pojawiać w mojej diecie ze względów zdrowotnych, ale małe szaleństwo od czasu do czasu nikomu nie zaszkodzi. Dla smaku takiego deseru warto się złamać.
 
 
 

niedziela, 21 września 2014

Wyśmienity pulled pork

O tym daniu przeczytałam przypadkiem, gdy przeglądałam blog chillibite. Przepis mnie zaintrygował, skopiowałam go sobie i zapisałam w wirtualnym spisie potraw do przetestowania. Na jakiś czas o nim zapomniałam, ale ostatnio znowu zaczął mi chodzić po głowie. Lubię celebrować niedzielne śniadania, więc postanowiłam poeksperymentować. Mąż kupił 1,5 kilogramowy kawał łopatki i zabrałam się za przygotowania. Bazowałam na przepisie z powyższego bloga, ale dałam inne przyprawy, podaję wersję zmienioną.
 
PULLED PORK
 
1,5 kg łopatki
 
Zalewa:
2 litry wody
130 g soli ( dałam część morskiej, a resztę zwykłej)
50 g brązowego cukru
1 łyżeczka wędzonej papryki
pieprz czarny mielony
pieprz ziołowy
3 liście laurowe
1łyżeczka suszonej bazylii.
 
Składniki zalewy wymieszać, ja lekko ją podgrzałam, by aromaty stały się silniejsze. W przestudzoną zalewę włożyłam mięso i odstawiłam do lodówki na 4 godziny. Powinno się dłużej macerować, ale u mnie nie udało się inaczej. Po wyjęciu z marynaty posmarowałam emaliowany pojemnik olejem rzepakowym, mięso osuszyłam i obsypałam przyprawami: solą, pieprzem czarnym i ziołowym, kurkumą, papryką wędzoną, czosnkiem i bazylią. Przykryłam i wstawiłam do nagrzanego do 100 stopni piekarnika na funkcję z termoobiegiem. Mięso wstawiłam do piekarnika o 22:00,  nastawiłam sobie budzik na 6:00 i poszłam spać. Wstałam, nakarmiłam i wyprowadziłam psa i podkręciłam piekarnik do 130 stopni. Po godzinie pieczenia w tej temperaturze, zdjęłam pokrywę i trzymałam mięso jeszcze około 40 minut, a w połowie tego czasu obróciłam łopatkę. Po wyciagnięciu mięso odpoczywało 20 minut, dłużej nie wytrzymała, bo byłam za bardzo głodna. Przed podaniem mięso zostało "wyczesane" czyli widelcem podzielone na małe kawałki. Podane z żytnim pieczywem, masłem/majonezem i korniszonem.
 
 
Mięso wyszło obłędnie pyszne. Rozpływało się w ustach, było bardzo aromatyczne i po prostu perfekcyjne. Kanapki wyjątkowe, dawno nie jadłam tak świetnych. Pulled pork wprowadzam do mojego menu, ale z powodów ekonomicznych często nie będę go robiła. W takich momentach żałuję, że nie mam piekarnika na gaz, bo jednak jest tańszy niż prąd... Przepis będzie na moim stole szykowany na wyjątkowe okazje. Najfajniejsze jest to, że mięso się piecze, gdy ja śpię :) Wspaniała sprawa.
 
 
 

czwartek, 18 września 2014

Nigdy nie mów nigdy czyli podejście drugie

W ubiegłym roku pisałam, że po raz pierwszy i ostatni zrobiłam suszone pomidory. Po godzinach spędzonych w kuchni przy upalnej pogodzie, bo było to w sierpniu zniechęciłam się do tej czynności. Jednak już po otwarciu pierwszego słoika i spróbowania tak przyrządzonego warzywa, zauroczył mnie ten smak. Mieszanki oleju z oliwą użyłam zamiast masła, do tego plasterki kiełbasy i na wierzch pomidor. Pyszota. Kto nie jadł suszonego pomidora, niech spróbuje, bo ciężko opisać ten smak, kto jadł wie, co piszę. Aromat oleju przesyconego smakiem i zapachem pomidora i ziół jest wyjątkowy. Ostatni słoiczek w zeszłego roku spałaszowali rodzice kilka dni temu, próbowali go po raz pierwszy i chcieli jeszcze :) Smak czerwonego mięsistego warzywa jest głęboki, idealny do kanapek czy past. Mimo czasu potrzebnego do wykonania akcji suszenia, skusiłam się po raz drugi i zrobiłam wczoraj 7 małych słoiczków. Taka ilość wychodzi z 2 kg pomidorów. Użyłam odmiany Lima, która ma niewiele miąższu. Została mi jeszcze połowa do suszenia.
 
