.

.

poniedziałek, 24 lutego 2014

Słodkości bez mleka, jajek i pszenicy

Niby banalne, ale prawdziwe, że potrzeba matką wynalazków. Obawiałam się początkowo, że na diecie bez krowiego mleka, białka jaja i pszenicy będzie wyjątkowo ciężko w kwestii słodkości. Fakt trzeba pokombinować, używać innych mąk niż pszenna, czasem mieszanek mąk w odpowiednich proporcjach. Muszę wiedzieć czym zastąpić masło, przecież jest olej czy oliwa. Już wiem, że konsystencję jaką daje jajko osiągnę np. bananem, startym siemieniem lnianym czy mąką ziemniaczaną. Powoli się uczę. Gdy robiłam po raz pierwszy dietetyczne naleśniki, to mleko krowie zastąpiłam kozim, mąkę pszenną kukurydzianą i gryczaną, gorzej było z konsystencją. Pierwszy naleśnik prawie zawsze nie wychodzi, ale mój był doprawdy do niczego, bo nie miał typowego, okrągłego kształtu, tylko składał się z kilkunastu małych kawałków, bo najnormalniej w świecie łobuz się porozrywał. Przepis na naleśniki muszę doszlifować :)

Ciasta bez powyższych składników to wyższa szkoła jazdy ( buszuję w sieci w poszukiwaniu receptur, a na całe szczęście jest ich masa), na razie osładzam sobie życie szybkimi i prostymi przepisami. Niedawno zrobiłam sobie lody, takie sorbetowe. Pokroiłam i zblenderowałam 2 banany, dodałam garść rozmrożonych jagód (dobrze mieć zamrożone owoce i raczyć się nimi o tej porze roku) i zamroziłam. Jadłam posypane obficie pokrojoną gorzką czekoladą. Pycha mówię Wam. Mam w planach lody o bardziej kremowej konsystencji z dodatkiem mleka kokosowego.


Kolejnym sprawdzonym i banalnie prostym deserem są galaretki z owocami. Akurat miałam w domu banana, więc ten owoc trafił pod nóż, następnie w szklankę. Potem jedynie pozostało mi zalać go tężejącą galaretką i do lodówki. Pozostało mi oczekiwanie na stężenie galaretki. Ten szybki deser można zrobić, gdy nie ma się siły ani ochoty na coś bardziej skomplikowanego, a smakowo zaspokoi słodkie zachcianki.


Wczoraj robiłam jabłka pod kruszonką, dzisiaj śliwki. Użyłam oleju słonecznikowego, mąki kukurydzianej i cukru pudru. Postanowiłam, że będę robiła "na oko", by opanować konsystencję. Rezultat był taki, że wczoraj dałam za mało oleju i była sypka, ale smaczna, dzisiaj było w sam raz i kruszona wyszła idealna. Jak dla mnie bomba, nie brakuje mi tu masła ani mąki pszennej. Jedynym minusem przepisu jest jego estetyka, bo nie da się ładnie nałożyć porcji na talerz, więc zaliczam je do takich dań codziennych, domowych, niekoniecznie gdy mamy gości i chcemy się popisać wyglądem.


Zawsze gdy brakuje mi miejsca w zamrażaczu i potrzebuję pilnie się czegoś pozbyć, a mam niewiele czasu na długie gotowanie, wyciągam owoce i robię kompot. Dzisiejszy powstał z mrożonych śliwek, malin i świeżych jabłek. Pyszne i zdrowe. Mało pracy, a jest smaczne i zdrowe. Od dłuższego czasu nie kupuję soków, tylko używam tych z piwnicy zrobionych przeze mnie czy mamę albo gotuję kompoty.


poniedziałek, 10 lutego 2014

Elizabeth Kostova, Łabędź i złodzieje oraz tęsknota za wiosną

Przeczytałam ostatnio Łabędzia i złodziei Elizabeth Kostovej. Książka to prezent świąteczny od przyjaciółki. Książkę oceniam na dobry z plusem. Moja opinia wynika z porównania tytułu z genialnym i wybitnym jak dla mnie Historykiem tej autorki. Łabędź i złodzieje opowiada historię pewnego malarza Roberta Oliviera, nie potrafiłam go polubić, więc ma to wpływ na moją ocenę. Natomiast sama fabuła jest ciekawa, podobało mi się zaskakujące zakończenie wyjaśniające tajemnicę tytułowego łabędzia, intryga ciekawie zarysowana. Książka przeznaczona do niespiesznej lektury, zawiera smaczki dla osób interesujących się malarstwem z naciskiem na impresjonizm ( który bardzo lubię). Kostova z powodzeniem zachwyca stylem, choć nie aż z taką wirtuozerią jak w Historyku, którego ostatnio kupiłam i wkrótce zaserwuję sobie ponowną lekturę.