 
SUSZONE POMIDORY
 
2 kg pomidorów odmiany, która ma mało miąższu
sól
pieprz
suszona bazylia, oregano i rozmaryn
świeża bazylia, tymianek i majeranek
2 łyżeczki octu winnego
oliwa i olej w proporcjach 1:1
 
Warzywa pokroić w ćwiartki, łyżką wydrążyć miąższ ( można go spożytkować na przecier, dodać do obiadu). Pomidory poukładać na wyłożonej na papierze do pieczenia blasze ( jeden obok drugiego, ale nie warstwowo bo nie wyschną), posypać solą i włożyć do nagrzanego do 100 stopni piekarnika, który powinien być lekko uchylony. W tej temperaturze suszymy 4-5 godzin, ale w trakcie trzeba zaglądać, by się nie spaliły. Chodzi o to, by brzegi były ładnie pomarszczone, środek podsuszony, ale jędrny, mają wyjść nie chipsy, ale pomidory. Kto suszy pomidory po raz pierwszy warto poszperać w sieci i poprzeglądać jak wyglądają idealnie wysuszone pomidory. Gotowe i przestudzone warzywa wkładamy do wyparzonych słoików, skrapiamy octem, dodajemy zioła ( oczywiście dowolne, wybieramy co lubimy, ja tak zrobiłam). Olej i oliwę wlewamy do jednego garnka, podgrzewamy, wlewamy do słoików. Zakręcamy i na przynajmniej godzinę odwracamy do góry nogami, by złapały. Etap podgrzewania sprawił mi pewne problemy, bo nie wiedziałam, kiedy będzie gotowe. Tutaj istotne jest by tłuszcz był mocno ciepły, ale nie gorący, bo inaczej zioła i pomidory się usmażą, a nie mają się smażyć, tylko tłuszcz ma je zakonserwować. Proponuję ostrożnie sprawdzać ręką powietrze nad olejem i próbować zalewać słoiki, gdy usłyszy się skwierczenie jak przy smażeniu, natychmiast przerwać, poczekać aż chwilę przestygnie i kontynuować. Ten etap trzeba poćwiczyć, bo ciężko go opisać.
 
Mam pomysł, by kupić słoiczek suszonych pomidorów i otworzyć własne i porównać smak. Ciekawe jaka i czy będzie różnica.
 
Poniżej, razem z wrzosem, pozuje do zdjęcia prezent od siostry. Te najnowsze zdobycze książkowe to dwa tomy Heleny Mniszkówny i kontynuacja czyli trzy tomy Anny Rohóczanki. Znam Trędowatą z filmu i kiedyś raz czytałam, ale chętnie sobie odświeżę i przeczytam o dalszych losach bohaterów. Kolejnych czterech tomów nie znam, więc jestem ciekawa rozwoju akcji.
 
 
Wydania są stare, ale to potęguje urok tych tomów. Raczej nie będą długo czekały na lekturę. Kolejność czytania od najniżej do najwyżej położonej książki.
 
 
Pisałam ostatnio za co lubię jesień, zapomniałam wtedy wspomnieć o wrzosach. Są piękne, takie eteryczne i w dodatku fioletowe, a mam słabość do tego koloru. Świetnie wyglądają na kuchennym parapecie obok najstarszego z moich storczyków. I osłonki mi się przydały, dłuższy czas leżały bezużytecznie po ostatnim przesadzaniu storczyków, gdy okazały się za małe do nowych doniczek.
 
 
Moje okazy mają jeszcze nie całkiem rozwinięte kwiaty, czekam na końcowy efekt :)
 
 

poniedziałek, 8 września 2014

Pomidorowy zawrót głowy

Efekty ostatnich zakupów na lubelskim targu. Przydał się gigantyczny garnek pożyczony od mamy, bo moje są za małe. Przygotowałam domowy ketchup i przecier. Oba po raz pierwszy. Ketchup jest w słoiku po lewej. Przewertowałam blogi kulinarne w poszukiwaniu przepisów, nie skorzystałam z żadnego od początku do końca, wzięłam z kilku receptur parę elementów, wybrałam to, co miałam w domu i powstały dwa naprawdę smaczne przepisy.