Wreszcie dnie są coraz dłuższe i o godzinie 16 nie jest jeszcze ciemno za oknem. Powietrze już inaczej pachnie. Ostatnie dni były bardzo słoneczne, dzięki czemu miałam więcej energii. Dzisiaj było bardziej pochmurnie, na trochę tylko wyszło słońce zza chmur, ale przez ten moment niebo było naprawdę meganiebieskie. Mam nadzieję, że będzie już coraz mniej dni, gdy niebo zakryte jest grubą warstwą szarości i nie widać słońca.

Czekając cierpliwie na wiosnę i pierwsze kwiaty w ogrodzie cieszę oczy poniższymi fotografiami. Jestem ciekawa tulipanów, bo jesienią zasadziłam kilka całkiem nowych i ciekawych cebulek. Mam nadzieję, że nie zrobią mi psikusa i zakwitną.  

Aż mi się nie chce wierzyć, że kiedyś nie lubiłam tych kwiatów. Różnorodność dalii jest zadziwiająca i w kwestii kształtów płatków, wysokości roślin jak i kolorów. Moja mama sadzi je od lat i nazywa georginiami, moje babcie też je lubiły, ale u nich funkcjonowały pod nazwą organy.



Niezmiennie zadziwia mnie jak tak delikatna, piękna i pachnąca roślinka jak konwalia może być trująca, a jednak trzeba uważać, bo każda część tej rośliny jest niebezpieczna po zjedzeniu. Subtelność kwiatów konwalii mnie urzeka. Mam w ogrodzie kępę konwalii, ale jakoś średnio kwitną, może mają zbyt mało słońca.


Róże hodowane z sukcesem przez moich rodziców są piękne, choć niestety jako kwiaty cięte nie cieszą zbyt długo. Lubię przy okazji imprez na świeżym powietrzu robić z nich takie bukiety z małą świeczką tu i ówdzie. W ładnej misie są żywą ozdobą stołu.


Ten biały kwiat to bodajże kosmos, uchował się przed ścięcie. Po zakwitnięciu zachwycił i jego byt można uznać za bezpieczny :)


Nazwy fioletowego przystojniaka nie znam, ale kocham od lat kolor fioletowy, więc znalazł się we flakonie.

poniedziałek, 3 lutego 2014

Damska torebka na zewnątrz i od środka

Nadszedł czas na kolejny post z wyzwania fotograficznego na blogu we grochy. Drugi temat zdjęcia to TORBA i jej wnętrze. Świetny temat. Nasze torby, te większe, mniejsze i całkiem malutkie mają ciekawą, bliską nam i pełną praktycznych rzeczy osobowość. W końcu torebka to wielka przyjaciółka każdej kobiety. Od dobrych kilku lat moje torby były dinozaurami, naprawdę niemałe, oczywiście pełne samych potrzebnych przedmiotów i ciężkie. Niedawno doszłam do wniosku, że szkoda mojego kręgosłupa i warto ograniczyć zawartość do absolutnego minimum. Warunkiem tej przemiany był zakup mniejszej torebki, bo mając dużą nie potrafię nosić w niej niewiele. Łatwo nie było, bo jak wiadomo w sklepach wybór jest niemały, ale jak już szuka się czegoś dla siebie, to trzeba się nachodzić. Udało się i od dobrych kilku miesięcy mam torbę może nie najmniejszą, ale niewielką. Czasem nie mieszczę się ze wszystkim, więc zabieram materiałową torbę zakupową i w niej lądują przede wszystkim książki czy jedzenie do pracy. 
Planowałam zrobić zdjęcie przy świetle zastanym, ale jak wracam z pracy, to jest zbyt ciemno albo zapominam. Postanowiłam, że fotografuję dzisiaj i koniec, bo potem nie wyrobię się w zaplanowanym terminie. Zdjęcie robione po 21:00 przy sztucznym świetle. Fotografia bardziej prawdziwa być nie mogła, to realny zapis tego, co noszę w torebce.
Mój torebkowy niezbędnik to portfel, telefon, krem do rąk, błyszczyk do ust, lusterko, szczotka do włosów, tabletki przeciwbólowe, chusteczki higieniczne, różaniec, kalendarz, długopis, klucze i książka.
A sama torebka, dźwigająca powyższe skarby wygląda tak:
 

wtorek, 21 stycznia 2014

Kate Morton - tym razem będę ganić

Jeszcze do niedawna określałam Kate Morton jako moją ulubioną pisarkę. Twierdziłam to na podstawie lektury dwóch fenomenalnych książek. Obie i Milczący zamek i Zapomniany ogród mnie urzekły. Zachwycałam się słownictwem, fabułą, atmosferą książki. W dwóch tytułach teraźniejszość przeplata się z przeszłością, jednak to w opisywaniu przeszłości Morton jest mistrzynią. Umiejętnie opisuje historie toczące się w XIX wieku i na początku XX i naprawdę robi to świetnie. Plastyczne opisy i niezwykły styl podziwiałam co kilka stron i częściej.  Milczący zamek przeczytałam dwukrotnie, Zapomniany ogród też, bo to świetne książki. Jesienią zdobyłam dwie książki tej autorki, jej debiut czyli Dom w Riverton oraz pachnącego świeżością Strażnika tajemnic. Cieszyłam się jak dziecko z zakupu i niecierpliwiłam się na lekturę.