PRZECIER POMIDOROWY
 
pomidory - użyłam około 11 kg
7 łyżek soli
 
Za radą koleżanki nie bawiłam się w obieranie pomidorów ze skórki, ziarenka też zostały, bo w przecierze mi nie przeszkadzają. Umyte i pokrojone w ćwiartki warzywa, wrzucałam do maszynki do mięsa, która na miał rozdrobniła skórki i miąższ. Następnie do duuużego gara, zagotowałam i odparowywały przez około 5 godzin. Następnie gorący przecier został przelany do gorących słoików, następnie pasteryzowany w piekarniku przez 15 minut.

Zimą będzie idealną bazą do sosów i zup. Najważniejsze, że bez żadnej zbędnej chemii. Esencja pomidorowatości pomidora.

   
DOMOWY KETCHUP
 
4 kg pomidorów
3 czerwone papryki
3 czerwone cebule
4 jabłka
kilkanaście śliwek
kawałek dyni
kilka łyżek soli
kilka łyżek cukru
niecałe pół szklanki octu jabłkowego pół na pół z winnym
czarny pieprz świeżo mielony
pieprz ziołowy
suszona bazylia
 
Warzywa i owoce zostały przepuszczone przez maszynkę do mięsa. Pomidory zostały przetarte przez sito, to był najtrudniejszy i najbardziej żmudny etap.  Cała masa od zagotowania pyrkotała na małym ogniu przez prawie 5 godzin. Na koniec ketchup trafił do małych gorących słoików i pasteryzowałam go jeszcze przez niecały kwadrans. Smakowo wyszło coś między czatnejem a ketchupem. Jest inny niż sklepowy, ma więcej warzyw, więc inaczej smakuje, ale jest pyszny. Planuję robić go częściej, bo naprawdę warto. Oprócz przecierania przez sito wykonanie jest proste. To jest najgorszy etap, więc wtedy potrzebna jest cierpliwość albo ktoś posiadający tę cnotę do pomocy.

piątek, 5 września 2014

Dlaczego jesień jest fajna?

Ostatnie dni sierpnia dały mi przedsmak jesieni. Chłodno, pochmurnie, przelotne deszcze. Kalosze nawet się przydały i to nie raz. Lato jest moim najukochańszym okresem, ale w sumie lubię wszystkie pory roku ( choć zima wyjątkowo potrafi dać w kość). Jesień cenię za kasztany, kolorowe liście na drzewach, a potem gdy są suche i szeleszczą pod stopami, przepyszne śliwki, wielkie dynie, świeże orzechy włoskie i laskowe, aromatyczną pigwę, winogron z ogrodu, spacery po lesie i rodzinne zbieranie grzybów ( zbierać lubię, choć jeść już niekoniecznie, odpowiada mi smak duszonych kominków, sfotografowanych poniżej, i marynowanych grzybów, za suszonymi nie przepadam).
 
 
Podczas sierpniowych dni towarzyszył mi Historyk Elizabeth Costovej. Książkę przeczytałam po raz drugi i nadal uważam, że jest fenomenalna a najnowsze książki o wampirach do pięt jej nie dorastają. Kostowa jest mistrzynią w tworzeniu mrocznej atmosfery, zagmatwania akcji i intrygowania czytelnika tym, co będzie dalej. Teraz zaczęłam lekturę Makatki Katarzyny Grocholi i Doroty Szelągowskiej. Grochola to jedna z moich ulubionych pisarek, która jak mało kto potrafi poprawić mi humor, a Szelągowska ma świetne programy o wnętrzach na DOMO+. Książka to zbiór felietonów matki i córki, ciekawie się zaczyna. Pierwotny tytuł brzmiał Warkocze z pępowiny... :) Dobrze że ostatecznie wygrał tytuł Makatka.
 
 
Z dzisiejszej wyprawy na targ przytargałam 15 kilogramów pomidorów. Oczywiście sama tego nie dźwigałam, nie dałabym rady. W życiu jeszcze nie kupiłam na raz tyle tych warzyw. Owoce tego zakupu wkrótce na blogu, dzisiaj nie są jeszcze gotowe, a ja jestem zbyt zmęczona. Dały mi w kość. Taką ilość nie jest łatwo przerobić.
 