Niestety jedna i druga książka mnie zawiodła, znudziła, męczyłam się, by doczytać je do końca. W ogóle nie czułam tego czaru, który tak mnie urzekł w pozostałych jej książkach. Nie było tej magii, nie czułam nawet jej śladu. Książki przeczytałam jeszcze w 2013, ale nie miałam ochoty ich recenzować, tak się zniechęciłam. Jednak po przemyśleniu, postanowiłam napisać co sądzę na ich temat, może komuś przyda się i negatywna opinia, by przemyśleć ewentualny zakup. Mnie żal każdej złotówki wydanej na te książki.

W Domu w Riverton irytowała mnie już sama główna bohaterka, Grace, dla której służenie swej pani jest sensem życia i która przedkłada trwanie przy bogatej i nie doceniającej tego Hannah nad własne życie osobiste, które miało szansę się ułożyć, gdyby odeszła z pracy i rozpoczęła wspólne życie z mężczyzną, ale nie opieka nad Hannah jest ważniejsza. Pracodawczyni oczywiście tego nie docenia i nie ma pojęcia o poświęceniach dla niej w wykonaniu służącej. Naiwność i głupota Grace bardzo mnie denerwowały. Wielka tajemnica, która z z czasem wychodzi na jaw, że służąca Grace i Hannah są przyrodnimi siostrami nie robi wrażenia na czytelniku, bo i słabo jest wykorzystany ten pomysł. Współczesny wątek próby wyjaśnienia śmierci pewnego poety i niby "wstrząsającej tajemnicy" jak opisano z tyłu okładki nie są ani wstrząsające ani tajemnicze. Żadna z postaci nie wzbudziła mojej sympatii, żadnej nie kibicowałam, z żadną się nie zżyłam.

Strażnik tajemnic ma szumny tytuł, ale treść zawodzi już od pierwszych stron. Tutaj szybciej powiało nudą niż w powyższej książce. Już od pierwszych stron szału nie było.Niewiele pamiętam z fabuły, bo i nie warto. Zawiodłam się po raz drugi na Kate Morton. Nie moja bajka i tyle. Żadna tajemnica z tym niewyjaśnionym morderstwem sprzed lat, może i było trochę zaskakujące "kto" i "dlaczego", ale całe to "pomiędzy" "kto" i "dlaczego" czyli cała książka była dla mnie zwykłą stratą czasu. Nieciekawe postaci, nieintrygująca fabuła, brak czaru w słowach, ogólnie akcja ciągnie się jak przysłowiowe flaki z olejem.

Szczegółowej recenzji nie będzie, bo książki przeczytałam jesienią, dlatego opisuję bardziej odczucia i moją ogólną opinię. Obie książki są słabe, nudne, niewarte czytania, niewarte zakupu. Taka jest moja subiektywna opinia. Kate Morton nie jest już jedną z moich ulubionych autorek, ale jej Milczący zamek i Zapomniany ogród są nadal jednymi z moich ulubionych książek.

wtorek, 14 stycznia 2014

Wyzwanie fotograficzne

Pierwszy raz biorę udział w wyzwaniu fotograficznym. Organizatorką wyzwania jest autorka bloga we grochy. Spodobał mi się bardzo temat pierwszego zdjęcia czyli HERBATA. Długo nie mogłam się zdecydować co dokładnie ma się na nim znaleźć, więc okazało się, że jest na nim całe mnóstwo rzeczy. Herbata dla mnie to przede wszystkim czarna sypana lub torebkowa, zwykła lub kultowy Earl Grey, z przeróżnymi dodatkami np. cytryną, pomarańczą i goździkami, sokiem, startym na tarce imbirem, miętą, melisą. Słodzę białym lub brązowym cukrem, a często miodem szczególnie o tej porze roku. Ważna kwestia to temperatura, lubię gorącą lub mocno ciepłą, nie przepadam za chłodną, źle wtedy smakuje. Herbatę najczęściej pijam w szklankach, mam specjalne w rozmiarze XXL :) Czasami w filiżankach, przy specjalnej okazji lub by poprawić sobie humor. Prawie zawsze parzę ją w dzbanku pod przykryciem. Minusem szklanych dzbanków jest ich kruchość. Obecny na zdjęciu czerwony zauważyłam dziś, że mi pękł, więc pora na wyprawę po nowy, niezbędny sprzęt.


I baner wyzwania.

czwartek, 9 stycznia 2014

Śniadanie bez zwykłego mleka

Ze względów zdrowotnych postanowiłam przejść na dietę. Okazało się, że krowie mleko, pszenica i białko kurze mi szkodzi. Od nowa będę uczyła się gotowania, pieczenia, zwracania uwagi na skład. W dobie internetu, blogów i portali kulinarnych nie jest to trudne, bo właściwie i chleb i ciasto na pierogi czy drożdżowe można upiec bez mąki pszennej czy jajek. A jaka jest różnorodność samych mąk i mlek. Roślinne mleko nie jest tak smaczne jak krowie, ale czego nie robi się dla zdrowia. Gdy piłam kawę z mlekiem ryżowym po raz pierwszy, to męczyłam każdy łyk, teraz po kilkunastu filiżankach zaczynam się przyzwyczajać. Ciekawe które mleko zasmakuje mi najbardziej. Obstawiam że kokosowe, ale wyjdzie w praniu. Muszę uzupełnić braki w temacie dietetyki, zawartości poszczególnych składników odżywczych. Na razie jestem jeszcze bardzo słaba w tej tematyce, ale wkrótce to nadrobię.



Składniki dzisiejszego śniadania:

garść płatków kukurydzianych
ziarna słonecznika
kilka pokrojonych orzechów nerkowca
kilka pokrojonych suszonych śliwek
odrobina mleka ryżowego

Dałam tylko trochę mleka, bo oswajam się z jego smakiem i nie mogę powiedzieć, że jestem jego fanką. Z uwagi na niewielką ilość mleka, jego smak był niewyczuwalny. Byłam mile zaskoczona idealną harmonią smaków nerkowców, słonecznika, śliwek i płatków. Bardzo smaczne i co ważne pożywne śniadanie. Słoneczniki uzupełniły mi wapń, którego brak w mleku pochodzenia roślinnego.

wtorek, 31 grudnia 2013

Boże Narodzenie w moim obiektywie

Tegoroczne święta minęły mi w miłej, rodzinnej atmosferze, przeżyłam je także duchowo z czego się cieszę. Mimo zmęczenia i zaspania udało mi się być na pasterce. Pod kątem kulinarnym wiele było tradycji, przede wszystkim w wieczór wigilijny, ale pojawiły się i udane nowości jak np. rozpływająca się w ustach wołowina po burgundzku. Wybrałam wersję duszenia, a nie pieczenia tej świetnej potrawy. Kto nie zna jeszcze smaku tak przyrządzonej wołowiny, niech spróbuje, nie pożałuje. Na lodówce uchowały się jeszcze listy potraw :) Potrawy były przygotowywane przez cztery osoby, więc nie było nawału pracy.



Piernik staropolski już po raz drugi towarzyszył mi w święta. Upiekłam go jeszcze w sobotę, po czym w poniedziałek przełożyłam. Długo nie mogłam się zdecydować czym go przełożyć. Ostatecznie zdecydowałam się na połączenie domowego dżemu z czarnej porzeczki wymieszanego z tężejącą galaretką. Smak tego owocu świetnie kontrastował z piernikiem. Ciasto wyszło twarde, więc niezbędne było zamknięcie go w pojemniku z kawałkiem jabłka, dzięki czemu idealnie zmiękł.




W Internecie znalazłam wiele pomysłów na świąteczne nalewki, które mnie zaintrygowały. Eksperymentowałam z przepisem z bloga pistachio. Zamiast wódki dałam wodę i spirytus, zmniejszyłam ilość cynamonu, nie rozpuszczałam miodu, bo się spieszyłam. Zrobiłam ją wg następujących proporcji:

1 szkl. przegotowanej wody
2 szkl. spirytusu
niecała szklanka miodu ( dałam ulubionego gryczanego)
pół laski wanilii
pół laski cukru waniliowego
2 cytryny
goździki
Cytryny sparzyłam wrzątkiem, pokroiłam w cienkie paski ( nie obierałam skórki). Miód wymieszałam z wodą. Wszystkie składniki trafiły do słoika. Codziennie potrząsałam słoikiem. Po raz pierwszy spróbowałam nalewki szóstego dnia, była smaczna, ale to jeszcze nie było to. Dziewiątego dnia była już bardzo smaczna.


W moim domu rodzinnym czasem był choinka żywa, czasem sztuczna.  Od kiedy jestem mężatką, kupuję żywą. W tym roku po raz pierwszy jest w doniczce. Ciekawe czy się przyjmie, gdy ją zasadzę. Byłoby fajnie. Mogłabym w przyszłym roku znowu ją ubrać. Wybór padł na jodłę, która nie zrzuca igieł, co jest idealnym rozwiązaniem, bo rzeczywiście jest czysto i nie muszę się martwić, że pies połknie mi igłę i zrobi sobie krzywdę.



Choinka jest bardzo ważnym atrybutem Bożego Narodzenia, ale lubię mieć ozdobione każde pomieszczenie świątecznymi akcentami. Mała szopka stoi w salonie w widocznym miejscu, bombki wiszą i w kuchni i pod żyrandolem. Światełka są nie tylko na choince, ale i na karniszu w sypialni i wielkim słoju w salonie. Pomysł włożenia lampek do słoja widziałam już wielokrotnie w prasie wnętrzarskiej jaki i w Internecie, w tym roku wreszcie i mnie udało się zrealizować to genialne rozwiązanie.