 
  

niedziela, 24 sierpnia 2014

Uratowane przed śmietnikiem

Dosłownie i w ostatniej prawie chwili. Podczas porannej kawy tata mnie zapytał czy nie chciałabym starych szklanych talerzyków. Okazało się, że rodzice już jakiś czas temu przywieźli je z działki na wsi, gdzie kiedyś mieszkała ciocia. Talerzyki swoje odstały, mamie nie przypadły do gustu, tym bardziej, że ma sporo tego typu rzeczy i przeznaczyła je do wyrzucenia podczas ostatnich porządków piwnicy. Tata je znalazł i pomyślał, że najpierw mi je pokaże i dopiero potem ewentualnie wyrzuci. Talerzyki mi się bardzo spodobały mimo warstwy kurzu i brudu. Mają ładny, unikatowy dzisiaj kształt. Oczywiście przygarnęłam te maluchy. Na pewno się przydadzą. Są idealne i jako talerzyk na ciasto i jako spodek pod szklankę bądź filiżankę.
 
 
W tle dalie z pasją hodowane przez moją mamę, która nazywa je georginiami, a babcia ( mama mamy), która też kochała te kwiaty, zwała je organami.
 
Talerzyki leżały zapomniane kilkadziesiąt lat, ciocia trzymała je nieużywane, zachowały się nawet oryginalne naklejki. Ciekawe ile mogą mieć lat. Cieszę się, że udało mi się dostać takie stare, ładne i polskie talerzyki.
 
 
Akcja dezynfekcja i czyszczenie w toku. Tradycyjnie pomógł sprawdzony, polski płyn do mycia naczyń w białej butli. Kupuję go od lat i jeszcze się nie zawiodłam. Nie kuszą mnie żadne reklamy, jestem wierna tej dobrej jakościowo i polskiej marce.
 
 
Czyste mogą już trafić do kuchennej szafki.
 
 

piątek, 22 sierpnia 2014

Wilkie Collins, Kobieta w bieli

Lektura sprzed prawie dwóch miesięcy. Książka została wydana w 1860 roku. W Polsce przetłumaczono ją 100 lat później. Mój egzemplarz pochodzi z 1988 roku czyli ma lat niewiele mniej niż ja :)  Tytuł ma ponad 600 stron, ale to i tak za mało. Książka jest wyjątkowa. Po pierwsze język tak różny od współczesnego, bez żadnych wulgaryzmów, bardzo dobrze się czytało. Atmosfera książka jest umiejętnie zagęszczana, czytelnik zagłębia się coraz bardziej i bardziej w rozwój akcji. Kobieta w bieli to jedna z najstarszych angielskich powieści kryminalnych, mimo że to początki gatunku, to książka jest świetnym kryminałem w dobrym stylu. Zdecydowanie polecam, szczególnie jako odskocznię od literatury najnowszej. Podoba mi się, że książka nie ma przewidywalnego zakończenia, wręcz odwrotnie. Ważnym wątkiem tej powieści jest też miłość, ale opisana ciekawie, nietuzinkowo, nie jest spłycana jak w wielu dzisiejszych książkach i filmach. Tom upolowałam na allegro i przyznam, że to jeden z moich najlepszych książkowych zakupów. Na pewno do niej wrócę.
 
 
Podczas zakupów ogrodniczych na targu natrafiłam przypadkiem na astra alpejskiego, który mnie zauroczył i zachwycił kolorem i delikatnością kwiatów. Nie mogłam go nie kupić. Jako roślina wieloletnia wkrótce wyląduje w ogrodzie, na razie rośnie sobie na moim balkonie. Szkoda że tak krótko kwitnie, ale czyni to tak słodko, że bardzo go polubiłam.
 

 
 

sobota, 16 sierpnia 2014

Święto i Jarmark Jagielloński w Lublinie

15 sierpnia to święto Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny oraz święto Wojska Polskiego. Dzisiaj w kościołach święcone są zioła i kwiaty. To starty i piękny zwyczaj wart kultywowania. I w kościele na i na mieście widziałam sporo takich bukietów.

 
 
Figurę Matki Boskiej dostałam na osiemnaste urodziny. Na co dzień stoi na półce z książkami, a podczas burzy wystawiam ją na parapet...

 
 
Ten naturalny i piękny w swej prostocie bukiet to nie moje dzieło, ale bardzo mi się podoba, więc go zasuszę i znajdzie miejsce pewnie w mojej kuchni.


Powyżej obiekt mojego pożądania, ale w rzeczywistości kolor jest taki z odrobiną niebieskiego, czego nie widać, bo fotografowałam w nocy przy sztucznym świetle. Poszukiwałam takiego przedmiotu od dawna, ale a to cena za wysoka albo wygląd czy kolor nie taki. Dzisiaj znalazłam idealny, uroczy wizualnie i przystępny cenowo. Wreszcie mam idealny przybornik kuchenny. Znalazłam go na lubelskim Jarmarku Jagiellońskim i oczywiście od razu po powrocie znalazł swoje stałe miejsce na blacie kuchennym. Na jarmarku tradycyjnie były tłumy ludzi i wielu wystawców, było na co patrzeć. Kupiłam tak dzisiaj kilka świetnych rzeczy, o czym poniżej.