Już po raz drugi przed świętami wzięłam kilka dni urlopu, chcę by to się stało tradycją. Takie dni wolne dają możliwość spokojnego przygotowania do świąt, bez pośpiechu i stresu. Zdążyłam posprzątać ( choć nie gruntownie), upiec pierniki, ugotować wszystko, wyspowiadać się. Nie zostawiłam kupowania prezentów na ostatnią chwilę, więc ominęły mnie gigantyczne kolejki. Lekturami towarzyszącymi mi przed Bożym Narodzeniem były Natalie Olgi Rudnickiej. Oba tomy. Miło było wrócić raz jeszcze do tych historii, któe jeszcze nieraz przeczytam. 


Dzisiaj skończyłam czytać Strajk w Boże Narodzenie Sheili Roberts. Książka świetna, idealna na ten okres roku. Kupiłam ją prawie rok temu, ale chciałam przeczytać w okolicy świąt. Główne bohaterki postanawiają zastrajkować i nie uczestniczyć w przygotowaniach do Bożego Narodzenia, a wszystkimi obowiązkami postanawiają obarczyć swych mężów. Perypetie zarówno zbuntowanych kobiet jak i zarzuconych obowiązkami mężczyzn są bardzo ciekawe, momentami zabawne, kiedy indziej dają do myślenia. Podoba mi się, że autorka nie zapomniała o religijnym aspekcie świąt, bo jest wspomnienie i o spowiedzi, co jest rzadkim dzisiaj i niepopularnym motywem, plus dla Sheili Roberts. Książka lekka, sympatyczna, ale z mądrym przesłaniem dla obu płci, bo mimo że to kobiety strajkują, to nie ma wydźwięku feministycznego. Zdecydowanie polecam.



wtorek, 3 grudnia 2013

Piernik staropolski

W niedzielę rozpoczął się Adwent. Bardzo lubię ten wyjątkowy, przedświąteczny okres. Powoli rozpoczyna się dozowanie napięcia, wkrótce zacznę pracować nad listą potraw na tradycyjną wieczerzę wigilijną i Boże Narodzenie. W tym roku postanowiłam razem z rodziną, że większość potraw przygotujemy wcześniej i zamrozimy, chodzi przede wszystkim o wigilijne menu. W moim domu rodzinnym jest tradycja, że każdą potrawę robimy samodzielnie, a nie kupujemy gotową. Tę dbałość i troskę o smaczne i zdrowe potrawy zawdzięczam mojej mamie, dzięki której i ja dalej kultywuję tę tradycję. Pracy przy przygotowaniach jest niemało, ale to wspólne, domowe, rodzinne pichcenie jest dla nas bardzo ważne. Udało mi się już drugi rok z rzędu wziąć kilka dni urlopu przed świętami, dzięki czemu zwalniam tempo i bardziej cieszę się przygotowaniami. Dzisiaj przygotowałam ciasto na piernik staropolski. Trochę późno, bo zgodnie z przepisem powinno dojrzewać 5-6 tygodni, a moje będzie miało 3 tygodnie, ale myślę, że wystarczy. W zeszłym roku z tego ciasta piekłam pierniczki i potem dekorowałam, w tym roku podzielę ciasto na 3 części i zrobię tradycyjny, przekładany piernik. Jeszcze nie wiem jaki wybiorę dżem i ewentualne dodatki, muszę to przemyśleć. Na razie ciasto przełożyłam do starego, czarnego, emaliowanego naczynia, przykryłam ściereczkę i wyniosłam do ganku, gdzie będzie czekało na swój czas.
 
 
Piernik zrobiłam według popularnego i sprawdzonego, starego przepisu ze strony moje wypieki.com. Jestem ciekawa jaki efekt osiągnę w tym roku. Ubiegłoroczne wycinanie kształtów, pieczenie i dekorowanie sprawiło mi dużo radości. Z podanej w recepturze ilości wyszło sporo pierniczków, smakowały wyśmienicie. Poniżej fotografia wyciętych pierniczków, jeszcze przed pieczeniem.
 
 
I dalej smakowite efekty.
 
 

wtorek, 5 listopada 2013

Czatnej, chutney lub czatni

Ze wszystkich tych nazw najbardziej podoba mi się czatnej i tak podpisałam słoiki z moimi przetworami.  W tym roku po raz pierwszy zrobiłam i spróbowałam czatneja. Zainspirowały mnie do tego fotografie i opisy na blogach kulinarnych oraz książka Smakowite prezenty Singrid Verbert. Z tej książki przetestowałam poniższy

CZATNEJ GRUSZKOWO-IMBIROWY

2 gruszki
jabłko
pół cebuli ( ja dałam całą)
50 ml soku z cytryny
30 g cukru trzcinowego
30 g winogron ( dałam więcej)
20 g świeżego imbiru
200 ml octu jabłkowego
szczypta mielonego czosnku
szczypta papryki
sól, pieprz do smaku

Miałam akurat żurawiny, więc dodałam ich odrobinę. Wszystko pokroić. Zagotować sok z cytryny z octem, cukrem i przyprawami. Dodać resztę składników i gotować około godziny aż krem zgęstnieje. Postanowiłam zmiksować całość, by smaki się połączyły. Pasteryzowałam około 10 minut w piekarniku nagrzanym do 90 stopni.

Wyszedł świetny, genialnie smakuje z serem pleśniowym oraz wędliną. Najlepszy czatnej jaki udało mi się zrobić. Przyznam, że początkowo miałam spore obawy związane z kontrowersyjnym jak dla mnie połączeniem owoców, warzyw, słodkiego i wytrawnego. Opłacało się zaryzykować, bo efekt okazał się warty starań i czatneje zdobyły miejsce w mojej kuchni i piwnicy.


 Czatnej gruszkowo-imbirowy to pierwszy z lewej na zdjęciu, na środku dyniowy, a po prawej śliwkowy.

Kolejny czatnej z którym eksperymentowałam, to:

CZATNEJ ŚLIWKOWY (przepis z archiwalnego numeru miesięcznika Kuchnia)

500 g cebuli
500 g jabłek
1 kg śliwek
400 ml octu słodowego (ja użyłam winnego)
200 g brązowego cukru ( dodałam mniej)
2 łyżeczki ziela angielskiego
łyżeczka gałki muszkatołowej
łyżeczka nasion gorczycy
laska cynamonu ( dałam połowę)
starta skórka z pomarańczy

Pokroić warzywa i owoce. Wszystkie składniki włożyć do garnka i gotować około godziny. Na koniec  znowu całość zmiksowałam. Pasteryzowałam 10 minut w piekarniku nagrzanym do 90 stopni. 

Czatnej smakuje ciekawie, ale jak dla mnie za bardzo dominują korzenne aromaty.

Trzeci i ostatni czatnej powstał na fali ekscytacji nowym smakiem. Sama skomponowałam przepis, ale przyznam, że gdyby nie pomoc mamy, to byłaby kompletna klapa, bo byłby zbyt kwaśny i niejadalny. Wiem że błąd tkwił w tym, że nie dałam słodkiego składnika, wszystko kwaśne i jeszcze ocet dopełniło miary i gdy próbowałam mieszaniny pod koniec gotowania byłam przerażona strasznie kwaśnym efektem. Moja mama wpadła na pomysł, by dodać dynię i dzięki niej czatnej został uratowany. 



CZATNEJ DYNIOWY 

mała dynia
jabłka ( dałam kwaśne, więc potrzebne są słodkie)
2 cebule
winogron
żurawina
 śliwki
ocet winny
sól 
pieprz
brązowy cukier

Dokładnych proporcji nie podam, bo nie pamiętam, ale warto poeksperymentować.  Tradycyjnie był pasteryzowany jak w poprzednich czatnejach.

Te przetwory robiłam po raz pierwszy, ale wiem, że odtąd w moim domu będą zawsze miały miejsce. Wybieram nie tak korzenne i nie tak kwaśne i za rok będę znowu eksperymentowała z tymi smakami. Ser pleśniowy z takim dodatkiem smakuje wyjątkowo pysznie i ciekawie.

sobota, 19 października 2013

Syrop z pigwy do herbaty

Owoc pigwy znałam jedynie ze świetnej nalewki, którą robi mój tata. Niedawno dostałam kilka owoców pigwy i postanowiłam odkurzyć przepis znany mi z wykonania przez mojego męża, którym częstował mnie jeszcze przed ślubem. Od tamtej pory nie miałam okazji jeść pigwy w takiej postaci. Owoc ten doskonale smakuje jako dodatek do herbaty. Aby przyrządzić taką miksturę należy umyć pigwy. Pokroić je w cienkie plasterki. Tutaj należy zachować szczególną ostrożność, bo pigwa jest twarda i można się skaleczyć.

 

Za pierwszym razem robiłam pigwę z ziarnami, na zdjęciach to widać, ale kolejnym razem wydrążałam ziarna i tak jest zdecydowanie lepiej i praktyczniej przy korzystaniu. Pigwę warstwami układamy w słoiku, na przemian z cukrem. Zakręcamy.


Mimo że pigwa jest twardym owocem, to nadspodziewanie szybko puszcza sok. Już kolejnego dnia można cieszyć się pysznym syropem, który można dodać do gorącej herbaty. Aby szybko rozpuścił się cukier, warto co jakiś czas potrząsnąć słoikiem. Smak herbaty z dodatkiem tego syropu jest niezapomniany. Mnie urzeka sam zapach tego owocu, gdyby były w sprzedaży perfumy o tym aromacie, to chętnie bym je nabyła. Mogłabym go wąchać i wąchać...