Oczywiście nie mogłam nie uzupełnić zapasu drewnianych łopatek i łych kuchennych niezbędnych podczas gotowania. Prosta sprawa, że wybrałam te pozytywne, uśmiechnięte od ucha do ucha. Na razie wskoczyły do szuflady i czekają na swoją kolej.


Mała rzecz, a cieszy :) Pewien czas temu rozpoczęłam zbieranie magnesów. Ten jest drewniany i przyjechał dla mnie z Litwy. Nie mogłam się powstrzymać przed zakupem. Jest słodki i ma dobry, gruby magnes z tyłu, więc ma dobrą przyczepność i możliwość przytrzymania nie tylko małej kartki.


Na koniec kulinarny smaczek - Żubrowiec czyli wędzony boczek, cebula, czosnek, jabłka śliwki, przyprawy i wódka Żubrówka. W pierwszej chwili myślałam, że to smalec, a smalcu nie lubię jeść na kanapce, tylko używam go do smażenia. Natomiast ten produkt smakuje świetnie, idealnie skomponowane smaki i zapachy perfekcyjnie pasują do chleba. Kto nie próbował, niech żałuje. Mam w planie wyprodukowanie tej pyszności w domu, nie wiem czy mi się uda, ale będę próbowała.

czwartek, 7 sierpnia 2014

Urlopowo

Pierwotnie miała być Grecja, wygrała Polska. Potem w planach były Tatry lub Bieszczady, ostatecznie wybrany został Bałtyk. Pogoda była grecka, bo przez całe 9 dni królował upał. Deszcz jedynie dwa razy krótko pokropił. Temperatura wody w Gdańsku była przyjemna, jednak dalej na zachód była zimna. Początkowo ciężko było wejść do wody, ale z biegiem czasu to się zmieniło.


Kiedyś wolałam góry, teraz to się zmieniło. Pokochałam  morze. Najbardziej lubię spacery brzegiem morza, gdy woda opływa mi stopy. Słyszę wtedy szum fal, czuję wiatr na twarzy i mokry piasek pod stopami. Woda co chwila zakrywa mi stopy, a ja relaksuję się i wyłączam. Nie myślę o niczym, po prostu spaceruję i oddycham pełną piersią. Miło jest co chwila zamknąć oczy i jeszcze pełniej poczuć kontakt z Bałtykiem. 

 
Z tych spacerów przywiozłam ciężki słoik kamieni :) Mam w domu część polskiego morza.
 


Teraz góry i morze są mi jednakowo bliskie. Myśląc góry, mam na myśli głównie Bieszczady. Tatry są dla mnie zbyt tłoczne i za wysokie, wolę niższe, bezpieczniejsze, mniej tłoczne a jednakowo piękne Bieszczady. Polskie morze ma chłodną wodę to fakt, ale jednak da się w nim kąpać bądź moczyć jak ja, bo nie umiem pływać. Warto poświęcić trochę czasu na znalezienie mniej obleganych przez turystów plaż, jeśli ceni się ciszę i przestrzeń. Udało mi się w tym roku znaleźć taką perełkę, gdzie nie jest tłoczno, pas lasu przy brzegu morza jest iglasty i szeroki, bo pokonuje się go w pół godziny. Przechadzka jest miła, bo widoki są piękne, powietrze świeże a zapach iglastych drzew relaksuje. Planuję wrócić tam za rok.


Już tęsknię za szumem morza...

piątek, 18 lipca 2014

Małe letnie przyjemności

Comiesięczne oczekiwanie na nową dostawę prasy zaspokojone. Sterta magazynów do czytania cierpliwie czeka. Ulubione Moje mieszkanie już przewertowane od początku do końca, co zachwyciło mnie w nim przede wszystkim, to materiałowe kury :) Na zdjęciu moje nogi, z ujęcia których nie jestem do końca zadowolona, ale trudno. Takie fotografie są coraz bardziej popularne w sieci, więc i ja postanowiłam poeksperymentować z takim kadrem. To trudny sposób, bo ciężko sfotografować nogi z tej perspektywy, aby dobrze wyglądały.