Zostało mi jeszcze kilka pigw i chyba je zasuszę, by móc cieszyć się dłużej tym wyjątkowym smakiem.

piątek, 20 września 2013

Kate Morton, jesień i ciasta

Kto nie zna twórczości Kate Morton, ten stanowczo powinien przeczytać jedną z jej książek. Poznałam i Milczący zamek i Zapomniany ogród. Morton bardzo umiejętnie prowadzi akcję, ma świetny styl, te dwie książki bardzo mi się podobały, teraz mam kolejne zdobycze. Strażnika tajemnic dostałam w prezencie, a Dom w Riverton kupiłam kilka dni temu i właśnie za ten tytuł teraz się zabrałam.  Planowałam od dłuższego czasu zakup Domu w Riverton, ale w księgarni spotkała mnie niespodzianka, bo zobaczyłam na półce, że pisarka wydała nową książkę. Dzięki temu w ciągu niedługiego czasu udało mi się zdobyć dwie książki jednej z moich ulubionych pisarek.
Złotej polskiej jesieni brak, chłodno, i deszczowo na zewnątrz, ale taka pogoda mi niestraszna odkąd mam kalosze. Bardzo praktyczny zakup. Nie niszczę butów, nie mam przemoczonych stóp i mogę dosłownie biegać po kałużach. Przyznam, że często chodzę po tych głębszych i sprawia mi to ogromną frajdę, taki mały powrót do beztroskiego dzieciństwa. Kalosze, podobnie jak szpilki, powinny znaleźć się w każdej kobiecej garderobie.
Jesień jest piękna, mimo że na razie trochę ponura, ale w takie dni jest więcej czasu na błogie leniuchowanie z książką. Wypijam znowu hektolitry herbaty z różnymi dodatkami m.in. cytryną, rumianymi cytrynami na które przepis kiedyś podawałam, pomarańczą i goździkami, sokiem malinowym, z owoców dzikiego bzu, aroniowym czy żurawiną. Ewentualnie soki z ciepłą wodą zamiast herbaty. Napoje tylko ciepłe. Woda gazowana stoi i się kurzy, nie wiem, kiedy ją wypiję, tym bardziej, że trochę rozłożyło mnie przeziębienie, które leczę na razie domowymi sposobami. Dzisiaj gdy ustało wreszcie nieprzyjemne pulsowanie w czole nachalnie przypominające o przeziębieniu, upiekłam szarlotkę. Zapach ciasta napełnił dom poczuciem bezpieczeństwa i ciepła, podobnie jak kaloryfery, które dzisiaj ostro pracowały podwyższając temperaturę. Bardzo lubię robić i jeść ciasto kruche. To mieszanie mąki z margaryną, dodawanie pozostałych składników i ugniatanie, sam zapach jeszcze surowego ciasta jest przyjemny. Koniec lata obfituje w owoce idealne do tego rodzaju ciasta. Wyśmienite jest i ze śliwkami i jabłkami oraz innymi dodatkami. 
Dzisiaj robiłam z jabłkami oprószonymi cynamonem, na to wylałam podwójną porcję budyniu i przykryłam drugą połową  ciasta. Wyszło wyśmienite. Najbardziej mi smakuje, gdy ciasto jest jeszcze lekko ciepłe.
Uważam, że szarlotka jest jednym z najsmaczniejszych ciast i gdy jestem gdzieś na mieście i zastanawiam się jakie ciasto by tu zamówić, to w 90 % wybieram właśnie ten przepis. W różnych lokalach jadłam szarlotki różnej jakości i nie odkrywam tu Ameryki, ale faktem jest, że domowa smakuje mi najlepiej.
Fenomenalnie się czyta, gdy obok stoi szklanka z gorącą herbatą i porcja ciasta na talerzyku :) I jak tu nie lubić jesieni?

niedziela, 15 września 2013

Tess Gerritsen, Sobowtór

Nie będę tutaj obwieszczała, że jestem fanką Gerritsen, że biegiem popędzę po kolejne jej książki, ale faktem jest iż powyższy tytuł tak przyciągnął moją uwagę, akcja tak mnie wciągnęła, że czytałam ją do UWAGA godziny 5 rano!!! Takie są fakty.  Sobowtór to pierwsza książka tej autorki po którą sięgnęłam. Wypożyczyłam ją z biblioteki razem z Anną Kareniną jakiś czas temu i o ile ta książka zaliczona jako przeczytana, tak przy drugiej poległam po kilkunastu stronach. Klasyka przegrała bój z sensacją... Cóż bywa. Życie. Nie podobał mi się niepotrzebny pierwszy wątek miłosny, uważam go za zbędny i prowokacyjny, bo po co dywagować nad cielęcym zakochaniem w księdzu, kiedy nic się nie stało i do niczego koniec końców nie doszło, ale widzę, że takie kontrowersyjne tematy są popularne i chętnie przez wielu pisarzy poruszane. Potem gdy główna bohaterka poszła po rozum do głowy zaczęło się rozkręcać znacznie ciekawiej. W ogóle akcja pędzi w zawrotnym tempie, a pomysłowość autorki jest godna podziwu. Bo kogo nie zainteresuje książka, gdzie główna bohaterka wraca z podróży służbowej i pod domem zastaje tłum radiowozów, gapiów i ciało o twarzy identycznej jak jej własna. A wszyscy zebrani pod domem, łącznie z policjantami byli przekonani, że zginęła właśnie Maura. W miarę rozwoju wydarzeń okazuje się, że już nie wiadomo kto jest podejrzanym, który czyha za życie głównej bohaterki. Śmierć kobiety pod domem Maury okazuje się czubkiem góry lodowej, gigantycznej góry lodowej o korzeniach sięgających lata wstecz, a odkrycia są szokujące. Kto lubi sensację, temu na pewno książka przypadnie do gustu. Myślę, że za jakiś czas sięgnę po jakiś inny tytuł Gerritsen, by się przekonać czy też aż tak przygwoździ moją uwagę.
 