Nowościami są Usta i Smak kupione po raz pierwszy, to prasa kulinarna, nie przeczytałam jej jeszcze, więc nie potrafię jej ocenić. Nie jest tania, więc mam nadzieję, że będzie interesująca. Podoba mi się, że są to grube magazyny, bo im więcej do czytania tym lepiej. Czasopisma czekają na urlop, kiedy wygodnie wyłożona na nadbałtyckiej plaży będę mogła oddać się lekturze. Lubię dozować sobie przyjemność i nie od razu czytać, tylko chwilę nacieszyć się widokiem gazet czy książek, ta chwila czasem trwa kilka dni, czasem dłużej. Dzisiaj o godzinie czternastej zaczęłam urlop, więc lektura coraz bliżej.


Zrobiłam ostatnio trochę dżemów. Jestem z siebie dumna, bo wszystkie są bez żadnych żelfiksów czy dżemiksów. Oczywiście owoce są smażone kilka godzin, wkładane są w gorące, wyparzone w około 100 stopniach słoiki, a potem jeszcze pasteryzowane w piekarniku. Nigdy nie jadłam dżemu agrestowego, ale w tym roku postanowiłam go wypróbować. Gdy wreszcie udało mi się kupić agrest, a nie było łatwo, bo na targu było go bardzo bardzo mało. Przyznam, że początkowo się przestraszyłam, bo agrest, gdy się rozgotował zaczął mało ciekawie pachnieć. Na szczęście im dłużej się gotował, tym bardziej apetyczny zapach zaczął wypełniać kuchnię. Dopiero pod sam koniec dodałam cukru i skosztowałam. Dżem smakuje bardzo intrygująco, jest wytrawny, bo cukru dużo nie dodałam, niesamowicie aromatyczny. Z kilograma owoców wyszły mi trzy małe słoiczki. Nie ma ich dużo, więc zamierzam rozkoszować się każdym kęsem.


Zdjęcie powstało w nocy, więc nie do końca oddaje kolor zawartości słoiczków. Podoba mi się kolor dżemu. Zanim dodałam cukru, był jasny, potem ściemniał mimo że użyłam jedynie jasnego agrestu.

niedziela, 13 lipca 2014

Nalewka z czarnej porzeczki

Przeczytałam dzisiaj wpis z bloga Pretty Pleasure o morelach i o czekaniu na owoce. Zaczęłam zastanawiać się na jakie ja czekam zimą i wiosną, które są najulubieńsze. Pierwsze coroczne marzenie owocowe to truskawki, na nie niezmiennie czekam z utęsknieniem. Staram się nie kupować tych pierwszych, więc moja cierpliwość jest wystawiana na próbę. Wgryzanie się w pierwszą danego roku truskawkę to wyjątkowy moment. Gdy nasycę się i nacieszę truskawkami tęsknię do jagód, które kocham w wersji z kefirem bądź śmietaną i odrobiną cukru. Mogę się nimi zajadać kilka razy dziennie. Minusem jest konieczność dokładnego mycia zębów, by usunąć ten kolor i te kulki, ale to mały pikuś. W ubiegłym roku połączyłam te owoce w genialnym dżemie, polecam ale dodając 2/3 truskawek, bo inaczej jagody zdominują smak. Przetestowałam na dwóch wersjach. Trzecimi najbardziej ulubionymi owocami są śliwki. Cudownie smakują w cieście kruchym, pałaszowane na surowo i w konfiturze, perfekcyjnie sprawdzają się mrożone. Te trzy owoce to czołówka, na nie czekam najbardziej, jednak lubię wiele innych m.in. rabarbar idealny do ciast, porzeczki - szczególnie czarne idealnie dojrzałe i zjadane prosto z krzaczka, wiśnie ale koniecznie dojrzałe i słodsze odmiany, miękkie brzoskwinie, słodkie morele, soczyste jabłka, aromatyczne maliny, wyjątkowy i trudno dostępny agrest. Szkoda że tak ciężko kupić agrest. Gdy byłam w piątek na targu, to był tylko na dwóch stoiskach i w małych ilościach. Mam w planach dżem z mirabelek, to będzie eksperyment.
 
Nie wiem czemu, ale kiedyś nie przepadałam za czarnymi porzeczkami, teraz je bardzo cenię. Owoce mają aromatyczne i wyjątkowe, takie intrygujące w smaku. Lubię jeść je na surowo, w dżemach, nalewkach. W tym roku postanowiłam zrobić inną nalewkę. Mój tata robi ją w ten sposób, że zalewa owoce alkoholem. Ja postanowiła, wyciągnąć jak najwięcej smaku z tych czarnych kulek i najpierw je potraktowałam tłuczkiem do ziemniaków, a potem zalałam wódką. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Słój przygotowany w piątek, stoi cierpliwie na blacie kuchennym. Potem alkohol zleję przez sito i gazę, a dodam cukru, odstawię na trochę i będę kosztowała trunku.
 
 

Słój szałowo nie wygląda z tymi rozbebeszonymi porzeczkami, ale mam nadzieję, że się opłacało gnieść je tym tłuczkiem :) Sprawdzę za kilka tygodni.

sobota, 28 czerwca 2014

Dawno nie dekupażowałam

Już zapomniałam ile to zajęcie sprawia mi frajdy, daje satysfakcji i jak poprawia nastrój. Pojemnik z serwetkami jest coraz cięższy, bo ilekroć jestem w miejscu, gdzie mogę je kupić, to poluję na ciekawe okazy. Część potrzebuję do decoupage, a reszta przydaje się do dekoracji stołu na różne spotkania i uroczystości. Najbardziej lubię moment, gdy już przyklejone elementy serwetki nadają ostateczny kształt i kolor. Gdy przedmiot zmienia się w coś spersonalizowanego, mojego, nowego. Ten etap diametralnie zmienia dotychczasowy wygląd danej rzeczy, nadaje jej wyjątkowy rys. Moment gdy dodawane są kolejne warstwy lakieru, który podkreśla kolor, jest przysłowiową kropką nad i.


Kilka dni temu wzięłam się za zdobienie deski do krojenia, która od teraz straciła swą podstawową funkcję. Postanowiłam z każdej strony użyć innego motywu, aby urozmaicić. Wykorzystałam moją ulubioną serwetkę z ukochanymi bławatkami, te kwiaty są wyjątkowe, poza tym mam fazę na niebieski. Z drugiej strony deska ma już całkiem inny charakter. Zdecydowanie mniej poważny... Ale przyznam, że wycinanie stokrotek ćwiczyło moją cierpliwość.
 
 
Żaby wykorzystałam po raz pierwszy, czekały na to prawie dwa lata... Są cierpliwe. Rok temu z Zakopanego przywiozłam między innymi małą tacę, którą kupiłam z myślą, że odrobinę ją spersonalizuję. Taca z makami jest jednym z pierwszych przedmiotów drewnianych, które przeszły metamorfozę za pomocą decoupage. Wcześniej ćwiczyłam tę technikę na szkle, ale drewno także doskonale się do tego nadaje.
 
 
Co istotne taca nie tylko wygląda, ale i spełnia funkcję użytkową. Trzymam w niej cukiernice z brązowym i białym cukrem, akurat miejsca jest na dwie. Nie umiem rysować, nad czym boleję, ale ta pasja nadrabia mi brak umiejętności malarskich. Tutaj mimo braku talentu do stawiania kresek,  można stworzyć coś naprawdę ładnego, czasem wyjątkowego. Jak dla mnie fajna sprawa.

niedziela, 22 czerwca 2014

Czerwcowe migawki i lektury

Nie wszyscy żyją mundialem, ale moja druga połowa owszem. Osobiście meczami się nie interesuję. Zdjęcie powstało podczas jednego z wczorajszych meczy, gdy mąż kibicował, a ja czytałam :)
 
 
Moją lekturą była najnowsza książka Olgi Rudnickiej Fartowny pech. To wydawnicza świeżynka, bo jest w sprzedaży od czerwca. O tytule dowiedziałam się przypadkiem  i zażyczyłam sobie książkę na imieniny. Przeczytałam ją w zawrotnym tempie i uważam, że głównym minusem książki jest grubość, jak dla mnie powinna mieć dwa razy większą objętość. Poza tym Olga Rudnicka jak zwykle zafundowała mi dobrą rozrywkę. Połączenie kryminału z wątkami humorystycznymi jest znakiem rozpoznawczym pisarki i jest w tym naprawdę dobra. Tym razem bohaterami zostali Gianni czyli Klemens Dziany, jego brat Kryś /Kris czyli Krystian Dziany oraz Joker czyli Filip Nadziany. Gangster, detektyw ( były policjant) i policjant, porachunki mafijne i spora dawka humoru. Fanów Olgi nie muszę zachęcać. Innym powiem tyle, że kto lubi polskie kryminały, będzie zadowolony.