środa, 7 sierpnia 2013

Po raz pierwszy i ostatni zrobiłam suszone pomidory


Lubię się świadomie i zdrowo odżywiać, to dla mnie ważne. Sprawia mi przyjemność gotowanie i robienie przetworów. W tym roku udało mi się zgromadzić niemało zapasów na zimę, co sprawiło mi wiele radości i satysfakcji, ale dzisiaj miałam dość. Przepisem na suszone pomidory zachwycałam się od kilku tygodni, odkąd wyszukałam pierwszą recepturę. Nakręciłam się, że zrobię to sama. Kupiłam trzy kilogramy pomidorów, a po siedmiu godzinach (!) suszenia zapełniłam siedem małych słoiczków (!).
Koszt prądu jaki był potrzebny do wysuszenia tych mięsistych warzyw jest delikatnie mówiąc niemały. Czas potrzebny do zrobienia tego przepisu to przegięcie. Przed suszeniem pomidorów wydrążyłam gniazda nasienne, które zostały zużyte do obiadu, a gotowe warzywa posypałam solą i dopiero poszły do piekarnika. Do słoiczków dodałam świeżych ziół zerwanych z balkonowego parapetu czyli rozmarynu, oregano, bazylii i majeranku, do tego jeszcze czosnek i kilka łyżek octu. Po wymieszaniu trafiło to do słoiczków. Podgrzałam olej wymieszany z oliwą, zakręciłam i teraz przebiega proces pasteryzacji.
Mam nadzieję, że smak pomidorów wynagrodzi mi czas, pieniądze i trud włożony w przygotowanie tego przepisu. Trud był wyjątkowy, bo lwią część dnia spędziłam w kuchni przy nagrzanym piekarniku, gdzie suszyły się pomidory i włączonym gazie, bo robiłam dżem. A za oknem wiadomo jaki był dzisiaj upał. Jeśli pomidory mi nie wyjdą, to chyba znienawidzę to danie. W każdym bądź razie wolę kupić gotowe i od tej pory tego się będę trzymała, że po suszone pomidory będę ruszała do sklepu, a nie do piwnicy. I żadne piękne zdjęcia nie skuszą mnie do ponownego zajęcia się wyrobem czegoś tak drogiego, czasochłonnego i nietaniego.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Pierwsze koty za płoty czyli mój pierwszy chleb

Zawsze staram się przeglądać skład produktów spożywczych przed zakupem. Sprawdzam czy dana rzecz pochodzi z Polski czy nie. Postanowiłam jednak być bardziej pilna w tych małych śledztwach. Po ostatnim wpisie na blogu wiem co jem między innymi dowiedziałam się, że w pieczywie są substancje pochodzenia zwierzęcego! W pieczywie! Wiecie jakie substancje? Otóż chodzi o aminokwasy pochodzące ze zwierzęcego włosia i piór. Ponadto w co niektórej mące jest kreda. To mnie zdenerwowało, bo przepraszam bardzo, ale kupując chleb i bułki ja chcę otrzymać właśnie to, a nie jakieś pochodne z tego, czego bym w życiu nie zjadła... Od pewnego czasu planowałam upieczenie chleba. Jakoś odkładałam to w czasie, ale po ważnym wpisie Aronii o pieczywie zdecydowałam się przyspieszyć ten fakt. Korzystając z dzisiejszego dnia wolnego, uzupełniłam potrzebne składniki i upiekłam chleb. Rzeczywiście to wcale nie jest takie trudne, a zapach, widok i smak upieczonego własnymi rękami pieczywa bezcenny :)  Przepis pochodzi z książki Ewy Oranowskiej-Lasockiej Przez żołądek do serca mężczyzny. Przepisy kuchni domowej.


Chleb domowy z płatków owsianych

2 szkl. płatków owsianych
litr mleka
10 dkg drożdży 
kg mąki
płaska łyżka soli

 Pokruszone drożdże zalać mlekiem, wymieszać aż do rozpuszczenia drożdży (mleko powinno mieć temperaturę pokojową lub być lekko ciepłe). Dosypać płatki, wymieszać. Odstawić na godzinę w ciepłe miejsce. Następnie przesiać mąkę, sól, dokładnie wyrobić ciasto i odstawić w ciepłe miejsce na godzinę. Ułożyć ciasto z blasze wysmarowanej tłuszczem. Piec około godzinę w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.

Moim zdaniem jest zbyt mało soli, kolejnym razem dodam troszkę więcej. Pieczenie chleba nie jest wcale trudne. Podoba mi się. Wyszedł naprawdę smaczny mimo że trochę zbyt płaski, ale co tam. Najważniejszy jest smak i jakość. Bez konserwantów, spulchniaczy, poprawiaczy smaku. Proste składniki, prawdziwy smak. Polecam. Teraz będę poszukiwała kolejnych przepisów na chleb. Rozkręcam się.