 
Sezon na robienie przetworów uważam za rozpoczęty. Zrobiłam kilka słoiczków dżemu rabarbarowo-truskawkowego. Planowałam zrobić go z żelfiksem, ale zmieniłam zdanie. Rabarbaru dałam dwa razy więcej. Smażenie dżemu rozłożyłam na dwa dni, bo za późno wzięłam się za pichcenie, a szkoda było mi zarwać nocki, gdyż rano do pracy. Cukru nie dałam dużo, do smaku, tak żeby dżem był kwaśny, ale smaczny. Po zapakowaniu gorącej masy w wyparzone słoiki, pasteryzowałam je w piekarniku 20 minut w prawie 100 stopniach Celsjusza. Wyszedł ciekawy, testowałam go na tostach francuskich i uważam go za udany. Podoba mi się jego ciekawy kolor i nitki rabarbaru pomiędzy kropkami z truskawek. Słoiki wyglądają fajnie.
 
 
Ostatnio piekłam proste rzeczy typu ciasteczka owsiane, dlatego chodziło już za mną poważniejsze pieczenie. Poszukiwałam przepisu zgodnego z moją dietą. Znalazłam sporo receptur do przetestowania. Na pierwszy ogień poszło ciasto czekoladowe z mąki gryczanej. Przepis prosty w wykonaniu, ale naprawdę ciekawy. Obawiałam się go trochę, bo ciasto robi się z namoczonych w mleku ( dałam sojowe) daktyli, zmiksowanych potem na pastę i wymieszanych z konfiturą śliwkową, do tego mąka gryczaną, ziemniaczana i orzechowa z kakao i sodą ( użyłam także mąki kukurydzianej i ryżowej, bo gryczana mi się skończyła). Zapach przy mieszaniu składników cudownie pyszny. Ciasto bez jajek, bez tłuszczu i grama mąki pszennej  oraz bez cukru ( tak jest w przepisie, ja się złamałam i dałam dwie łyżeczki). Przyznam, że miałam małego stresa zanim nie przekroiłam i nie spróbowałam. Pierwszy kęs był z mlekiem, mniam. Smak całkiem inny niż ciasto z mąki pszennej, ale mi odpowiada. Zdrowe i smaczne ciacho. Ja z dodatkowych 900 ml mleka z przepisu użyłam tylko jedną szklankę. Z racji małej uroczystości rodzinnej ciasto przeszło małą transformację, przekroiłam je w poprzek, jedną połowę przełożyłam niecienką warstwą nutelli, a drugą moim dżemem z czarnej porzeczki. Wierzch polałam rozpuszczoną na parze mleczną i gorzką czekoladą z odrobiną masła, dałam go za mało, bo polewa wyszła mi za twarda :( Przez to było ciężko kroić ciasto, ale na smak nie miało to negatywnego wpływu. Ciacho genialne, zdecydowanie polecam. Rodzina zadowolona smakiem, ja też.
 
 
Nie lubię promować konkretnych produktów, ale uważam, że z dostępnych na rynku maseł czekoladowych najsmaczniejsza jest nutella. Użyłam jej wcześniej do pewnego deseru na zimno. Na dno pucharka dałam pokruszone i wymieszane z nutellą biszkopciki. Na to poszły truskawki zalane galaretką zmiksowaną ze śmietaną. Pycha.
 
 
Podczas delektowania się deserem czytałam Zaklętą Michaliny Olszańskiej. O ile podczas lektury Dziecka gwiazd Atlantydy byłam zachwycona mimo że nie przepadam za fantastyką, to Zaklęta mnie trochę zawiodła. Mniej więcej do połowy mi się podobało, potem było już gorzej. Główna bohaterka Roszpunka to dziecko wychowywane przez starszą kobietę żyjącą w głębi lasu, do której ludzie przychodzili po pomoc i zioła.. Roszpunka nie wie że oprócz niej i Baby istnieją jakieś ludzkie istoty. Jest wychowywana w głuszy, żyje w starej wieży przy chacie starszej kobiety. Wszystko zaczęło się komplikować, gdy przypadkiem poznaje młodego mężczyznę. Średnia książka, choć pierwsza połowa bardzo dobra, wyjątkowo uchwycony kontakt Roszpunki z przyrodą. Tutaj muszę zganić wydawnictwo za okładkę, która jest tragiczna i nijak ma się do treści książki. Gdybym nie znała autorki, w życiu nie sięgnęłabym po ten tytuł. Okładka zniechęca.
 
Na koniec mała niespodzianka, którą sprawił mi mój nowy, mały hibiskus, który dostałam od chrzestnej.